'PLAN SWÓJ WYKAŃCZAJĄC, JESZCZE NAM DODALI GRY RÓŻNE, W KTÓRYCH UDZIAŁ MAMY BRAĆ' (SANDRA NEWMAN: 'JULIA')
A
A
A
„Julia” zapowiadana była jako „prowokująca reinterpretacja” (opis od wydawcy), powieść „feministyczna i niezwykle aktualna” (opis ze strony Amazon). Wedle zachęcających opinii przedstawionych na okładce, miała całkowicie zmienić optykę patrzenia na kultowy „Rok 1984”. Rekomendacje umieszczane na stronach wydawnictw były zdecydowanie entuzjastyczne – tak bardzo, że aż podejrzane (do wątku „tak dobrze, że to niemożliwe” jeszcze wrócę: jest to bowiem istotny motyw samej książki, nie tylko narracji zbudowanej wokół niej). Jak w rzeczywistości zakończyły się według mnie próby Sandry Newman (co do których starałam się nie mieć wygórowanych oczekiwań)?
Julia odarta z romantyzmu
Chciałabym zaznaczyć, iż ten oraz poniższe akapity, aż do omawiającego zakończenie, skupiają się na postaci bohaterki i świecie przedstawionym aż do ostatnich kilku rozdziałów – do spotkania z Winstonem „Pod Kasztanem”. Do tego momentu książka fabularnie zgodna jest z wątkami zawartymi w oryginale (z drobnymi zmianami, ale nie są one bardzo znaczące). Po ostatnim spotkaniu kochanków Newman pisze już całkowicie własną historię, która zmienia spojrzenie na przeszłe wydarzenia – i można mieć wobec niej bardzo skrajne odczucia.
Wszelkie pochlebne recenzje podkreślające kobiece spojrzenie są według mnie w pełni zasadne. To właściwie najbardziej pozytywny aspekt odpowiedzi na dzieło Orwella: wprowadzenie perspektywy bohaterki, której w klasyku było zdecydowanie zbyt mało. Oryginalna Julia zostaje całkowicie przefiltrowana przez spojrzenie Winstona Smitha – występuje jako swoje libido, któremu nadaje się rewolucyjny potencjał; jako tajemnicza kochanka, niezbyt zainteresowana filozofią buntu (w klasycznym i zarazem smithowskim rozumieniu) i chęcią zmiany porządku świata; jako impuls i punkt zaczepienia Smitha, by z teorii przeszedł do działania. Winston właściwie nie próbuje jej nawet lepiej poznać: zadowala się tym, co sama mu przedstawia, budując romantyczny mit zakazanego związku, kochanków skazanych na śmierć, przeklętych rewolucjonistów. Nie zamierzam krytykować Orwella jako mizogina czy ignoranta „sprawy kobiecej”. Takie przedstawienie Julii w pełni współgra z charakterem Smitha, co idealnie uzupełnia Newman. Jego osamotnienie, skrajne pragnienie dotarcia do prawdy (z którym łączy się swego rodzaju łatwowierność), całkowity brak pragmatyzmu (szczególnie w odniesieniu do Julii) odpowiadają nieco instrumentalnemu traktowaniu ich związku. Oczywiście, nie zamierzam także osądzać postaci (tym bardziej, że subiektywnie odczuwam wobec Smitha sympatię) – przede wszystkim dlatego, że postawa i charakter bohatera wydają się w świecie przedstawionym czymś całkowicie normalnym. Julia już w oryginale przedstawiała odmienny typ: nie była rewolucjonistką ani myślicielką, nie nienawidziła Partii, jej bunt polegał głównie na omijaniu reguł, by osiągnąć własne korzyści. Zaryzykowała związek ze Smithem (i innymi mężczyznami) nie po to, aby dzięki seksualnej rewolucji obalać system, a dlatego, że miała ochotę przeżyć romans. W powieści Orwella podczas spotkań w pokoju nad sklepem Charringtona, kiedy mężczyzna czyta jej tajną książkę Bractwa, Julia najczęściej zasypia. Newman rozwija wszystkie te drobne elementy, tworząc pełny, skomplikowany obraz bohaterki.
W nowej literackiej odsłonie główną cechą Julii jest jej chęć przetrwania za wszelką cenę. Zawarcie w książce wątku przeszłości postaci dobrze to obrazuje: wydała matkę, żeby wydostać się z Peesu, konformistycznie milczy podczas aresztowań w internacie, wydaje mężczyzn, z którymi sypia. Jest wściekła, kiedy na początku związku ze Smithem dowiaduje się, że ten pisze dziennik i tak bardzo ich naraża. Nie bierze pod uwagę ucieczki z Vicky, nawet kiedy domyśla się, że O’Brien prawdopodobnie zrobi z nią to samo, co z mężczyznami, z którymi miała romans.
