HYDROBIOGRAFIE, CZYLI NIGDY NIE BYLIŚMY WODOODPORNI (ROBERT MACFARLANE: 'CZY RZEKA ŻYJE?', DANIEL PETRYCZKIEWICZ: 'MAŁA HISTORIA ZNIKANIA. OPOWIEŚĆ O RZECE')
A
A
A
Jeśli ktoś zapytałaby mnie o moje najgłębsze literackie doświadczenie rzeki, to bez namysłu odpowiedziałabym, że jest nim obraz Missisipi, czyli spektakularne tło dla przygód Tomka Sawyera. I choć nigdy jej nie widziałam, to dzięki dziecięcej lekturze powieści Marka Twaina dosyć sprawnie zwizualizowałam sobie rzekę, a stan, któremu dała nazwę, na długo stał się dla mnie metaforą odległych Stanów Zjednoczonych.
Warto jednak lekturę sprzed kilku dekad skonfrontować z autobiograficznymi zapiskami Twaina z czasów, kiedy starał się zdobyć uprawnienia pilota parostatków i w ten sposób zarabiać na życie. Twain w „Życiu na Missisipi” z 1883 roku, przywołując wspomnienia sprzed trzydziestu lat, pisze o jednej z ważniejszych lekcji, jakie odebrał od swego opiekuna uczącego go fachu: „– Mój chłopcze, musisz mieć mały notesik i za każdym razem, jak ci coś powiem, zaraz w nim to zapisać. Jest tylko jeden sposób, by zostać pilotem, a mianowicie: nauczyć się całej rzeki na pamięć. Musisz ją tak umieć, jak abecadło” (Twain 1984: 45).
Twain znalazł jednak swój sposób na zapamiętywanie rzeki. We wspomnieniach nadmienia, że zaczął w pamięci fotografować Missisipi, starając się zachować jej obrazy tak bardzo zmieniające się podczas rejsu. Skany pamięci pozwalały myśleć o kształcie rzeki jako o obiekcie nie tylko dynamicznym, ale też wielowymiarowym. Wielka rzeka została więc przez Twaina zapamiętana z wielu stron, a nawet przez niego wyobrażona z „nieludzkich” perspektyw: z góry oraz jej głębin, co dla bezpieczeństwa pasażerów parostatku narażonego na utknięcie na mieliźnie czy uszkodzenie kadłuba miało niebagatelne znaczenie. Pierwsze wyprawy młodego Twaina były zatem nie tylko wyzwaniem dla jego wyobraźni poszerzanej o nowy wymiar – świata rzeki, ale wiązały się również, jak sam pisze, z głębokim przeżywaniem jej krajobrazów. Meandrująca Missisipi w poświacie zachodzącego słońca sprawiała przecież niesamowite wrażenie, więc przyszły pisarz, obserwując świat „z rzeki”, był niemal wstrząśnięty jego pięknem: „Stałem jak zaczarowany. Wchłaniałem to w niemym zachwycie. Świat był dla mnie nowy; dopóki byłem w domu, nigdy czegoś takiego nie widziałem” (tamże, s. 63).
Wzruszenie wkrótce ustąpiło, a jego miejsce zajął pragmatyzm. Wprawa, jakiej nabierał Twain w pilotowaniu parostatków, skutecznie pokonała jego romantyczną naturę: „Tak, cały romantyzm i piękno uleciały z rzeki. Każdy szczegół miał dla mnie tylko tę wartość, jak dalece był użyteczny do bezpiecznego prowadzenia parowca” (tamże, s. 64).
Lektura książek Roberta Macfarlane’a „Czy rzeka żyje?” i Daniela Petryczkiewicza „Mała historia znikania. Opowieść o rzece” przekonuje jednak, że „wejście do rzeki”, nawet to profesjonalne, wcale nie powoduje wystudzenia tematów z nią związanych, przeciwnie – mówienie o rzece nie tylko z jej nurtu, ale także brzegów, dopływów, dorzecza czy źródeł okazuje się w zasadzie jedyną autentyczną formą opowieści o rzece, a łączenie głosów, doświadczeń, będących udziałem zarówno ludzi, jak i nie-ludzi sprawia, że niejako przy okazji wytrąca się specyficzna narracja. Lubię o niej myśleć w kategoriach hydrobiografii, rozumianej jako opowieść o życiu rzeki, jej wędrówkach, przemianach i relacjach z ludzkimi oraz pozaludzkimi mieszkańcami świata.
