KSIĄŻKA NA EKRANIE - HIT CZY KIT? ('WICHROWE WZGÓRZA')
A
A
A
Według najnowszego raportu The Publishers Association, czyli brytyjskiego stowarzyszenia wydawców, filmy na podstawie książek cieszą się większym zainteresowaniem niż te stworzone na podstawie oryginalnego scenariusza (zob. Publishers Association 2026). Z tego wynika, iż lubimy widzieć na ekranie historie znane nam już wcześniej z literatury. Ujrzenie na własne oczy swojej ulubionej postaci, która wcześniej istniała jedynie w naszej fantazji uformowana przez mniej lub bardziej rozwinięte opisy w tekście, jest przeżyciem nieraz wręcz euforycznym. Choć czytelnicy książek ogółem nie skarżą się na problemy ze swoją wyobraźnią, na wiadomość o możliwej adaptacji filmowej bądź ekranizacji tworzy się w nich jakaś iskierka ciekawości i ekscytacji. Jeśli do tego dodać jeszcze wabienie możliwością zobaczenia ulubionego aktora/aktorki na ekranie, wcielających się w jednego z bohaterów opowieści – pojawia się mocna podstawa do pełnego napięcia oczekiwania na produkcję. Czasem zdarza się również, że chociaż sami możemy nie znać pierwowzoru bądź jedynie go pobieżnie kojarzyć, informacja o tym, iż mamy do czynienia z transferem między mediami, sprawia, że z jakiegoś powodu ciekawi nas końcowy efekt tego procesu.
Oczywiście nic nie jest czarno-białe i chociaż faktycznie zainteresowanie adaptacjami filmowymi okazuje się dosyć spore, to nie oznacza to, iż wiąże się wyłącznie z miłością do tego typu zjawiska. Istnieje bowiem część odbiorców, która zapytana, czy lubi, gdy opowieści z książek przenosi się do kin, odpowie, że raczej nie. Jako osoba, która ostatnimi czasy zaczęła podzielać ten pogląd, pozwolę sobie na udzielenie możliwej odpowiedzi na pytanie: „dlaczego?”. Owszem, zobaczenie na żywo tego, co wcześniej istniało jedynie w naszej głowie, jest kuszące, ale wiąże się ze sporym ryzykiem, że najzwyczajniej w świecie nie sprosta naszym wcześniej wytworzonym wymaganiom. Bo i co z tego, że w role postaci wcielą się fantastyczni aktorzy, jeśli nie wpasują się w format, do jakiego zostaliśmy przyzwyczajeni, czytając książkę. To samo ryzyko tyczy się także innych elementów kompozycyjnych filmu takich jak: scenografia, kostiumy, charakteryzacja czy oprawa dźwiękowa. Jak wiemy, adaptacja wiąże się z możliwością zmian względem konstrukcji literackiego dzieła. Reżyser staje się panem i władcą opowieści, od którego zależy ostateczny wygląd filmu.
Od premiery „Wichrowych Wzgórz” w reżyserii Emerald Fennell minęło już trochę czasu, ponieważ miało to miejsce 28 stycznia 2026 roku w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce 13 lutego 2026 roku, jednak przyznam się, że długo odkładałam ten seans. Już wczesne zwiastuny i informacje na temat produkcji wzbudziły we mnie pewien niesmak tudzież nawet niepokój. Jako pasjonatka twórczości gotyckiej zaznajomiona byłam wszak z pierwowzorem produkcji, jakim miała być powieść Emily Brontë o tym samym tytule. Wiedząc, jak wypadły wcześniejsze próby adaptacji dzieła pisarki, bardzo chciałam, żeby w końcu komuś udało się zawrzeć najważniejsze elementy jej opowieści.
