NAKRUSZYŁAŚ! (OKRUCHY)
A
A
A
Nie znam się na komiksach, po prostu je lubię, choć lubię eklektycznie. Podobają mi się te nagradzane i doceniane książki, jak „Heksa” Katarzyny Witerscheim, z którą prowadziłam tematycznie wiedźmie spotkanie autorskie w katowickim Black Woolfie. Cenię sobie fanartowe paski z Warrior Cats, które w 2012 roku namiętnie pobierałam z Deviantarta na komputer (stacjonarny), a potem przenosiłam pendrivem na każdy kolejny. Wiem, od czyjego nazwiska pochodzi określenie testu Bechdel, i teraz już zawsze widzę „fun” w słowie „funeral”. Dobrze bawiłam się, śledząc „przypały” „Słodkich chłopaków”, wzruszałam się na „Załodze promienia”, całkiem podobała mi się „Dziewczyna z głębi oceanu”, a „zajawka” zaczęła się dla mnie od niespełnionej miłości Kachoo i Francine ze „Strangers in Paradise”. Pracuję na własnym, autobiograficznym materiale, bo niezbyt często recenzuję komiksy, ale i i dlatego, że będę recenzować komiks autobiograficzny.
Kiciputek transformował dla mnie w Kasię Babis wraz z „Dziadami polskiej fantastyki”, a było to dawno, na długo przed tym, nim Babis została największą polską streamerką, i to nadając na Twitchu raz w tygodniu (rzadko). Można też powiedzieć, że do „Okruchów” podchodzę z pewną przedwiedzą, bo widziałam debatę z Magdaleną Ogórek. I choć jestem od Babis trochę młodsza, to konteksty, które stanowią dla „Okruchów” fundament, znam przecież z autopsji – pamiętam, jak umierał papież, pamiętam Smoleńsk. To, że dla polskiej czytelniczki są to tematy równie wtórne, co męczące, wyczułam z nastrojów wczesnych recenzji, które przypominały co i rusz, że „Breadcrumbs” wydano pierwotnie w Stanach i że najlepiej byłoby, gdyby na potrzeby polskiego rynku ktoś (czyli Kasia Babis) komiks nie tylko przetłumaczył, ale też uczynił mniej propedeutycznym. Nie podzielam tych sentymentów.
„Okruchy” to przede wszystkim opowieść coming of age, której historyczna kastracja podkopałaby filary. Wszystko, co dzieje się w życiu małej Babis, Babis-nastolatki i Babis-młodej dorosłej, jest przefiltrowane przez Wielkie Wydarzenia – te z przeszłości, które wałkuje się na hiście od podstawówki po klasę maturalną, i te świeższe, o których pamiętamy, bo w domu były telewizor i internet, względnie radio. Spiętrzenie informacyjne, doświadczane tak przez główną bohaterkę-narratorkę, jak i przez czytelnika_czytelniczkę, trafnie naśladuje dla mnie wielogłosowość dorastania stojącego nie bieganiem od boiska do trzepaka, tylko przełączaniem z Polsatu na Eskę. Dzieciństwa potransformacyjnego, w którym pełne grozy opowieści o biedzie i kolejkach za PRL-u (babcia) przeciwstawiano wizjom sukcesu i dorabiania się na roletach, oknach, bramach, rurach albo panelach podłogowych (ojciec). Bo nie szokuje mnie specjalnie fakt, że dzieci urodzone w latach 90. mają doświadczenie życia w Polsce postkomunistycznej, skoro dorastały właśnie w tym okresie, w którym poprzedni ustrój gospodarczy był brutalnie zastępowany nowym. A nawet jeśli uznać, że Babis nie załapała się na pełen zestaw najntisowych doświadczeń, to – funkcjonując w rodzinie, grupie rówieśniczej i polskiej szkole – z przymusu nadrobiła zaległości w sposób zapośredniczony. Warto też pamiętać, że ofiary dzikiej reprywatyzacji będącej naturalną konsekwencją nieudolnej transformacji, takie jak uczczona w komiksie Jolanta Brzeska, płonęły długo po 1989. Reportaże telewizyjne o ruchach lokatorskich i czyścicielach kamienic i ja, i Kasia Babis mogłyśmy oglądać całkiem świadomie i w dodatku na żywo.