Tak właśnie czytam książkę „Czy rzeka żyje?” Macfarlane’a, autora już dobrze znanego polskim czytelnikom i czytelniczkom, choćby dzięki takim tytułom jak „Góry. Stan umysłu”, „Szlaki. Opowieść o wędrówkach”, „Podziemia. W głąb czasu” czy „Dzikie miejsca”. Na fakt, że wymienione publikacje układają się w spójną całość (góry – podziemia – rzeki), zwrócił uwagę Wojciech Szot w rozmowie z autorem. Szot pyta też o język. Macfarlane twierdzi, że zwykle stara się wychodzić poza ograniczenia non-fiction, ale w najnowszej książce dodatkowo ufnie odsłania miękkie podbrzusze: „Nigdy tak się nie odsłoniłem. Jeżdżąc w miejsca, gdzie ludzie poświęcają życie, by ratować świat, otworzyłem się na nieznane mi doświadczenia i pozwoliłem sobie na emocje. Czytelnik to zobaczy” (Szot 2026: 64). Wydaje się, że kluczowe wyznanie, być może credo pisarskie Macfarlane’a aktualne przez najbliższe lata, zostaje wyartykułowane nieco dalej: „Gdzieś w połowie mojej kariery zrozumiałem, że nie jestem samodzielnym autorem. Współtworzę z górami, lasami. Już to może brzmieć dla kogoś dziwnie. Teraz zrobiłem krok dalej. Zrozumiałem, że to rzeka pisze mnie. Było to ekstremalne doświadczenie egzystencjalne, które wstrząsnęło podstawami mojego systemu myślenia” (tamże). To z pewnością szczere wyznanie rozpisane na wiele wątków w „Czy rzeka żyje?”, wzmocnione dodatkowo wiwisekcją języka, o którym pisarz eksperymentalnie myśli, szczególnie po doświadczeniu ekwadorskiego lasu wodnego: „Animistyczna gramatyka tego miejsca potrzebowałaby zdań podrzędnych zamiast współrzędnych, składniowej hipotaksy w miejsce parataksy, o maksymalnym stopniu korelacji, proliferujących połączeń rozchodzących się promieniście ze środka we wszystkich możliwych kierunkach; składni rozgałęziającej się, liściokształtnej i fraktalnej, wielokrotnie rozwidlającej się struktury językowej” (Macfarlane 2026: 146).

Macfarlane koncentruje się zasadniczo na trzech obszarach rzecznych: Rzece Cedrów w Ekwadorze, zagrożonej działalnością przemysłu wydobywczego, rzekach Indii skażonych przez przemysł oraz rzekach kanadyjskiego Nitassinan, których bieg tamują wznoszone zapory. Autor już na pierwszych stronach książki wyraźnie opisuje zjawisko odczarowania rzeki, jakie miało miejsce w XIX wieku. Nie powołuje się jednak na Twaina, który z goryczą, lecz także nie bez satysfakcji żegna się z naiwną młodością, a wraz z nią z romantyzowaniem rzeki, ale na Martina Heideggera. Filozof, objaśniając pojęcie „zasobu”, odwołał się wszak do przykładu Renu, stanowiącego niegdyś źródło inspiracji dla Friedricha Hölderlina, dostrzegającego w rzece osobowość i moc sprawczą. Inżynieria wodna, twierdzi Heidegger, w tym zapora hydroelektryczna postawiona na Renie, sprawiła, że autonomia rzeki została wymieniona na posłuszeństwo i służebność, a z nimi jakoś nie po drodze poetyckiemu natchnieniu.
Czas więc na zaczarowanie. Macfarlane, docierając do krajów obu Ameryk i Południowej Azji, ponownie zaczarowuje rzeki, choć z horyzontu nie traci faktów, twardych danych, statystyk, raportów naukowych. Umie jednak znakomicie o nich opowiadać, filtrując wykresy i liczby przez doświadczenia i spotkania z mieszkańcami rzek, ich koryt oraz dolin. Można powiedzieć, że czerpie z anty-Lete, wywołując tym samym jakiś rodzaj anamnezy, namawiając nie tylko do wspólnych wzruszeń, ale nade wszystko do wspólnych działań dla rzek. Każda z jego trzech opowieści angażuje bowiem niezwykle zaangażowanych „aktorów”, lokalnych opiekunów rzek, aktywistów, przewodników po meandrach. To z ich udziałem pisarz tworzy splot polifonicznych opowieści o rzece.
Docierając do Ekwadoru, Macfarlane tak naprawdę przybywa do źródeł odnowionego myślenia o przyrodzie. Zreformowana konstytucja tego kraju ogłoszona w 2008 roku uznawała wodę za dobro publiczne, zakazując jej prywatyzacji, a „artykuły o prawach przyrody” stanowiły o tym, że natura, „w której życie się pomnaża i dokonuje, (…) ma prawo do poszanowania swego istnienia oraz do podtrzymywania i regeneracji swych cyklów życiowych, struktur, funkcji i procesów ewolucyjnych” (Macfarlane 2026: 57). Pisarz sprawdza ten konstytucyjny zapis w terenie. Wraz z trojgiem towarzyszy, prawnikiem walczącym zarówno o prawa ludności rdzennej, jak i lasów i rzek, muzykiem rejestrującym dźwięki natury oraz mykolożką, dociera do mglistego lasu. Sławomir Królak, tłumacz książki, rozpoczyna ten fragment od zdania: „Lasy mgliste tworzą rzeki”. W pierwszej chwili wydało mi się, że wieloznaczność, jaka wyniknęła z polskiej składni, można uznać za niedopatrzenie tłumacza przy pracy. Co jest tworzone przez co? Wyjaśnienie przyszło później. Okazuje się bowiem, że lasy mgliste, nazywane też lasem wodnym, są z rzekami nierozerwalnie związane. Lasy rosnące na dużych wysokościach, zagęszczone epifitami tworzą ogromną powierzchnię, na której dochodzi do skraplania nieprzeniknionej mgły, która szczelnie otula rozległe leśne połacie. Skraplająca się mgła pozwala na podtrzymywanie wody w strumieniach nawet podczas suszy. W zdaniu „Lasy mgliste tworzą rzeki” wszystko się zgadza. Tak działa ekosystem.