Na ten moment uważam, że adaptacją, której najbliżej do spełnienia tych wymagań, jest produkcja z 2011 roku w reżyserii Andrei Arnold – i obawiam się, że ten stan rzeczy może utrzymać się jeszcze przez długi, długi czas. Największą zaletą przytoczonej adaptacji okazuje się jej autentyczność. Reżyserka, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, na przykład Petera Kosminsky’ego, rezygnuje z estetyki typowej dla kostiumowego melodramatu i pokazuje świat akcji jako brutalny, dziki i surowy – czyli taki, jak opisała go sama Brontë. Poprzez wizualną reprezentację wewnętrznych zmagań bohaterów jesteśmy w stanie jeszcze lepiej doświadczyć mroku oraz izolacji, które przepełniają stronnice powieści pisarki. Ograniczona liczba dialogów, naturalne światło czy skupienie się na dźwiękach natury działają na korzyść budowania tajemniczej oraz mrocznej atmosfery. Arnold zachowuje tym samym gotycki wymiar dzieła. „Wichrowe Wzgórza” opowiadają o wykluczeniu, zamknięciu, przemocy i obsesji. Relacja głównych bohaterów jest toksyczna i zaborcza. Produkcja z 1939 roku w reżyserii Williama Wylera zdała się wytworzyć błędny obraz w tym zakresie, prezentując bohaterów jako tragicznych kochanków, kładąc nacisk na aspekt miłosny. Następne adaptacje powielały to działanie, pomijając tym samym ważne aspekty literackiego pierwowzoru, takie jak zemsta czy trauma. Dodatkowo produkcja Arnold, na ten moment, okazuje się jedyną, która podejmuje się prezentacji problematyki rasowej obecnej w dziele Brontë. Chociaż Heathcliff w jej wydaniu jest mężczyzną czarnoskórym, a nie Romem, to nie przeszkadza to w ukazaniu rasizmu, z jakim spotyka się bohater. Z tego też powodu adaptacja z 2011 roku jest najbliższa duchowi oryginału. Niestety wciąż, moim zdaniem, nie jest to TA adaptacja. Największy zarzut, jaki wytoczyłabym, wobec przytoczonej produkcji, to całkowite pominięcie drugiej części książki, prezentującej międzypokoleniową traumę i zemstę wynikające ze zgorzkniałości, która wytworzyła się w sercu Heathcliffa. Dzieło oglądane przez nas na ekranie nie jest zatem pełną historią Brontë, a jedynie jej okrojoną częścią, więc trudno tu mówić o idealnym przedstawieniu.
Pierwszy element, który na pewno bardzo mnie zaalarmował jeszcze przed premierą dzieła Fennell, to informacje na temat obsady filmu, a konkretniej aktorzy, którzy wcielić się mieli w dwie główne postaci. Margot Robbie jest naprawdę cudowną aktorką, która wielokrotnie pokazała, iż kunszt pozwala jej na odgrywanie bardzo zróżnicowanych ról, od Tonyi Harding w biopicu „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” z 2017 roku po Harley Queen w „Legionie samobójców” z 2016 czy postać kultowej zabawki lalki Barbie w filmie o tym samym tytule z 2023. W tym przypadku sama wiadomość o tym, że aktorka ma zagrać rolę Catherine Earnshaw, nie stanowiła problemu, bowiem ten powstał dopiero w momencie publikacji pierwszych zdjęć z planu filmowego, z których wynikało, że reżyserka absolutnie nie ma zamiaru trzymać się oryginalnego opisu literackiego. No dobrze, ktoś może teraz powiedzieć: „co z tego, że postać Margot Robbie ma blond włosy zamiast ciemnych brązowych jak w książce” (por. Brontë 2006: 41) – w sumie nic. Jest to różnica, która nie ma dużego wpływu na fabułę, więc to nie ona stanowi problem. Sęk tkwi w samej charakteryzacji postaci. Ostatnimi czasy pojawiła się nowa kategoria estetyczna nazywana Instagram face, która w skrócie wskazuje na to, iż obecnie w wielu produkcjach filmowych zamiast wyróżniających się urodą aktorów widzimy osoby, które kropka w kropkę reprezentują kanony piękna wykształcone przez social media, i jest to niezależne od formuły produkcji (zob. Tolentino 2019). Akcja „Wichrowych Wzgórz” ma miejsce na przełomie XVIII i XIX wieku, stąd też charakteryzacja Robbie, absolutnie wpisująca się w to, co określamy mianem Instagram face, jest rozczarowująca. I taką winą obarczyć należy zdecydowanie charakteryzację, a nie samą aktorkę, ponieważ chociażby na podstawie produkcji „Maria, królowa Szkotów” z roku 2018 widzimy, że Robbie jest w stanie wpasować się w pejzaż starszych epok historycznych, niestety z jakiegoś powodu nie doszło do tego w omawianym przez nas teraz filmie.