Podoba mi się sposób, w jaki Babis konstruuje swoją dziewczyńską drużynę. Podoba mi się (choć być może to bardziej zasługa Babis-koleżanki niż Babis-autorki), że przyjaźnie trwają, rozwijają się i zmieniają na przestrzeni lat, narzucając narracji wolniejsze tempo, z którego rodzi się jeszcze krzykliwszy kontrast wobec pędzącej symultanicznie machiny polityczno-newsowej. Podoba mi się użycie czerwieni, nawet jeśli – jak słusznie punktowali inni recenzenci i recenzentki – nie ma w nim konsekwencji, która pewnie powinna być. Postrzegam jednak „Okruchy” jako krótką historię długiego trwania z konieczności opartą na sprzeczności i dysproporcji, dosyć surową, rozrysowaną na memy i klimatyczne scenki noir.
Czy „Okruchy” są wybitne? Chyba nie, ale czy muszą być? Zamysł tej recenzji narodził się po części z lektury samego komiksu, a po części z poczucia niezgody czy niesprawiedliwości związanego z jego recepcją. Polityczne usytuowanie Kasi Babis, jej aktywistyczno-partyjna przeszłość, traktowanie jej jako głosu skrajnej lewicy (przez kręgi konserwatywno-incelskie) albo rzeczniczki libleftu (przez opiniotwórców i content creatorów kojarzonych z ekonomiczną lewicą) w połączeniu z konceptem książki, która zestawia proces dorastania dziewczyny z „dorastaniem” III RP, to zasadniczo przepis na prześlepienie. Prześlepienie związane z tym, że ostatecznie mamy do czynienia z jakąś formą autofikcji, literackiego pamiętnika, gatunku subiektywnego (i – jak już wielokrotnie pomstowałam, choć na wszelki wypadek powtórzę – trudnego do skrytykowania) – formą, która nigdy chyba nie pretendowała do bycia podręcznikiem historii najnowszej czy manifestem politycznym, ani nawet dziełem, które „wywali nas z butów”. Z gatunkowej konieczności „Okruchy” nie są kolejną sensacyjną emanacją „literatury pięknej”, która w przepoetyzowany sposób opowiada o babci, traumie i awansie klasowym. Nie umiem więc oceniać jej równie cynicznie.
Oczekiwanie, że Babis zaserwuje odbiorcom_odbiorczyniom polskie „Persepolis”, to właściwie proszenie się o zawód, bo sławy, której tamten komiks przysporzył autorce, nie dało się chyba przewidzieć. Sam status dzieła pokoleniowego czy kultowego często zaciera pamięć o tym, jak niejednoznacznie bywało ono odbierane w chwili premiery. Nie mówiąc o tym, że Marjane Satrapi też dostawało się za płaską i egocentryczną protagonistkę.
Kiciputek transformował dla mnie w Kasię Babis wraz z „Dziadami polskiej fantastyki”, a było to dawno, na długo przed tym, nim Babis została największą polską streamerką, i to nadając na Twitchu raz w tygodniu (rzadko). Można też powiedzieć, że do „Okruchów” podchodzę z pewną przedwiedzą, bo widziałam debatę z Magdaleną Ogórek. I choć jestem od Babis trochę młodsza, to konteksty, które stanowią dla „Okruchów” fundament, znam przecież z autopsji – pamiętam, jak umierał papież, pamiętam Smoleńsk. To, że dla polskiej czytelniczki są to tematy równie wtórne, co męczące, wyczułam z nastrojów wczesnych recenzji, które przypominały co i rusz, że „Breadcrumbs” wydano pierwotnie w Stanach i że najlepiej byłoby, gdyby na potrzeby polskiego rynku ktoś (czyli Kasia Babis) komiks nie tylko przetłumaczył, ale też uczynił mniej propedeutycznym. Nie podzielam tych sentymentów.