Macfarlane podczas wyprawy stara się przede wszystkim słuchać opowieści dyktowanych przez różne wrażliwości swych współtowarzyszy. César, z wykształcenia prawnik, przekonuje o konieczności zmian w prawie, pozwalających na nadawanie osobowości prawnej rzekom. Z kolei Cosmo, artysta muzyk, pozwala na odsłuch świata, umożliwiając dzięki specjalistycznym urządzeniom usłyszenie rytmu, w jakim żyją drzewa czy grzybnia. Dzięki Giulianie otwiera się przed pisarzem zupełnie dotąd nieznany świat grzybów, które łączą wszystko ze wszystkim. Splot tego rodzaju opowieści oraz doświadczeń sprawia, że „Jesteśmy przesiąknięci życiem, w tym świętym cedrowym lesie, ledwie kilkaset kilometrów od miejsca, gdzie rodzi się rzeka” (Macfarlane 2026: 141).
Kolejny przystanek Macfarlane’a to Ćennaj (Madras) w Indiach, miasto trzech umierających rzek. Jak wykazuje raport z 2023 roku, woda wypełniająca ich koryta jest niezdatna do podtrzymania jakiejkolwiek formy życia. Odnotowano w niej wysoki poziom stężenia metali ciężkich, fekaliów i bakterii coli, co nikogo nie zdziwiło, wszak rzeki traktuje się tutaj jak otwarte kanały ściekowe. Przemoc, jakiej doświadczają rzeki, boleśnie dotknęła również ich opiekuna i aktywistę. Yuvan, kolejny przewodnik Macfarlane’a, bity i poniżany przez swego ojczyma, uciekł z domu, ale z pomocą dobrych ludzi ukończył szkołę, w której znakomicie rozwinął swoje zainteresowania biologią. Kilka lat temu założył Fundację Palluyir, zajmującą się upowszechnianiem świadomości ekologicznej. Yuvan lubi też przyglądać się słowom, szczególnie tym, które mają moc „włączającą życie” (Macfarlane 2026: 248). W jednej z rozmów z pisarzem wspomina o słowie kluczu. Jest nim „inscendencja” zaczerpnięta z Thomasa Berry’ego, oznaczająca zstąpienie w głąb, a więc kierunek odwrotny do transcendencji – ruchu wznoszącego, oddalającego od świata. Inscendencja to zatem imperatyw zanurzania się w świecie, przylegania, wnikania.
Yuvan to praktyk. Dążenie do jądra, prawdy ma konkretny wymiar, gdyż przewodnik Macfarlane’a jest współautorem mapy prezentującej utracone mokradła. Tego rodzaju kartografia pustki ma skłonić decydentów do prac nad renaturyzacją zniszczonych terenów, a tym samym objęciem troską rzek. Metaforyczne zstąpienie i dojmujące dotknięcie ziemi można również widzieć w akcji ratowania żółwi, do której dołączył także pisarz. W wodach morskich nieopodal Ćennaj żyją żółwie morskie. Samice raz w roku wychodzą na plażę, aby wykopać gniazda i złożyć w nich jaja. Miejsce nie jest bezpieczne, a gniazda mogą zostać zniszczone przez maszyny rolnicze, ludzi i psy. Wolontariusze nie tylko przenoszą jaja w bezpieczne miejsca, ale również pomagają wykluwającym się żółwiom dotrzeć do oceanu. Tego rodzaju wsparcie wydaje się konieczne, ponieważ żółwie, instynktownie kierujące się ku światłu księżyca, tracą orientację wskutek sztucznego oświetlenia miasta. W kontekście takich właśnie sytuacji w terenie – mapowania mokradeł czy pomocy żółwiom – niezwykle autentycznie wybrzmiewa sentencja życiowa Yuvana: „(…) miłość do świata żywego pozwala jednostkowym tożsamościom (…) rozszerzać się tak, by obejmować inne istoty, byty oraz całe krajobrazy (…)” (Macfarlane 2026: 248).
Jednym słowem, dzięki takim praktykom człowiek jakoś przestronnieje. Dowodzi tego kolejna wyprawa, tym razem do Nitassinan we wschodniej części Kanady, obejmującej tereny prowincji Quebec (jej wschodnią część) oraz Labrador. To terytorium zamieszkiwane niegdyś przez rdzenną ludność Innu. W ich języku słowo „nitassinan” oznacza po prostu „Naszą Ziemię”. Celem Macfarlane’a jest podążanie biegiem Magpie, która w 2021 roku jako pierwsza rzeka w kraju otrzymała osobowość prawną. Macfarlane wraz z przyjacielem pokonuje tę morderczą, liczącą około stu sześćdziesięciu kilometrów trasę najpierw kajakiem, a następnie pieszo, aż do ujścia rzeki do morza.