Ale dobrze, na to niedopasowanie da się jeszcze przymknąć oko w przeciwieństwie do tego, co się rodzi w przypadku roli Heathcliffa. Każda osoba zapoznana przynajmniej w podstawowym stopniu z powieścią Brontë jest świadoma problematyki podjętej przez autorkę w dziele. Dla mniej wtajemniczonych przypomnę, iż porusza ona kwestie klasowe oraz rasowe. Heathcliff bowiem jest ciemnoskórym Romem (zob. Brontë 2006: 31), który przez większość opowieści spotyka się z rasistowskimi obelgami i działaniami ze strony otaczających go ludzi, którzy traktują go wręcz jako „podczłowieka”. To naprawdę ważny element całej historii, który jakimś cudem cały czas umyka kolejnym twórcom filmowym, którzy uparcie w roli tejże postaci obsadzają białych aktorów. W erze ciągłych bitew dotyczących kwestii reprezentacji, między innymi rasowych, w popkulturze pomyśleć by można, że w produkcji, która faktycznie już z samego założenia uwzględnia obecność bohaterów rasy innej niż biała, po prostu zrealizuje się wyjściową koncepcję. Otóż Fennell zdecydowała inaczej. Wszystkie odejścia od pierwowzoru, łącznie z tym, uargumentowała tym, że jej film jest jej fantazją na temat książki Brontë wywodzącą się z czasów jej pierwszego spotkania z powieścią, kiedy to była jeszcze dzieckiem (zob. intagram.com). Problem jednak w tym, że takie wyjaśnienie absolutnie nie tłumaczy sytuacji z postacią Heathcliffa. Problematyka rasowa nie może być ot tak usunięta z tego typu dzieła! Jest to moim zdaniem wręcz oburzające, żeby próbować wymazać tak istotny aspekt historii i w roli głównego bohatera obsadzać Jacoba Elordiego, który nic a nic nie ma wspólnego z grupą etniczną, jaką są Romowie.
Powiem więcej – to, co zrobiła reżyserka z całą tematyką książki, wydaje się mocno niepokojące. Zrzucanie na swoją „młodszą ja” odpowiedzialności za zmienienie dzieła o charakterze komentarza społecznego dotyczącego problemów na tle rasowym i klasowym w film pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, tylko że w dawniejszej epoce, jest absolutnie nie na miejscu. Tej produkcji nie stworzyła bardzo młoda Emerald Fennell tylko dorosła Emerald Fennell, która powinna wiedzieć, jak działa się w granicach dobrego smaku.
Dynamika głównych bohaterów to czysty film pornograficzny. Chociaż sam gotycyzm nie stroni od barwnych scen erotycznych, to są one zdecydowanie bardziej wysublimowane niż to, co dostajemy na ekranie w tym wypadku. Tak naprawdę reżyserka praktycznie całkowicie pozbyła się ze swojego filmu elementów, które rozpoznać możemy jako te przynależące do nurtu, jakim jest gotycyzm. Czy, oglądając tę adaptację, czujemy niepokój? Nie (chyba że ten związany z nieudolnym i tanim przedstawieniem erotycznej relacji Heathcliffa z Cathy). Czy otrzymujemy tutaj jakąkolwiek głębszą myśl na temat istoty człowieka bądź komentarz społeczny? Nie. Jedyne, co jakkolwiek przypominać może konwencję gotycką, to burzliwy romans bohaterów, który niestety rozczarowująco nie uwzględnia motywów z dalszej części książki, gdzie dochodzi do nawiedzania Heathcliffa przez ducha jego ukochanej.