Jej pozorna bierność mogłaby irytować – od dzieciństwa Julia przystosowuje się do narracji Partii i wykonuje dokładnie to, czego się od niej wymaga. Jeśli łamie zakazy, to tylko w imię własnej przyjemności, zachowując ostrożność. Winston w „1984” robił dokładnie to samo (jak zresztą każdy w tym świecie), lecz kiełkowała w nim potrzeba spektakularnego buntu. Można było jednak odnieść wrażenie (już w oryginale), że w swojej szlachetnej niezgodzie jest też głęboko prostolinijny i oderwany od rzeczywistości. Myślę, że (oczywiście nie tylko, lecz piszę tu o pełnym martyrologicznych uczuć kulcie nieudanych zrywów) polscy czytelnicy i czytelniczki porównujący sposoby zachowania Julii i Winstona mogą łatwo odnieść te dwa różne sposoby oporu do historii XIX i XX wieku. W powieści Newman mieszkanie O’Briena oraz jego narracja stają się lustrem prawdziwych pragnień bohaterów: o ile Winston marzy o istnieniu Bractwa i pójściu za nim na zatracenie, o tyle życzeniem Julii jest nawet kolaboracja z Partią, którą w rzeczywistości pogardza, w imię możliwości życia na własnych zasadach. Bohaterka okazuje się przy tym także realistką – to właśnie podczas spotkania obu mężczyzn uświadamia sobie, po pierwsze, bezsens deklaracji Smitha wobec jego faktycznych możliwości, oraz, po drugie, że sama dała się złapać w pułapkę („Skoro O’Brien bez wątpienia odgrywał fantazje Winstona Smitha – tajne stowarzyszenie nieustraszonych mężczyzn, czekającą ich poetycką zagładę – to czy nie należało uznać, że odegrał również fantazje Julii? Co jej powiedział? Że bycie Bohaterką Socjalistycznej Rodziny nie jest przejawem tchórzostwa, ale odwagi; że ze względu na jej wyjątkowe cechy jej przeznaczeniem jest dołączenie do Partii Wewnętrznej; że jej seksualne wyczyny nie są oznaką słabości, ale wyższości nad motłochem” [s.278]).
Postawa bohaterki nasuwa nieco skojarzeń z camusowskim absurdyzmem – trwa ona w absurdalnym świecie, wiedząc, że wszelkie próby nadania sensu poprzez oddanie się czy to Partii, czy rewolucjonistom, są daremne. Nie potrafi ani być lojalna, ani wierzyć w sens i powodzenie buntu. Trwa, dopasowując się do sytuacji i starając się wyciągnąć z niej dla siebie jak najwięcej korzyści. U Julii w wersji Newman nie ma mowy ani o bezmyślności, ani o zatopieniu się w ideach (w przeciwieństwie do Winstona) – bohaterka realizuje konsekwentnie swoje założenia, w zgodzie ze swoim charakterem.
Women love women i „Opowieść podręcznej” w wersji light
Kolejną niewątpliwą zaletą powieści jest poszerzenie świata przedstawionego o funkcjonowanie w nim osób homoseksualnych oraz dodanie wątków polityki rodzinnej. O homoerotycznych/homoromantycznych relacjach w „1984” właściwie nie było mowy; kwestie rozmnażania zostały z kolei opisane wyłącznie ze strony oficjalnej narracji partyjnej, bez szczegółów. Sama podczas czytania pierwowzoru zastanawiałam się, jak mogła wyglądać procedura aborcji wśród członkiń Partii Wewnętrznej i Zewnętrznej: czy były dostępne leki wywołujące poronienie, czy też kobiety były karane za usunięcie ciąży? Newman nieco rozjaśnia obie te sprawy.
Stygmatyzowanie, ale bez skrajnych kar za stosunki jednopłciowe (utrzymywane w ukryciu), zgadza się z charakterem pierwowzoru. Związki są znacznie niebezpieczniejsze niż krótkie romanse, których dopuszcza się np. doktor Louis. Homoseksualiści i homoseksualistki nazywane są w świecie „Julii” regami – „od Reggie Perkins, starej rewolucjonistki, aresztowanej podczas pierwszej patriotycznej czystki za nieobyczajne zachowanie z inną dziewczyną” (s. 102). Owa rewolucjonistka została ostatecznie uniewinniona, ponieważ „(…) sędzia uznał, że chociaż homoseksualizm męski jest jak najbardziej możliwy, to seks między kobietami nie może mieć miejsca” (s. 102). W ciekawy sposób koresponduje to z różnicą między postrzeganiem gejów a lesbijek w konserwatywnych społeczeństwach („Lesbijki w społeczeństwie są raczej niewidoczne: dwie kobiety okazujące sobie czułość publicznie, trzymające się za ręce, tańczące blisko siebie w klubie nie są automatycznie klasyfikowane jako partnerki czy kochanki. Na dodatek przeciętny heteroseksualny mężczyzna raczej nie ma problemu z lesbijkami. W końcu »po prostu nie spotkały jeszcze tego właściwego«, prawda?” [Jarek 2014]). Jak myśli, nieco ironicznie, sama Julia: „Kochanie i bycie kochaną na zawołanie, romantyczne dzielenie się parą kapci i zakładanie ich, gdy jeszcze są ciepłe od stóp drugiej osoby, to po prostu część kobiecej natury. Jeśli kończyło się to potajemnym przytulaniem w szafie, cóż, to też należało do kobiecej natury. Nie trzeba tego koniecznie tak nazywać” (s. 107). Znamiona już nie przelotnej seksozbrodni, a romantycznej relacji nosi przyjaźń mieszkających wspólnie w internacie Julii i Vicky: kobiety z czasem zaczynają się coraz bardziej do siebie zbliżać, odkąd Julia odkrywa, że kartkę z wyznaniem miłości podrzuciła jej właśnie Vicky. Rozdzielają się z rozsądku, kiedy Julia, nie dowierzając w nadchodzący przewrót, decyduje się na pozostanie do końca w grze prowadzonej przez O’Briena; ponownie spotkają się pod koniec powieści, jednak o tym finale (niestety) napiszę więcej w dalszej części tekstu.