„Okruchy” to przede wszystkim opowieść coming of age, której historyczna kastracja podkopałaby filary. Wszystko, co dzieje się w życiu małej Babis, Babis-nastolatki i Babis-młodej dorosłej, jest przefiltrowane przez Wielkie Wydarzenia – te z przeszłości, które wałkuje się na hiście od podstawówki po klasę maturalną, i te świeższe, o których pamiętamy, bo w domu były telewizor i internet, względnie radio. Spiętrzenie informacyjne, doświadczane tak przez główną bohaterkę-narratorkę, jak i przez czytelnika_czytelniczkę, trafnie naśladuje dla mnie wielogłosowość dorastania stojącego nie bieganiem od boiska do trzepaka, tylko przełączaniem z Polsatu na Eskę. Dzieciństwa potransformacyjnego, w którym pełne grozy opowieści o biedzie i kolejkach za PRL-u (babcia) przeciwstawiano wizjom sukcesu i dorabiania się na roletach, oknach, bramach, rurach albo panelach podłogowych (ojciec). Bo nie szokuje mnie specjalnie fakt, że dzieci urodzone w latach 90. mają doświadczenie życia w Polsce postkomunistycznej, skoro dorastały właśnie w tym okresie, w którym poprzedni ustrój gospodarczy był brutalnie zastępowany nowym. A nawet jeśli uznać, że Babis nie załapała się na pełen zestaw najntisowych doświadczeń, to – funkcjonując w rodzinie, grupie rówieśniczej i polskiej szkole – z przymusu nadrobiła zaległości w sposób zapośredniczony. Warto też pamiętać, że ofiary dzikiej reprywatyzacji będącej naturalną konsekwencją nieudolnej transformacji, takie jak uczczona w komiksie Jolanta Brzeska, płonęły długo po 1989. Reportaże telewizyjne o ruchach lokatorskich i czyścicielach kamienic i ja, i Kasia Babis mogłyśmy oglądać całkiem świadomie i w dodatku na żywo.
Podoba mi się sposób, w jaki Babis konstruuje swoją dziewczyńską drużynę. Podoba mi się (choć być może to bardziej zasługa Babis-koleżanki niż Babis-autorki), że przyjaźnie trwają, rozwijają się i zmieniają na przestrzeni lat, narzucając narracji wolniejsze tempo, z którego rodzi się jeszcze krzykliwszy kontrast wobec pędzącej symultanicznie machiny polityczno-newsowej. Podoba mi się użycie czerwieni, nawet jeśli – jak słusznie punktowali inni recenzenci i recenzentki – nie ma w nim konsekwencji, która pewnie powinna być. Postrzegam jednak „Okruchy” jako krótką historię długiego trwania z konieczności opartą na sprzeczności i dysproporcji, dosyć surową, rozrysowaną na memy i klimatyczne scenki noir.
Czy „Okruchy” są wybitne? Chyba nie, ale czy muszą być? Zamysł tej recenzji narodził się po części z lektury samego komiksu, a po części z poczucia niezgody czy niesprawiedliwości związanego z jego recepcją. Polityczne usytuowanie Kasi Babis, jej aktywistyczno-partyjna przeszłość, traktowanie jej jako głosu skrajnej lewicy (przez kręgi konserwatywno-incelskie) albo rzeczniczki libleftu (przez opiniotwórców i content creatorów kojarzonych z ekonomiczną lewicą) w połączeniu z konceptem książki, która zestawia proces dorastania dziewczyny z „dorastaniem” III RP, to zasadniczo przepis na prześlepienie. Prześlepienie związane z tym, że ostatecznie mamy do czynienia z jakąś formą autofikcji, literackiego pamiętnika, gatunku subiektywnego (i – jak już wielokrotnie pomstowałam, choć na wszelki wypadek powtórzę – trudnego do skrytykowania) – formą, która nigdy chyba nie pretendowała do bycia podręcznikiem historii najnowszej czy manifestem politycznym, ani nawet dziełem, które „wywali nas z butów”. Z gatunkowej konieczności „Okruchy” nie są kolejną sensacyjną emanacją „literatury pięknej”, która w przepoetyzowany sposób opowiada o babci, traumie i awansie klasowym. Nie umiem więc oceniać jej równie cynicznie.
Oczekiwanie, że Babis zaserwuje odbiorcom_odbiorczyniom polskie „Persepolis”, to właściwie proszenie się o zawód, bo sławy, której tamten komiks przysporzył autorce, nie dało się chyba przewidzieć. Sam status dzieła pokoleniowego czy kultowego często zaciera pamięć o tym, jak niejednoznacznie bywało ono odbierane w chwili premiery. Nie mówiąc o tym, że Marjane Satrapi też dostawało się za płaską i egocentryczną protagonistkę.
Kasia Babis: „Okruchy. Dojrzewanie w postkomunistycznej Polsce” („Breadcrumbs: Coming of Age in Post-Soviet Poland”). Wydawnictwo Agora. Warszawa 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