Żeby nie być całkowicie negatywnym odbiorcą, podejmę się również zwrócenia uwagi na atuty dzieła. Kostiumy, przyznać muszę, są śliczne, jednak wcale nie dopasowane do epoki, co ponownie zawdzięczamy próbie przekształcenia „Wichrowych Wzgórz” w produkcję o walorze wysoko erotycznym. Ale dobrze, da się to podciągnąć pod osobisty styl i wizję artystyczną reżyserki. W końcu istnieje wiele produkcji historycznych bardziej inspirujących się ówczesną modą niż traktujących ją jako obowiązkowy wzór do powielenia. Kreacje zatem w jakimś stopniu dalej przyciągają oko i mogą zachwycić część publiczności.
Podobnie ma się sytuacja z oprawą dźwiękową – soundtrack jest dobry, piosenki Charlie XCX wpadają w ucho i same w sobie stanowią pozytywne doświadczenie audialne. Nie krzyczą „wiek XVIII/XIX”, jednak nie muszą, bo tworzą ciekawy kontrast względem fabuły. Chociaż piosenka „House” w wykonaniu Charlie i Johna Cale’a od swojego wyjścia na rynek muzyczny do momentu premiery filmu zdążyła stać się memem w internecie, to nie wpłynęło to na mój odbiór jej pojawienia się podczas seansu. Pozostała ona ciekawym motywem oprawy dźwiękowej. Myślę, że wykorzystanie utworów artystki przez Fennell było interesującym posunięciem pod kątem promocji filmu, który ukazał się stosunkowo niedługo po wyżu odbiorczym, jaki Charlie XCX zdobyła wraz z publikacją jej głośnego albumu „Brat” w połowie 2024 roku. Ludzie wciąż wspominają to historyczne „brat lato”, które spędzili na zabawie w akompaniamencie dźwięków z przytoczonej płyty. Z tego powodu na wieść, iż piosenkarka weszła we współpracę z Emerald Fennell, produkcji udało się zdobyć jeszcze większe zainteresowanie.
Scenografia z kolei jest dosyć baśniowa, może nawet lekko podobna stylowo do tego, co Guillermo del Toro zaoferował nam w swoim „Frankensteinie” bądź Yorgos Lanthimos w „Biednych istotach”. W przeciwieństwie do tych tytułów, w przypadku „Wichrowych Wzgórz” nie zrobiło to na mnie jednak takiego samego wrażenia, być może ze względu na za duży rozstrzał między oczekiwaniami a rzeczywistością. Moje podejście do tej warstwy filmu pozostaje zatem ambiwalentne.
Niestety te dobre elementy produkcji Fennell okazują się zbyt drobne względem głównych problemów i niedociągnięć. Moim zdaniem w filmach zawsze najważniejsza jest ich tzw. istota, czyli główny zamysł i przesłanie, a te w tym przypadku jak kula u nogi zaniżają poziom dzieła reżyserki. Ostatnimi czasy adaptacje filmowe mają to do siebie, że często nie reprezentują godnie pierwowzoru literackiego, jak np. „Morbius” (2022) czy „Madame Web” (2024). Film Emerald Fennell dołącza do tego grona i zasiada dumnie na swoim miejscu w kąciku wstydu. „Frankenstein” del Toro udowodnił, że da się zrobić dobrą adaptację filmową dzieła gotyckiego. Pozostaje mi zatem mieć nadzieję, iż kiedyś doczekam się w końcu takich „Wichrowych Wzgórz”, że z czystym sumieniem będę mogła powiedzieć, iż to dobra reprezentacja oryginału.
LITERATURA:
Brontë E.: „Wichrowe Wzgórza”. Przeł. J. Sujkowska, Kraków 2006.
Publishers Association: „Books on Screen: Book adaptations’ importance to the UK’s creative industries and reading for enjoyment”. 11.03.2026. https://www.publishers.org.uk/publications/books-on-screen/.