Ten fragment książki poświęcono nie tylko Magpie, ale również innym rzekom, niegdyś naturalnym błękitnym autostradom, spiżarniom, aptekom i szkołom bez granic dla ludów Innu, Kri i Inuitów. Jak się dowiadujemy, dziś spośród szesnastu rzek prowincji Quebec aż czternaście przegrodzono zaporami. W tym kontekście dramatycznie wybrzmiewa przemowa wodza ludu Innu z Ekuanitshit wygłoszona podczas uroczystości otwarcia zapory na rzece Romaine w 2023 roku: „Chciałem tutaj zaprosić jedną z kobiet z naszej starszyzny (…), ponieważ jej własny dom wraz z domem jej dzieci zalane zostały w wyniku zbudowania zapory. Ale byłoby to dla niej zbyt bolesne. Sam jestem ostatnim człowiekiem, który wędrował tą rzeką i spławiał nią czółna. Chciałbym wyrazić uznanie dla waszego geniuszu inżynieryjnego, ale w naszym ludzie również nie brakuje geniuszy. Nasze rzeki, lasy, góry – wszystko to są nasze pomniki, pomniki, które winniśmy chronić” (Macfarlane 2026: 274). Nie dziwi fakt, że Macfarlane, „płynąc z nurtem” Magpie, oddaje głos Ricie Mestokosho, działaczce i poetce wywodzącej się z ludu Innu, pracującej nad rezolucją uznającą Magpie/Mutehekau Shipu za istotę żywą i obdarzoną prawami. Spotkanie z Ritą, jej poezją i wrażliwością powoduje w piszącym narastające uczucie stapiania się z rzeką. Nie pozostaje ono jednak tylko trudną emocją, którą wstydliwie należy ukryć, ale przekuwa się w refleksję nad sposobem organizowania nowego świata. Macfarlane zadaje istotne pytania: jak z doświadczania rzeki, przekraczania siebie, stopienia się z żywiołem, jak z takiej formy poznania można sformułować jakiś program polityczny? Na razie musi zadowolić się odpowiedzią swego przyjaciela: „Brakuje nam nawet słów, by opisać podstawową fenomenologię tego, co nazywasz »zrastaniem się« z rzeką, a co dopiero struktury polityczne, które mogłyby ją pomieścić. Mimo to wydaje mi się, że spotkanie z tymi skrajnie odmiennymi bytami to właśnie miejsce, w którym powinno znaleźć swój początek budowanie polityki wespół z pozaludzkim światem” (Macfarlane 2026: 391).
Czy zatem rzeka żyje? Wydaje się, że autor odpowiada na to pytania już na okładce książki, prezentującej meandrującą rzekę. Oprawę graficzną stworzył przyjaciel Macfarlane’a, Stanley Donwood. Obaj zainspirowani cyklem „Meander Maps” Harolda Fiska, przedstawiającym Missisipi, uznali, że meander jest najtrafniejszą figurą odzwierciedlającą żywotność i sprawczość rzeki. Ale życie rzeki w książce Macfarlane’a ma także inne odsłony, oprócz tej oczywistej – głównej narracji, pobieżnie przeze mnie streszczonej. Odnoszę wrażenie, że opowieści o rzekach w Ekwadorze, Indiach i Kandzie to pewnego rodzaju akty jednego przedstawienia. Oddzielone zostają antraktami – przerwami w głównej opowieści, które dla mnie są jednak równie istotne. W tych szczelinach widzimy Macfarlane’a powracającego do domu, Macfarlane’a lokalnego, rozmawiającego z synem, ale także Macfarlane’a zaangażowanego w myślenie (z) tutejszymi, czyli brytyjskimi rzekami, odprawiającego na ich brzegach rytuały przeniesione z innych światów. Antrakt to czas wolny między częściami przestawienia, czas, w którym widz, ale także aktorzy mogą po prostu odpocząć, czas na zmianę scenografii. Doświadczenia wyniesione z wypraw do odległych rzek mają dla Macfarlane’a moc transformującą, więc ich energia na pozwala na pauzę. To właśnie podczas antraktu, nad brzegiem lokalnej rzeki następuje zrastanie się z tym, co najbliższe, ale często zupełnie nieznane. Może dlatego na maoryskie powitanie, będące w istocie pytaniem „Kim są twoje wody?”, pisarz odpowiada: „Moimi wodami jest rzeka Dee, która bierze początek na płaskowyżu Cairngorm (…)” (Macfarlane 2026: 34).