Najciekawszym wątkiem z zakresu kobiecej cielesności wydaje się tzw. sztuza – popularne wśród kobiet rozwiązanie zakładające sztuczne zapłodnienie. Bohaterki, które się jej poddają, uzyskują przywileje, objawiające się nawet w życiu codziennym (dzięki noszonej przez nie odznace Matki Wielkiej Przyszłości). Sztuza polega, zgodnie z nazwą utrzymaną w duchu nowomowy, na sztucznym zapłodnieniu – kobiety zapisują się na zabieg oficjalnie w celu urodzenia nowego obywatela Oceanii, w rzeczywistości często próbując zatuszować ciążę, w którą już mogły zajść na skutek zakazanych stosunków (jeśli nie mają dostępu do nielegalnych środków aborcyjnych – a takie, oczywiście, istnieją pośród członków Partii Wewnętrznej i proli). To rozwiązanie, które kobiety w takim przypadku ratuje, przy czym zostają one równocześnie sprowadzone do roli inkubatorów. Szczytowym tego wyrazem jest specjalny program, w którym z puli nasienia można otrzymać nasienie Wielkiego Brata i urodzić jego dziecko. Okazuje się, że przytrafia się to m.in. Julii. Ponadto, oczywiście, stan błogosławiony nie okazuje się żadnym środkiem łagodzącym, kiedy obywatelka trafi do Ministerstwa Miłości – jest torturowana w takim samym stopniu, jak inne więźniarki i więźniowie. Osobiście nie rozumiem opinii wygłaszanych na forach czytelniczych, głoszących, że sztuza jest zaprzeczeniem podejścia Partii do rozmnażania i rodziny; owe dzieci nie rodziły się ani z namiętności, ani z miłości (a właśnie przeciwko temu występował rząd). Przeciwnie, wydaje się to idealnym sposobem na utrzymanie populacji kraju w zgodzie z panującymi zasadami piętnującymi seksualność.
Wprowadzenie postaci Vicky, Harriet i jej matki (prolek) oraz epizodycznych bohaterek-mieszkanek internatu, w którym żyje Julia, to ogromny atut książki. Kobiety w różnym wieku, o różnych doświadczeniach życiowych i strategiach przetrwania składają się na kompleksowy obraz egzystencji kobiety w świecie Oceanii.
Zakończenie: żart, spadek formy czy metafora?
Moje pozytywne odczucia i narastająca chęć obrony „Julii” w trakcie czytania znacznie osłabły od momentu, w którym Julia trafia do Miłości. Szczęśliwe zbiegi okoliczności, takie jak spotkanie z Dianą Winters z Partii Wewnętrznej czy zabicie szczurów, nim zdążyły trwale okaleczyć główną bohaterkę, wydawały się niewiarygodne w świecie, w którym takie rzeczy właściwie nie mogły się zdarzyć. Życie Julii po wyjściu cało z Ministerstwa, ponowne spotkanie z Ampleforthem „Pod Kasztanem” (świetna scena emocjonalnej reakcji na skonfrontowanie się z traumą w klaustrofobicznej atmosferze dystopijnego świata) oraz ostatnie spotkanie ze Smithem w duchu oryginału nieco równoważyły te wątpliwe rozwiązania, jednak ostatnie czterdzieści-pięćdziesiąt stron książki, chciałoby się powiedzieć, tonie w oparach absurdu. Obalenie rządu Wielkiego Brata przy wsparciu buntowników byłoby jeszcze możliwe do wytłumaczenia, gdyby nie to, co dzieje się potem. Bezpieczne dotarcie Julii do Kryształowego Pałacu, spotkanie z Wielkim Bratem w postaci starca, który stracił kontakt z rzeczywistością, sprawiają wrażenie kompletnie niezgodnych z wymową oryginału jako skrajnym totalitaryzmem, z którym jednostka nie ma szans wygrać. Jeszcze bardziej absurdalne jest ponowne nawiązanie romansu przez Julię i Vicky. Świat stworzony przez żołnierzy Eurazji i Bractwo Wolnych Ludzi wydaje się rajem: wszystko się w nim układa, panuje wolność i trwa święto obalenia autorytaryzmu. Zmienia się także zupełnie styl narracji. Wcześniej, choć Newman była bardziej szczegółowa w opisach od Orwella, styl wydawał się podobny – dało się wyczuć ducha ciągłej kontroli i przytłoczenia. W pewnym momencie, szczególnie od chwili ucieczki i spotkania w lesie przedstawicieli Wolnych Ludzi, następuje dziwne przeobrażenie. Ostatnie strony brzmią jak z jednej ze słynnych skandynawskich sag, w której głównej bohaterce wszystko się udaje, a świat ugina się pod jej wolą. Julia, cechująca się od początku książki nieufnością i pragmatyzmem, nagle zaczyna wpadać w zachwyt na widok bogactw, żartować z poznanymi chwilę wcześniej żołnierzami i wydaje się w przeciągu pięciu stron zmienić całkowicie podejście do życia i wiary w lepszą przyszłość.