Tolentino J.: „The Age of Instagram Face How social media, FaceTune, and plastic surgery created a single, cyborgian look”. 12.12.2019 https://courses.cs.washington.edu/courses/cse481p/23sp/readings/W3S2/the-age-of-instagram-face-JiaTolentino.pdf.
„#WutheringHeights director Emerald Fennell explains her decision to put the film's title in quotations”. https://www.instagram.com/reels/DUsvFhoARyr/.
Oczywiście nic nie jest czarno-białe i chociaż faktycznie zainteresowanie adaptacjami filmowymi okazuje się dosyć spore, to nie oznacza to, iż wiąże się wyłącznie z miłością do tego typu zjawiska. Istnieje bowiem część odbiorców, która zapytana, czy lubi, gdy opowieści z książek przenosi się do kin, odpowie, że raczej nie. Jako osoba, która ostatnimi czasy zaczęła podzielać ten pogląd, pozwolę sobie na udzielenie możliwej odpowiedzi na pytanie: „dlaczego?”. Owszem, zobaczenie na żywo tego, co wcześniej istniało jedynie w naszej głowie, jest kuszące, ale wiąże się ze sporym ryzykiem, że najzwyczajniej w świecie nie sprosta naszym wcześniej wytworzonym wymaganiom. Bo i co z tego, że w role postaci wcielą się fantastyczni aktorzy, jeśli nie wpasują się w format, do jakiego zostaliśmy przyzwyczajeni, czytając książkę. To samo ryzyko tyczy się także innych elementów kompozycyjnych filmu takich jak: scenografia, kostiumy, charakteryzacja czy oprawa dźwiękowa. Jak wiemy, adaptacja wiąże się z możliwością zmian względem konstrukcji literackiego dzieła. Reżyser staje się panem i władcą opowieści, od którego zależy ostateczny wygląd filmu.
Od premiery „Wichrowych Wzgórz” w reżyserii Emerald Fennell minęło już trochę czasu, ponieważ miało to miejsce 28 stycznia 2026 roku w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce 13 lutego 2026 roku, jednak przyznam się, że długo odkładałam ten seans. Już wczesne zwiastuny i informacje na temat produkcji wzbudziły we mnie pewien niesmak tudzież nawet niepokój. Jako pasjonatka twórczości gotyckiej zaznajomiona byłam wszak z pierwowzorem produkcji, jakim miała być powieść Emily Brontë o tym samym tytule. Wiedząc, jak wypadły wcześniejsze próby adaptacji dzieła pisarki, bardzo chciałam, żeby w końcu komuś udało się zawrzeć najważniejsze elementy jej opowieści.
Na ten moment uważam, że adaptacją, której najbliżej do spełnienia tych wymagań, jest produkcja z 2011 roku w reżyserii Andrei Arnold – i obawiam się, że ten stan rzeczy może utrzymać się jeszcze przez długi, długi czas. Największą zaletą przytoczonej adaptacji okazuje się jej autentyczność. Reżyserka, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, na przykład Petera Kosminsky’ego, rezygnuje z estetyki typowej dla kostiumowego melodramatu i pokazuje świat akcji jako brutalny, dziki i surowy – czyli taki, jak opisała go sama Brontë. Poprzez wizualną reprezentację wewnętrznych zmagań bohaterów jesteśmy w stanie jeszcze lepiej doświadczyć mroku oraz izolacji, które przepełniają stronnice powieści pisarki. Ograniczona liczba dialogów, naturalne światło czy skupienie się na dźwiękach natury działają na korzyść budowania tajemniczej oraz mrocznej atmosfery. Arnold zachowuje tym samym gotycki wymiar dzieła. „Wichrowe Wzgórza” opowiadają o wykluczeniu, zamknięciu, przemocy i