Znakomicie czyta się „Czy rzeki żyją?” w tandemie z „Małą historią znikania. Opowieścią o rzece” Daniela Petryczkiewicza, pisarza i fotografa, inicjatora corocznego „Święta Wody” w Konstancinie-Jeziornie. Opowieść o Małej, lokalnej, niedługiej, bo zaledwie szesnastokilometrowej podwarszawskiej rzece rozpoczyna się u jej ujścia do Jeziorki, ale w przeciwieństwie do jej krótkiego biegu rozciąga się na ponad czterysta stron. Może dlatego, że przyczyny znikania Małej trzeba precyzyjnie zbadać, a może dlatego, że „bycie” Petryczkiewicza z rzeką trwa od pięciu lat. Mam więc wrażenie, że ta gęsta od sensów książka jest jedynie niewielkim odpryskiem „współbycia” z rzeką. Stanowi zapis tylko jednej wędrówki z rzeką, tej z dramatycznego roku 2024, kiedy w Małej nie ma wody. Paradoks. Towarzyszenie rzece bez wody ma więc szczególny charakter i przebiega niejako w jej ciele, a może bardziej w jego powidokach: „Chcę nadać temu towarzyszeniu inny niż tylko ludzki wymiar. Będę wędrował tak, jak poruszają się zwierzęta, ich ścieżkami. Nie będę wychodził z koryta, aby obejść leżące powalone drzewa, gałęzie czy mostki. (…) Chcę choć przez jeden dzień poczuć to, co mogą czuć inne istoty żyjące w Dolinie. Chcę doświadczyć, co im robimy. Bo rzeka nie znika ot tak. Chcę to poczuć własnym ciałem w geście solidarności z jej Istotą” (Petryczkiewicz 2026: 18).

Narracje mające na celowniku przypadki znikania wody, wysychania rzek w Polsce za chwilę będą potrzebować osobnej półki w księgarni. Nie jest to z pewnością powód do dumy, jeśli uświadomimy sobie, że hydronarracje mnożą się wprost proporcjonalnie do problemu dewastacji rzek, ich zanieczyszczenia, nadmiernej melioracji, prowadzących do suszy hydrologicznej, dotykającej wiele regionów Polski. Oprócz historii znikania Małej Petryczkiewicza warto przypomnieć całe rozlewisko opowieści non-fiction podejmujących „wodne” i okołowodne tematy (m.in. bagna, zanik bioróżnorodności, bobry). Dla porządku wymienię tylko kilka polskich tytułów: „Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać” Jana Mencwela, „Rzeki, których nie ma” Macieja Roberta, „Pałace na wodzie” Adama Robińskiego, „Wisła. Biografia rzeki” Andrzeja Chwalby. Spore zainteresowanie wzbudził także wielokrotnie nagrodzony film „Do ostatniej kropli” Ewy Ewart, zrealizowany trzy lata temu. Obraz dobrze się rymuje z książką Macfarlane’a, ponieważ opisywana przez niego Rita Mestokosho, kanadyjska poetka i aktywistka działająca w imieniu rzeki Magpie, jest także bohaterką filmu Ewart. Petryczkiewicz zanurza się nie tylko w tych lekturach, ale dopisuje własne, poruszające glosy na marginesach „Pieśni Ziemi” Robin Wall Kimmerer czy prac Henry’ego Davida Thoreau, Alda Leopolda, Donny Haraway, chętnie korzysta z literatury pięknej, tworząc prawdziwy zbiornik retencyjny opowieści w czasie wysychających rzek.
Mała u Petryczkiewicza jest kłopotliwie nieobecna, a jej nazwa paradoksalnie nie pozwala na ignorowanie problemu. Przeciwnie, pokazuje ludzkie strategie cwaniackiego radzenia sobie z kłopotami. Umniejszanie, niezauważanie, ośmieszanie, zamiatanie pod dywan. Puste koryto Małej odsłania nie tylko zalegające w nim śmieci, lecz także problemy, z jakimi borykają się zarówno ta rzeka, jak i wiele innych polskich rzek. Przykład podwarszawskiej Małej działa jak dobre streszczenie książki, gdyż kompaktowa forma rzeki pozwala na odpowiedź na fundamentalne pytania: kto?, gdzie?, kiedy?, co się wydarzyło?, dlaczego? i jaki był skutek? Co ciekawe, Petryczkiewicz rzeczywiście udziela na wszystkie pytania wyczerpujących odpowiedzi, przywracając rzece jej utraconą godność. Rekonstrukcja wyglądu rzeki oraz jej biografii odbudowuje pamięć o niej.
Nie sprawia to jednak, że lektura opowieści o Małej jest łatwa. Przeciwnie. Grozi podtopieniem spowodowanym falą wstydu z nieodrobionych lekcji lokalności, o czym Petryczkiewicz słusznie przypomina. O ile każdy z nas ma raczej niewielki wpływ na zrzuty ścieków czy metali ciężkich do rzek, budowę tam i elektrowni (oczywiście, można protestować), o tyle da się przecież zainteresować tym, co bliskie: „Rzecz nie w tym, by rezygnować z wędrówek w Przyrodę, ale by promować postawę, która charakteryzuje się dostrzeganiem jej niezwykłości i dzikości w wymiarze lokalnym, tuż obok, pod stopami” (Petryczkiewicz 2026: 198). Postawa bliska jest pedagogice Richarda Louva, zaproponowanej w „Ostatnim dziecku lasu”, ale Petryczkiewicz idzie o krok dalej. Pisarz, szanując projekty biopedagogiczne, ignoruje kryterium wieku i dzieli się własną, „dorosłą” już wędrówką i wypracowanymi dzięki niej sposobami wrastania w teren. W zasadzie startuje z zupełnie innego miejsca niż Macfarlane, który potrzebował Ekwadoru, Indii i Kanady, aby wrócić do siebie i zapytać o najbliższą rzekę. Petryczkiewicz wie, że rację miał Tatuś Muminka, twierdząc, że wszystkie przygody można przeżyć na ganku swojego domu. No, może nie przesadzajmy, sięgnijmy nieco dalej, do Doliny.