Wydaje się to tak nieprawdopodobne, że aby obronić książkę, możliwa jest tylko negatywna interpretacja zakończenia. Julia po spotkaniu z Wielkim Bratem idzie wraz z Reynoldsem (jednym z Wolnych Anglików) podpisać dokumenty lojalności wobec nowej władzy. Musi to zrobić dla własnego bezpieczeństwa ze względu na fakt, iż wcześniej była członkinią Partii Zewnętrznej. Mężczyzna wypełnia za nią formularz, czytając pytania na głos, ponieważ jej ręka nie jest w pełni sprawna. Okazuje się, że to dokładnie te same pytania, które zadawał O’Brien Winstonowi podczas pierwszego spotkania w jego mieszkaniu – czy byłaby gotowa popełnić morderstwo, oblać dziecko kwasem siarkowym, zdradzić kraj na rzecz obcych mocarstw etc. Wobec tego, że wcześniej wspominano, jakoby Goldsteinowcy byli tylko wymysłem Partii Wewnętrznej w celu zwabienia potencjalnych rewolucjonistów takich jak Winston, zakończenie pozostaje otwarte. Czy O’Brien faktycznie znał buntowników i słynna książka nie była wymysłem? Na poziomie dosłownym: tak, lecz styl i splot pozytywnych wydarzeń są tak absurdalne, że… może nowy rząd jest w rzeczywistości starym, a wszystko okazało się kolejną pułapką, tym razem na skalę całego społeczeństwa? Czy jeszcze inaczej: należy odbierać to jako metaforę myśli, że każda władza jest właściwie taka sama i w równym stopniu wymaga całkowitego posłuszeństwa od jednostki? Pozostaje także teoria często pojawiająca się w wątkach na forach: wszystko, co dzieje się po spotkaniu rozstaniu z Winstonem, czyli po wydarzeniach opisanych jeszcze w „1984”, jest halucynacją lub przedśmiertną wizją Julii. Osobiście także skłaniam się ku tej interpretacji. Byłoby to jedyne wyjaśnienie dla skrajnie cukierkowych wydarzeń sprzed ostatniej sceny, opisanych niemal naiwnym językiem. W tym przypadku wydźwięk oryginału zostałby w pełni zachowany i oddany: zmiażdżona psychika Julii, nawet w stanie utopijnej halucynacji, jest w stanie przeobrazić ją w wizję miażdżącej władzy.
„(…) lecz nie po to, byśmy my z kimkolwiek grali/Lecz po to by ktoś mógł – nami grać”
Nie uważam lektury „Julii” za stracony czas czy profanację „1984”. Jeżeli Newman miała w planach konkurowanie z Orwellem, zostało to bardzo zgrabnie zamaskowane: ani razu (poza zakończeniem, którego nijak nie umiem zrozumieć) nie odniosłam wrażenia, że próbuje silnie ingerować w wykreowany świat czy cokolwiek zmieniać – wypełniła puste miejsca swoją własną opowieścią tam, gdzie było to możliwe. Sądzę, że poza samym w sobie rozwinięciem charakteru postaci i zbudowaniu jej w opozycji do Smitha oraz wątkami kobiecymi i queerowymi największą zaletą powieści jest to, że autorka podołała budowaniu miażdżącej atmosfery ciągłej kontroli. Niekiedy wychodzi to gorzej (początek książki, szczęśliwe zrządzenia losu w Miłości), niekiedy lepiej (od uświadomienia sobie przez Julię, że była oszukiwana przez O’Briena, do spotkania z Bractwem), jednak klimat oryginału zostaje według mnie zachowany. Pozostaje pytanie, co z tym zakończeniem: w świętej naiwności chcę wierzyć, że autorka chce grać czytelnikami jak Oceania obywatelami, jak w przywołanej w tytule tej recenzji „Balladzie paranoika” Jacka Kaczmarskiego.