obsesji. Relacja głównych bohaterów jest toksyczna i zaborcza. Produkcja z 1939 roku w reżyserii Williama Wylera zdała się wytworzyć błędny obraz w tym zakresie, prezentując bohaterów jako tragicznych kochanków, kładąc nacisk na aspekt miłosny. Następne adaptacje powielały to działanie, pomijając tym samym ważne aspekty literackiego pierwowzoru, takie jak zemsta czy trauma. Dodatkowo produkcja Arnold, na ten moment, okazuje się jedyną, która podejmuje się prezentacji problematyki rasowej obecnej w dziele Brontë. Chociaż Heathcliff w jej wydaniu jest mężczyzną czarnoskórym, a nie Romem, to nie przeszkadza to w ukazaniu rasizmu, z jakim spotyka się bohater. Z tego też powodu adaptacja z 2011 roku jest najbliższa duchowi oryginału. Niestety wciąż, moim zdaniem, nie jest to TA adaptacja. Największy zarzut, jaki wytoczyłabym, wobec przytoczonej produkcji, to całkowite pominięcie drugiej części książki, prezentującej międzypokoleniową traumę i zemstę wynikające ze zgorzkniałości, która wytworzyła się w sercu Heathcliffa. Dzieło oglądane przez nas na ekranie nie jest zatem pełną historią Brontë, a jedynie jej okrojoną częścią, więc trudno tu mówić o idealnym przedstawieniu.
Pierwszy element, który na pewno bardzo mnie zaalarmował jeszcze przed premierą dzieła Fennell, to informacje na temat obsady filmu, a konkretniej aktorzy, którzy wcielić się mieli w dwie główne postaci. Margot Robbie jest naprawdę cudowną aktorką, która wielokrotnie pokazała, iż kunszt pozwala jej na odgrywanie bardzo zróżnicowanych ról, od Tonyi Harding w biopicu „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” z 2017 roku po Harley Queen w „Legionie samobójców” z 2016 czy postać kultowej zabawki lalki Barbie w filmie o tym samym tytule z 2023. W tym przypadku sama wiadomość o tym, że aktorka ma zagrać rolę Catherine Earnshaw, nie stanowiła problemu, bowiem ten powstał dopiero w momencie publikacji pierwszych zdjęć z planu filmowego, z których wynikało, że reżyserka absolutnie nie ma zamiaru trzymać się oryginalnego opisu literackiego. No dobrze, ktoś może teraz powiedzieć: „co z tego, że postać Margot Robbie ma blond włosy zamiast ciemnych brązowych jak w książce” (por. Brontë 2006: 41) – w sumie nic. Jest to różnica, która nie ma dużego wpływu na fabułę, więc to nie ona stanowi problem. Sęk tkwi w samej charakteryzacji postaci. Ostatnimi czasy pojawiła się nowa kategoria estetyczna nazywana Instagram face, która w skrócie wskazuje na to, iż obecnie w wielu produkcjach filmowych zamiast wyróżniających się urodą aktorów widzimy osoby, które kropka w kropkę reprezentują kanony piękna wykształcone przez social media, i jest to niezależne od formuły produkcji (zob. Tolentino 2019). Akcja „Wichrowych Wzgórz” ma miejsce na przełomie XVIII i XIX wieku, stąd też charakteryzacja Robbie, absolutnie wpisująca się w to, co określamy mianem Instagram face, jest rozczarowująca. I taką winą obarczyć należy zdecydowanie charakteryzację, a nie samą aktorkę, ponieważ chociażby na podstawie produkcji „Maria, królowa Szkotów” z roku 2018 widzimy, że Robbie jest w stanie wpasować się w pejzaż starszych epok historycznych, niestety z jakiegoś powodu nie doszło do tego w omawianym przez nas teraz filmie.