Petryczkiewicz, pragnąc dzikości, urządza się w swej Dolinie (Małej). Może lepiej: czule ją współdzieli. Jest to możliwe między innymi dzięki nadawaniu imion bytom więcej-niż-ludzkim, zgodnie z zasadami gramatyki żywotności zaproponowanej przez Kimmerer: „Nadawanie imion więcej-niż-ludzkim bytom buduje według mnie więź. Jest wilgotną kieszonką oporu, w której tworzą się porosty znaczeń. Na ich kanwie mogą powstać opowieści. A to, co nazwane – trudniej zniszczyć. To, co opowiedziane – trudniej zapomnieć” (Petryczkiewicz 2026 67). Dla Petryczkiewicza nazywanie jest rytuałem nie tylko jednostkowej, ale zbiorowej anamnezy, przypominania sobie miejsca oraz więzi, które nas z nim łączyły, a których się wyrzekliśmy. Na intymnej mapie Doliny znikającej rzeki pojawiają się więc nazwy nadane przez jej współtowarzysza: Stary Dąb, Wrota Rozlewiska, Stara Wierzba, Stary Trójpienny Wiąz, Wielka Łąka, Najstarsza Wierzba, Stare Mokradło, Kosmaty Ług.
To nie jest „tylko” opowieść o rzece. To opowieść o jej ekosystemie (lub ogólniej: przyrodzie), który, jak pisze autor, nie może stać się „muzeum osobliwości” w postaci parku narodowego czy rezerwatu z biletowanym wstępem. Taka regulacja nie sprzyja budowaniu prawdziwej więzi. Petryczkiewicz przekonuje, że autentyczna relacja tworzona jest w bezpośrednim kontakcie z przyrodą, prowadzącym do przekonania, że „jestem światem. Świat jest mną” (s. 193). Mniej patosu, więcej przykładów? Oto jeden z nich: „Pamiętam moment, gdy pierwszy raz usiadłem w Sanktuarium pod Starą Wierzbą. Uczucie pomniejszenia i zatopienia się w świecie, który »wyrósł« nagle wokoło, było dojmujące. Najpierw pojawił się strach. Czy jestem bezpieczny? (…) Popatrzyłem na pień Starej Wierzby. Stała pionowo na ziemi – tak jak ja. Jej mechanizm trzymania się w pionizowania się to geotropizm. Mój mechanizm trzymania się w pionie jest nie mniej skomplikowany. Tak czy inaczej wykorzystujemy oboje ziemską grawitację. Wierzba ma skórę, która się zużywa, a jej martwe komórki odpadają i rozsypują się wokoło. Zupełnie jak u mnie. Strach ustąpił. Poczułem, że nie jestem już sam. Że nie stoję obok, ale w środku. Jestem ssakiem, kręgowcem, eukariotem” (Petryczkiewicz 2026: 192).
Krótka epikryza tego stanu wykonana przez psychologa? Na pytanie, co jest źródłem naszego bólu istnienia, znany ekopsycholog, Ryszard Kulik, odpowiada, że wspólnym mianownikiem zaburzeń psychicznych jest wyparcie jakieś części, której zaprzeczamy. Podobny mechanizm można zaobserwować w relacji ze światem, a nasz dramat polega na tym, że uwierzyliśmy, że jesteśmy czymś oddzielnym od przyrody (zob. Długowski 2016: 258). Jednym ze sposobów powrotów do niej, choć dość radykalnym i wymagającym, jest „spędzić samotną noc w lesie bez cywilizacyjnych podpórek: wystawić się na działanie chłodu, wilgoci, niewygody, po to, żeby doświadczyć siebie w tym miejscu. (…) Mogę zobaczyć siebie jako istotę, która jest połączona z życiem, nie jest samotną wyspą. (…) Jako człowiek przynależę do wielkiej rodziny życia, w której jestem tylko małą cząstką” (tamże, s. 264, 266-267).