LITERATURA:
Jarek: „Vagina dentata waginosceptyka”. 06.03.2014. https://queer.pl/artykul/194557/vagina-dentata-waginosceptyka.
Julia odarta z romantyzmu
Chciałabym zaznaczyć, iż ten oraz poniższe akapity, aż do omawiającego zakończenie, skupiają się na postaci bohaterki i świecie przedstawionym aż do ostatnich kilku rozdziałów – do spotkania z Winstonem „Pod Kasztanem”. Do tego momentu książka fabularnie zgodna jest z wątkami zawartymi w oryginale (z drobnymi zmianami, ale nie są one bardzo znaczące). Po ostatnim spotkaniu kochanków Newman pisze już całkowicie własną historię, która zmienia spojrzenie na przeszłe wydarzenia – i można mieć wobec niej bardzo skrajne odczucia.
Wszelkie pochlebne recenzje podkreślające kobiece spojrzenie są według mnie w pełni zasadne. To właściwie najbardziej pozytywny aspekt odpowiedzi na dzieło Orwella: wprowadzenie perspektywy bohaterki, której w klasyku było zdecydowanie zbyt mało. Oryginalna Julia zostaje całkowicie przefiltrowana przez spojrzenie Winstona Smitha – występuje jako swoje libido, któremu nadaje się rewolucyjny potencjał; jako tajemnicza kochanka, niezbyt zainteresowana filozofią buntu (w klasycznym i zarazem smithowskim rozumieniu) i chęcią zmiany porządku świata; jako impuls i punkt zaczepienia Smitha, by z teorii przeszedł do działania. Winston właściwie nie próbuje jej nawet lepiej poznać: zadowala się tym, co sama mu przedstawia, budując romantyczny mit zakazanego związku, kochanków skazanych na śmierć, przeklętych rewolucjonistów. Nie zamierzam krytykować Orwella jako mizogina czy ignoranta „sprawy kobiecej”. Takie przedstawienie Julii w pełni współgra z charakterem Smitha, co idealnie uzupełnia Newman. Jego osamotnienie, skrajne pragnienie dotarcia do prawdy (z którym łączy się swego rodzaju łatwowierność), całkowity brak pragmatyzmu (szczególnie w odniesieniu do Julii) odpowiadają nieco instrumentalnemu traktowaniu ich związku. Oczywiście, nie zamierzam także osądzać postaci (tym bardziej, że subiektywnie odczuwam wobec Smitha sympatię) – przede wszystkim dlatego, że postawa i charakter bohatera wydają się w świecie przedstawionym czymś całkowicie normalnym. Julia już w oryginale przedstawiała odmienny typ: nie była rewolucjonistką ani myślicielką, nie nienawidziła Partii, jej bunt polegał głównie na omijaniu reguł, by osiągnąć własne korzyści. Zaryzykowała związek ze Smithem (i innymi mężczyznami) nie po to, aby dzięki seksualnej rewolucji obalać system, a dlatego, że miała ochotę przeżyć romans. W powieści Orwella podczas spotkań w pokoju nad sklepem Charringtona, kiedy mężczyzna czyta jej tajną książkę Bractwa, Julia najczęściej zasypia. Newman rozwija wszystkie te drobne elementy, tworząc pełny, skomplikowany obraz bohaterki.
W nowej literackiej odsłonie główną cechą Julii jest jej chęć przetrwania za wszelką cenę. Zawarcie w książce wątku przeszłości postaci dobrze to obrazuje: wydała matkę, żeby wydostać się z Peesu, konformistycznie milczy podczas aresztowań w internacie, wydaje mężczyzn, z którymi sypia. Jest wściekła, kiedy na początku związku ze Smithem dowiaduje się, że ten pisze dziennik i tak bardzo ich naraża. Nie bierze pod uwagę ucieczki z Vicky, nawet kiedy domyśla się, że O’Brien prawdopodobnie zrobi z nią to samo, co z mężczyznami, z którymi miała romans.