Ale dobrze, na to niedopasowanie da się jeszcze przymknąć oko w przeciwieństwie do tego, co się rodzi w przypadku roli Heathcliffa. Każda osoba zapoznana przynajmniej w podstawowym stopniu z powieścią Brontë jest świadoma problematyki podjętej przez autorkę w dziele. Dla mniej wtajemniczonych przypomnę, iż porusza ona kwestie klasowe oraz rasowe. Heathcliff bowiem jest ciemnoskórym Romem (zob. Brontë 2006: 31), który przez większość opowieści spotyka się z rasistowskimi obelgami i działaniami ze strony otaczających go ludzi, którzy traktują go wręcz jako „podczłowieka”. To naprawdę ważny element całej historii, który jakimś cudem cały czas umyka kolejnym twórcom filmowym, którzy uparcie w roli tejże postaci obsadzają białych aktorów. W erze ciągłych bitew dotyczących kwestii reprezentacji, między innymi rasowych, w popkulturze pomyśleć by można, że w produkcji, która faktycznie już z samego założenia uwzględnia obecność bohaterów rasy innej niż biała, po prostu zrealizuje się wyjściową koncepcję. Otóż Fennell zdecydowała inaczej. Wszystkie odejścia od pierwowzoru, łącznie z tym, uargumentowała tym, że jej film jest jej fantazją na temat książki Brontë wywodzącą się z czasów jej pierwszego spotkania z powieścią, kiedy to była jeszcze dzieckiem (zob. intagram.com). Problem jednak w tym, że takie wyjaśnienie absolutnie nie tłumaczy sytuacji z postacią Heathcliffa. Problematyka rasowa nie może być ot tak usunięta z tego typu dzieła! Jest to moim zdaniem wręcz oburzające, żeby próbować wymazać tak istotny aspekt historii i w roli głównego bohatera obsadzać Jacoba Elordiego, który nic a nic nie ma wspólnego z grupą etniczną, jaką są Romowie.
Powiem więcej – to, co zrobiła reżyserka z całą tematyką książki, wydaje się mocno niepokojące. Zrzucanie na swoją „młodszą ja” odpowiedzialności za zmienienie dzieła o charakterze komentarza społecznego dotyczącego problemów na tle rasowym i klasowym w film pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, tylko że w dawniejszej epoce, jest absolutnie nie na miejscu. Tej produkcji nie stworzyła bardzo młoda Emerald Fennell tylko dorosła Emerald Fennell, która powinna wiedzieć, jak działa się w granicach dobrego smaku.
Dynamika głównych bohaterów to czysty film pornograficzny. Chociaż sam gotycyzm nie stroni od barwnych scen erotycznych, to są one zdecydowanie bardziej wysublimowane niż to, co dostajemy na ekranie w tym wypadku. Tak naprawdę reżyserka praktycznie całkowicie pozbyła się ze swojego filmu elementów, które rozpoznać możemy jako te przynależące do nurtu, jakim jest gotycyzm. Czy, oglądając tę adaptację, czujemy niepokój? Nie (chyba że ten związany z nieudolnym i tanim przedstawieniem erotycznej relacji Heathcliffa z Cathy). Czy otrzymujemy tutaj jakąkolwiek głębszą myśl na temat istoty człowieka bądź komentarz społeczny? Nie. Jedyne, co jakkolwiek przypominać może konwencję gotycką, to burzliwy romans bohaterów, który niestety rozczarowująco nie uwzględnia motywów z dalszej części książki, gdzie dochodzi do nawiedzania Heathcliffa przez ducha jego ukochanej.
Żeby nie być całkowicie negatywnym odbiorcą, podejmę się również zwrócenia uwagi na atuty dzieła. Kostiumy, przyznać muszę, są śliczne, jednak wcale nie dopasowane do epoki, co ponownie zawdzięczamy próbie przekształcenia „Wichrowych Wzgórz” w produkcję o walorze wysoko erotycznym. Ale dobrze, da się to podciągnąć pod osobisty styl i wizję artystyczną reżyserki. W końcu istnieje wiele produkcji historycznych bardziej inspirujących się ówczesną modą niż traktujących ją jako obowiązkowy wzór do powielenia. Kreacje zatem w jakimś stopniu dalej przyciągają oko i mogą zachwycić część publiczności.