Czy podobnie czuł Twain, starając się z całych sił zdobyć umiejętności pilota parostatków? Tego nie wiemy, a autobiograficzne zapiski w „Życiu na Missisipi” nie pozwalają na tak głębokie spotkanie z wrażliwością pisarza. W tytule jego książki zwraca uwagę przyimek „na”, budujący pewną hierarchię, precyzyjnie oddzielający rytm ludzkiej pracy od nurtu potężnej rzeki, na którą Twain spogląda jednak z pokładu ogromnej maszyny, ucząc się nią nawigować i pokonywać kolejne „ograniczenia” przyrody. Myślenie spekulatywne nic nie kosztuje, więc pozwolę sobie na proste ćwiczenie. Być może, gdyby Twain pisał tę książkę dziś, nosiłaby inny tytuł, tym razem bez przyimka. „Życie Missisipi” byłoby bliższe hydrobiografiom Macfarlane’a i Petryczkiewicza. Ale oczywiście tego też nie wiemy. Warto jednak pamiętać, że Mark Twain, a właściwie Samuel Langhorne Clemens, tworzył pod pseudonimem literackim, pochodzącym z „okresu Missisipi”. W żargonie pilotów parowców rzecznych mark twain oznacza „zaznacz dwa” (sążnie głębokości).
Czyżby rzeka pozostała w nim na zawsze?
LITERATURA:
Długowski Ł.: „Mikrowyprawy w wielkim mieście. Wypocznij i naładuj baterie”. Warszawa 2016.
„Serce rzeki bije coraz wolniej”. Z Robertem Macfarlanem rozmawia Wojciech Szot. „Książki. Magazyn do Czytania” 2026, nr 3.
Twain M.: „Życie na Missisipi”. Przeł. Z. Sawicka. Warszawa 1984.
Warto jednak lekturę sprzed kilku dekad skonfrontować z autobiograficznymi zapiskami Twaina z czasów, kiedy starał się zdobyć uprawnienia pilota parostatków i w ten sposób zarabiać na życie. Twain w „Życiu na Missisipi” z 1883 roku, przywołując wspomnienia sprzed trzydziestu lat, pisze o jednej z ważniejszych lekcji, jakie odebrał od swego opiekuna uczącego go fachu: „– Mój chłopcze, musisz mieć mały notesik i za każdym razem, jak ci coś powiem, zaraz w nim to zapisać. Jest tylko jeden sposób, by zostać pilotem, a mianowicie: nauczyć się całej rzeki na pamięć. Musisz ją tak umieć, jak abecadło” (Twain 1984: 45).
Twain znalazł jednak swój sposób na zapamiętywanie rzeki. We wspomnieniach nadmienia, że zaczął w pamięci fotografować Missisipi, starając się zachować jej obrazy tak bardzo zmieniające się podczas rejsu. Skany pamięci pozwalały myśleć o kształcie rzeki jako o obiekcie nie tylko dynamicznym, ale też wielowymiarowym. Wielka rzeka została więc przez Twaina zapamiętana z wielu stron, a nawet przez niego wyobrażona z „nieludzkich” perspektyw: z góry oraz jej głębin, co dla bezpieczeństwa pasażerów parostatku narażonego na utknięcie na mieliźnie czy uszkodzenie kadłuba miało niebagatelne znaczenie. Pierwsze wyprawy młodego Twaina były zatem nie tylko wyzwaniem dla jego wyobraźni poszerzanej o nowy wymiar – świata rzeki, ale wiązały się również, jak sam pisze, z głębokim przeżywaniem jej krajobrazów. Meandrująca Missisipi w poświacie zachodzącego słońca sprawiała przecież niesamowite wrażenie, więc przyszły pisarz, obserwując świat „z rzeki”, był niemal wstrząśnięty jego pięknem: „Stałem jak zaczarowany. Wchłaniałem to w niemym zachwycie. Świat był dla mnie nowy; dopóki byłem w domu, nigdy czegoś takiego nie widziałem” (tamże, s. 63).
Wzruszenie wkrótce ustąpiło, a jego miejsce zajął pragmatyzm. Wprawa, jakiej nabierał Twain w pilotowaniu parostatków, skutecznie pokonała jego romantyczną naturę: „Tak, cały romantyzm i piękno uleciały z rzeki. Każdy szczegół miał dla mnie tylko tę wartość, jak dalece był użyteczny do bezpiecznego prowadzenia parowca” (tamże, s. 64).
Lektura książek Roberta Macfarlane’a „Czy rzeka żyje?” i Daniela Petryczkiewicza „Mała historia znikania. Opowieść o rzece” przekonuje jednak, że „wejście do rzeki”, nawet to profesjonalne, wcale nie powoduje wystudzenia tematów z nią związanych, przeciwnie – mówienie o rzece nie tylko z jej nurtu, ale także brzegów, dopływów, dorzecza czy źródeł okazuje się w zasadzie jedyną autentyczną formą opowieści o rzece, a łączenie głosów, doświadczeń, będących udziałem zarówno ludzi, jak i nie-ludzi sprawia, że niejako przy okazji wytrąca się specyficzna narracja. Lubię o niej myśleć w kategoriach hydrobiografii, rozumianej jako opowieść o życiu rzeki, jej wędrówkach, przemianach i relacjach z ludzkimi oraz pozaludzkimi mieszkańcami świata.