Jej pozorna bierność mogłaby irytować – od dzieciństwa Julia przystosowuje się do narracji Partii i wykonuje dokładnie to, czego się od niej wymaga. Jeśli łamie zakazy, to tylko w imię własnej przyjemności, zachowując ostrożność. Winston w „1984” robił dokładnie to samo (jak zresztą każdy w tym świecie), lecz kiełkowała w nim potrzeba spektakularnego buntu. Można było jednak odnieść wrażenie (już w oryginale), że w swojej szlachetnej niezgodzie jest też głęboko prostolinijny i oderwany od rzeczywistości. Myślę, że (oczywiście nie tylko, lecz piszę tu o pełnym martyrologicznych uczuć kulcie nieudanych zrywów) polscy czytelnicy i czytelniczki porównujący sposoby zachowania Julii i Winstona mogą łatwo odnieść te dwa różne sposoby oporu do historii XIX i XX wieku. W powieści Newman mieszkanie O’Briena oraz jego narracja stają się lustrem prawdziwych pragnień bohaterów: o ile Winston marzy o istnieniu Bractwa i pójściu za nim na zatracenie, o tyle życzeniem Julii jest nawet kolaboracja z Partią, którą w rzeczywistości pogardza, w imię możliwości życia na własnych zasadach. Bohaterka okazuje się przy tym także realistką – to właśnie podczas spotkania obu mężczyzn uświadamia sobie, po pierwsze, bezsens deklaracji Smitha wobec jego faktycznych możliwości, oraz, po drugie, że sama dała się złapać w pułapkę („Skoro O’Brien bez wątpienia odgrywał fantazje Winstona Smitha – tajne stowarzyszenie nieustraszonych mężczyzn, czekającą ich poetycką zagładę – to czy nie należało uznać, że odegrał również fantazje Julii? Co jej powiedział? Że bycie Bohaterką Socjalistycznej Rodziny nie jest przejawem tchórzostwa, ale odwagi; że ze względu na jej wyjątkowe cechy jej przeznaczeniem jest dołączenie do Partii Wewnętrznej; że jej seksualne wyczyny nie są oznaką słabości, ale wyższości nad motłochem” [s.278]).
Postawa bohaterki nasuwa nieco skojarzeń z camusowskim absurdyzmem – trwa ona w absurdalnym świecie, wiedząc, że wszelkie próby nadania sensu poprzez oddanie się czy to Partii, czy rewolucjonistom, są daremne. Nie potrafi ani być lojalna, ani wierzyć w sens i powodzenie buntu. Trwa, dopasowując się do sytuacji i starając się wyciągnąć z niej dla siebie jak najwięcej korzyści. U Julii w wersji Newman nie ma mowy ani o bezmyślności, ani o zatopieniu się w ideach (w przeciwieństwie do Winstona) – bohaterka realizuje konsekwentnie swoje założenia, w zgodzie ze swoim charakterem.
Women love women i „Opowieść podręcznej” w wersji light
Kolejną niewątpliwą zaletą powieści jest poszerzenie świata przedstawionego o funkcjonowanie w nim osób homoseksualnych oraz dodanie wątków polityki rodzinnej. O homoerotycznych/homoromantycznych relacjach w „1984” właściwie nie było mowy; kwestie rozmnażania zostały z kolei opisane wyłącznie ze strony oficjalnej narracji partyjnej, bez szczegółów. Sama podczas czytania pierwowzoru zastanawiałam się, jak mogła wyglądać procedura aborcji wśród członkiń Partii Wewnętrznej i Zewnętrznej: czy były dostępne leki wywołujące poronienie, czy też kobiety były karane za usunięcie ciąży? Newman nieco rozjaśnia obie te sprawy.
Stygmatyzowanie, ale bez skrajnych kar za stosunki jednopłciowe (utrzymywane w ukryciu), zgadza się z charakterem pierwowzoru. Związki są znacznie niebezpieczniejsze niż krótkie romanse, których dopuszcza się np. doktor Louis. Homoseksualiści i homoseksualistki nazywane są w świecie „Julii” regami – „od Reggie Perkins, starej rewolucjonistki, aresztowanej podczas pierwszej patriotycznej czystki za nieobyczajne zachowanie z inną dziewczyną” (s. 102). Owa rewolucjonistka została ostatecznie uniewinniona, ponieważ „(…) sędzia uznał, że chociaż homoseksualizm męski jest jak najbardziej możliwy, to seks między kobietami nie może mieć miejsca” (s. 102). W ciekawy sposób koresponduje to z różnicą między postrzeganiem gejów a lesbijek w konserwatywnych społeczeństwach („Lesbijki w społeczeństwie są raczej niewidoczne: dwie kobiety okazujące sobie czułość publicznie, trzymające się za ręce, tańczące blisko siebie w klubie nie są automatycznie klasyfikowane jako partnerki czy kochanki. Na dodatek przeciętny heteroseksualny mężczyzna raczej nie ma problemu z lesbijkami. W końcu »po prostu nie spotkały jeszcze tego właściwego«, prawda?” [Jarek 2014]). Jak myśli, nieco ironicznie, sama Julia: „Kochanie i bycie kochaną na zawołanie, romantyczne dzielenie się parą kapci i zakładanie ich, gdy jeszcze są ciepłe od stóp drugiej osoby, to po prostu część kobiecej natury. Jeśli kończyło się to potajemnym przytulaniem w szafie, cóż, to też należało do kobiecej natury. Nie trzeba tego koniecznie tak nazywać” (s. 107). Znamiona już nie przelotnej seksozbrodni, a romantycznej relacji nosi przyjaźń mieszkających wspólnie w internacie Julii i Vicky: kobiety z czasem zaczynają się coraz bardziej do siebie zbliżać, odkąd Julia odkrywa, że kartkę z wyznaniem miłości podrzuciła jej właśnie Vicky. Rozdzielają się z rozsądku, kiedy Julia, nie dowierzając w nadchodzący przewrót, decyduje się na pozostanie do końca w grze prowadzonej przez O’Briena; ponownie spotkają się pod koniec powieści, jednak o tym finale (niestety) napiszę więcej w dalszej części tekstu.