Podobnie ma się sytuacja z oprawą dźwiękową – soundtrack jest dobry, piosenki Charlie XCX wpadają w ucho i same w sobie stanowią pozytywne doświadczenie audialne. Nie krzyczą „wiek XVIII/XIX”, jednak nie muszą, bo tworzą ciekawy kontrast względem fabuły. Chociaż piosenka „House” w wykonaniu Charlie i Johna Cale’a od swojego wyjścia na rynek muzyczny do momentu premiery filmu zdążyła stać się memem w internecie, to nie wpłynęło to na mój odbiór jej pojawienia się podczas seansu. Pozostała ona ciekawym motywem oprawy dźwiękowej. Myślę, że wykorzystanie utworów artystki przez Fennell było interesującym posunięciem pod kątem promocji filmu, który ukazał się stosunkowo niedługo po wyżu odbiorczym, jaki Charlie XCX zdobyła wraz z publikacją jej głośnego albumu „Brat” w połowie 2024 roku. Ludzie wciąż wspominają to historyczne „brat lato”, które spędzili na zabawie w akompaniamencie dźwięków z przytoczonej płyty. Z tego powodu na wieść, iż piosenkarka weszła we współpracę z Emerald Fennell, produkcji udało się zdobyć jeszcze większe zainteresowanie.
Scenografia z kolei jest dosyć baśniowa, może nawet lekko podobna stylowo do tego, co Guillermo del Toro zaoferował nam w swoim „Frankensteinie” bądź Yorgos Lanthimos w „Biednych istotach”. W przeciwieństwie do tych tytułów, w przypadku „Wichrowych Wzgórz” nie zrobiło to na mnie jednak takiego samego wrażenia, być może ze względu na za duży rozstrzał między oczekiwaniami a rzeczywistością. Moje podejście do tej warstwy filmu pozostaje zatem ambiwalentne.
Niestety te dobre elementy produkcji Fennell okazują się zbyt drobne względem głównych problemów i niedociągnięć. Moim zdaniem w filmach zawsze najważniejsza jest ich tzw. istota, czyli główny zamysł i przesłanie, a te w tym przypadku jak kula u nogi zaniżają poziom dzieła reżyserki. Ostatnimi czasy adaptacje filmowe mają to do siebie, że często nie reprezentują godnie pierwowzoru literackiego, jak np. „Morbius” (2022) czy „Madame Web” (2024). Film Emerald Fennell dołącza do tego grona i zasiada dumnie na swoim miejscu w kąciku wstydu. „Frankenstein” del Toro udowodnił, że da się zrobić dobrą adaptację filmową dzieła gotyckiego. Pozostaje mi zatem mieć nadzieję, iż kiedyś doczekam się w końcu takich „Wichrowych Wzgórz”, że z czystym sumieniem będę mogła powiedzieć, iż to dobra reprezentacja oryginału.
LITERATURA:
Brontë E.: „Wichrowe Wzgórza”. Przeł. J. Sujkowska, Kraków 2006.
Publishers Association: „Books on Screen: Book adaptations’ importance to the UK’s creative industries and reading for enjoyment”. 11.03.2026. https://www.publishers.org.uk/publications/books-on-screen/.
Tolentino J.: „The Age of Instagram Face How social media, FaceTune, and plastic surgery created a single, cyborgian look”. 12.12.2019 https://courses.cs.washington.edu/courses/cse481p/23sp/readings/W3S2/the-age-of-instagram-face-JiaTolentino.pdf.
„#WutheringHeights director Emerald Fennell explains her decision to put the film's title in quotations”. https://www.instagram.com/reels/DUsvFhoARyr/.
„Wichrowe Wzgórza” („Wuthering Heights”). Reżyseria i scenariusz: Emerald Fennell. Zdjęcia: Linus Sandgren. Muzyka: Anthony Willis. Obsada: Margot Robbie, Jacob Elordi, Hong Chau, Shazad Latif. Gatunek: melodramat. Produkcja: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 2026, 136 min. Tłumaczenie i dialogi polskie (dubbing): Bartek Fukiet.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