Najciekawszym wątkiem z zakresu kobiecej cielesności wydaje się tzw. sztuza – popularne wśród kobiet rozwiązanie zakładające sztuczne zapłodnienie. Bohaterki, które się jej poddają, uzyskują przywileje, objawiające się nawet w życiu codziennym (dzięki noszonej przez nie odznace Matki Wielkiej Przyszłości). Sztuza polega, zgodnie z nazwą utrzymaną w duchu nowomowy, na sztucznym zapłodnieniu – kobiety zapisują się na zabieg oficjalnie w celu urodzenia nowego obywatela Oceanii, w rzeczywistości często próbując zatuszować ciążę, w którą już mogły zajść na skutek zakazanych stosunków (jeśli nie mają dostępu do nielegalnych środków aborcyjnych – a takie, oczywiście, istnieją pośród członków Partii Wewnętrznej i proli). To rozwiązanie, które kobiety w takim przypadku ratuje, przy czym zostają one równocześnie sprowadzone do roli inkubatorów. Szczytowym tego wyrazem jest specjalny program, w którym z puli nasienia można otrzymać nasienie Wielkiego Brata i urodzić jego dziecko. Okazuje się, że przytrafia się to m.in. Julii. Ponadto, oczywiście, stan błogosławiony nie okazuje się żadnym środkiem łagodzącym, kiedy obywatelka trafi do Ministerstwa Miłości – jest torturowana w takim samym stopniu, jak inne więźniarki i więźniowie. Osobiście nie rozumiem opinii wygłaszanych na forach czytelniczych, głoszących, że sztuza jest zaprzeczeniem podejścia Partii do rozmnażania i rodziny; owe dzieci nie rodziły się ani z namiętności, ani z miłości (a właśnie przeciwko temu występował rząd). Przeciwnie, wydaje się to idealnym sposobem na utrzymanie populacji kraju w zgodzie z panującymi zasadami piętnującymi seksualność.
Wprowadzenie postaci Vicky, Harriet i jej matki (prolek) oraz epizodycznych bohaterek-mieszkanek internatu, w którym żyje Julia, to ogromny atut książki. Kobiety w różnym wieku, o różnych doświadczeniach życiowych i strategiach przetrwania składają się na kompleksowy obraz egzystencji kobiety w świecie Oceanii.
Zakończenie: żart, spadek formy czy metafora?
Moje pozytywne odczucia i narastająca chęć obrony „Julii” w trakcie czytania znacznie osłabły od momentu, w którym Julia trafia do Miłości. Szczęśliwe zbiegi okoliczności, takie jak spotkanie z Dianą Winters z Partii Wewnętrznej czy zabicie szczurów, nim zdążyły trwale okaleczyć główną bohaterkę, wydawały się niewiarygodne w świecie, w którym takie rzeczy właściwie nie mogły się zdarzyć. Życie Julii po wyjściu cało z Ministerstwa, ponowne spotkanie z Ampleforthem „Pod Kasztanem” (świetna scena emocjonalnej reakcji na skonfrontowanie się z traumą w klaustrofobicznej atmosferze dystopijnego świata) oraz ostatnie spotkanie ze Smithem w duchu oryginału nieco równoważyły te wątpliwe rozwiązania, jednak ostatnie czterdzieści-pięćdziesiąt stron książki, chciałoby się powiedzieć, tonie w oparach absurdu. Obalenie rządu Wielkiego Brata przy wsparciu buntowników byłoby jeszcze możliwe do wytłumaczenia, gdyby nie to, co dzieje się potem. Bezpieczne dotarcie Julii do Kryształowego Pałacu, spotkanie z Wielkim Bratem w postaci starca, który stracił kontakt z rzeczywistością, sprawiają wrażenie kompletnie niezgodnych z wymową oryginału jako skrajnym totalitaryzmem, z którym jednostka nie ma szans wygrać. Jeszcze bardziej absurdalne jest ponowne nawiązanie romansu przez Julię i Vicky. Świat stworzony przez żołnierzy Eurazji i Bractwo Wolnych Ludzi wydaje się rajem: wszystko się w nim układa, panuje wolność i trwa święto obalenia autorytaryzmu. Zmienia się także zupełnie styl narracji. Wcześniej, choć Newman była bardziej szczegółowa w opisach od Orwella, styl wydawał się podobny – dało się wyczuć ducha ciągłej kontroli i przytłoczenia. W pewnym momencie, szczególnie od chwili ucieczki i spotkania w lesie przedstawicieli Wolnych Ludzi, następuje dziwne przeobrażenie. Ostatnie strony brzmią jak z jednej ze słynnych skandynawskich sag, w której głównej bohaterce wszystko się udaje, a świat ugina się pod jej wolą. Julia, cechująca się od początku książki nieufnością i pragmatyzmem, nagle zaczyna wpadać w zachwyt na widok bogactw, żartować z poznanymi chwilę wcześniej żołnierzami i wydaje się w przeciągu pięciu stron zmienić całkowicie podejście do życia i wiary w lepszą przyszłość.
Wydaje się to tak nieprawdopodobne, że aby obronić książkę, możliwa jest tylko negatywna interpretacja zakończenia. Julia po spotkaniu z Wielkim Bratem idzie wraz z Reynoldsem (jednym z Wolnych Anglików) podpisać dokumenty lojalności wobec nowej władzy. Musi to zrobić dla własnego bezpieczeństwa ze względu na fakt, iż wcześniej była członkinią Partii Zewnętrznej. Mężczyzna wypełnia za nią formularz, czytając pytania na głos, ponieważ jej ręka nie jest w pełni sprawna. Okazuje się, że to dokładnie te same pytania, które zadawał O’Brien Winstonowi podczas pierwszego spotkania w jego mieszkaniu – czy byłaby gotowa popełnić morderstwo, oblać dziecko kwasem siarkowym, zdradzić kraj na rzecz obcych mocarstw etc. Wobec tego, że wcześniej wspominano, jakoby Goldsteinowcy byli tylko wymysłem Partii Wewnętrznej w celu zwabienia potencjalnych rewolucjonistów takich jak Winston, zakończenie pozostaje otwarte. Czy O’Brien faktycznie znał buntowników i słynna książka nie była wymysłem? Na poziomie dosłownym: tak, lecz styl i splot pozytywnych wydarzeń są tak absurdalne, że… może nowy rząd jest w rzeczywistości starym, a wszystko okazało się kolejną pułapką, tym razem na skalę całego społeczeństwa? Czy jeszcze inaczej: należy odbierać to jako metaforę myśli, że każda władza jest właściwie taka sama i w równym stopniu wymaga całkowitego posłuszeństwa od jednostki? Pozostaje także teoria często pojawiająca się w wątkach na forach: wszystko, co dzieje się po spotkaniu rozstaniu z Winstonem, czyli po wydarzeniach opisanych jeszcze w „1984”, jest halucynacją lub przedśmiertną wizją Julii. Osobiście także skłaniam się ku tej interpretacji. Byłoby to jedyne wyjaśnienie dla skrajnie cukierkowych wydarzeń sprzed ostatniej sceny, opisanych niemal naiwnym językiem. W tym przypadku wydźwięk oryginału zostałby w pełni zachowany i oddany: zmiażdżona psychika Julii, nawet w stanie utopijnej halucynacji, jest w stanie przeobrazić ją w wizję miażdżącej władzy.
„(…) lecz nie po to, byśmy my z kimkolwiek grali/Lecz po to by ktoś mógł – nami grać”
Nie uważam lektury „Julii” za stracony czas czy profanację „1984”. Jeżeli Newman miała w planach konkurowanie z Orwellem, zostało to bardzo zgrabnie zamaskowane: ani razu (poza zakończeniem, którego nijak nie umiem zrozumieć) nie odniosłam wrażenia, że próbuje silnie ingerować w wykreowany świat czy cokolwiek zmieniać – wypełniła puste miejsca swoją własną opowieścią tam, gdzie było to możliwe. Sądzę, że poza samym w sobie rozwinięciem charakteru postaci i zbudowaniu jej w opozycji do Smitha oraz wątkami kobiecymi i queerowymi największą zaletą powieści jest to, że autorka podołała budowaniu miażdżącej atmosfery ciągłej kontroli. Niekiedy wychodzi to gorzej (początek książki, szczęśliwe zrządzenia losu w Miłości), niekiedy lepiej (od uświadomienia sobie przez Julię, że była oszukiwana przez O’Briena, do spotkania z Bractwem), jednak klimat oryginału zostaje według mnie zachowany. Pozostaje pytanie, co z tym zakończeniem: w świętej naiwności chcę wierzyć, że autorka chce grać czytelnikami jak Oceania obywatelami, jak w przywołanej w tytule tej recenzji „Balladzie paranoika” Jacka Kaczmarskiego.
LITERATURA:
Jarek: „Vagina dentata waginosceptyka”. 06.03.2014. https://queer.pl/artykul/194557/vagina-dentata-waginosceptyka.
Sandra Newman: „Julia”. Przeł. Kaja Gucio. Wydawnictwo Muza. Warszawa 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