Tak właśnie czytam książkę „Czy rzeka żyje?” Macfarlane’a, autora już dobrze znanego polskim czytelnikom i czytelniczkom, choćby dzięki takim tytułom jak „Góry. Stan umysłu”, „Szlaki. Opowieść o wędrówkach”, „Podziemia. W głąb czasu” czy „Dzikie miejsca”. Na fakt, że wymienione publikacje układają się w spójną całość (góry – podziemia – rzeki), zwrócił uwagę Wojciech Szot w rozmowie z autorem. Szot pyta też o język. Macfarlane twierdzi, że zwykle stara się wychodzić poza ograniczenia non-fiction, ale w najnowszej książce dodatkowo ufnie odsłania miękkie podbrzusze: „Nigdy tak się nie odsłoniłem. Jeżdżąc w miejsca, gdzie ludzie poświęcają życie, by ratować świat, otworzyłem się na nieznane mi doświadczenia i pozwoliłem sobie na emocje. Czytelnik to zobaczy” (Szot 2026: 64). Wydaje się, że kluczowe wyznanie, być może credo pisarskie Macfarlane’a aktualne przez najbliższe lata, zostaje wyartykułowane nieco dalej: „Gdzieś w połowie mojej kariery zrozumiałem, że nie jestem samodzielnym autorem. Współtworzę z górami, lasami. Już to może brzmieć dla kogoś dziwnie. Teraz zrobiłem krok dalej. Zrozumiałem, że to rzeka pisze mnie. Było to ekstremalne doświadczenie egzystencjalne, które wstrząsnęło podstawami mojego systemu myślenia” (tamże). To z pewnością szczere wyznanie rozpisane na wiele wątków w „Czy rzeka żyje?”, wzmocnione dodatkowo wiwisekcją języka, o którym pisarz eksperymentalnie myśli, szczególnie po doświadczeniu ekwadorskiego lasu wodnego: „Animistyczna gramatyka tego miejsca potrzebowałaby zdań podrzędnych zamiast współrzędnych, składniowej hipotaksy w miejsce parataksy, o maksymalnym stopniu korelacji, proliferujących połączeń rozchodzących się promieniście ze środka we wszystkich możliwych kierunkach; składni rozgałęziającej się, liściokształtnej i fraktalnej, wielokrotnie rozwidlającej się struktury językowej” (Macfarlane 2026: 146).

Macfarlane koncentruje się zasadniczo na trzech obszarach rzecznych: Rzece Cedrów w Ekwadorze, zagrożonej działalnością przemysłu wydobywczego, rzekach Indii skażonych przez przemysł oraz rzekach kanadyjskiego Nitassinan, których bieg tamują wznoszone zapory. Autor już na pierwszych stronach książki wyraźnie opisuje zjawisko odczarowania rzeki, jakie miało miejsce w XIX wieku. Nie powołuje się jednak na Twaina, który z goryczą, lecz także nie bez satysfakcji żegna się z naiwną młodością, a wraz z nią z romantyzowaniem rzeki, ale na Martina Heideggera. Filozof, objaśniając pojęcie „zasobu”, odwołał się wszak do przykładu Renu, stanowiącego niegdyś źródło inspiracji dla Friedricha Hölderlina, dostrzegającego w rzece osobowość i moc sprawczą. Inżynieria wodna, twierdzi Heidegger, w tym zapora hydroelektryczna postawiona na Renie, sprawiła, że autonomia rzeki została wymieniona na posłuszeństwo i służebność, a z nimi jakoś nie po drodze poetyckiemu natchnieniu.
Czas więc na zaczarowanie. Macfarlane, docierając do krajów obu Ameryk i Południowej Azji, ponownie zaczarowuje rzeki, choć z horyzontu nie traci faktów, twardych danych, statystyk, raportów naukowych. Umie jednak znakomicie o nich opowiadać, filtrując wykresy i liczby przez doświadczenia i spotkania z mieszkańcami rzek, ich koryt oraz dolin. Można powiedzieć, że czerpie z anty-Lete, wywołując tym samym jakiś rodzaj anamnezy, namawiając nie tylko do wspólnych wzruszeń, ale nade wszystko do wspólnych działań dla rzek. Każda z jego trzech opowieści angażuje bowiem niezwykle zaangażowanych „aktorów”, lokalnych opiekunów rzek, aktywistów, przewodników po meandrach. To z ich udziałem pisarz tworzy splot polifonicznych opowieści o rzece.
Docierając do Ekwadoru, Macfarlane tak naprawdę przybywa do źródeł odnowionego myślenia o przyrodzie. Zreformowana konstytucja tego kraju ogłoszona w 2008 roku uznawała wodę za dobro publiczne, zakazując jej prywatyzacji, a „artykuły o prawach przyrody” stanowiły o tym, że natura, „w której życie się pomnaża i dokonuje, (…) ma prawo do poszanowania swego istnienia oraz do podtrzymywania i regeneracji swych cyklów życiowych, struktur, funkcji i procesów ewolucyjnych” (Macfarlane 2026: 57). Pisarz sprawdza ten konstytucyjny zapis w terenie. Wraz z trojgiem towarzyszy, prawnikiem walczącym zarówno o prawa ludności rdzennej, jak i lasów i rzek, muzykiem rejestrującym dźwięki natury oraz mykolożką, dociera do mglistego lasu. Sławomir Królak, tłumacz książki, rozpoczyna ten fragment od zdania: „Lasy mgliste tworzą rzeki”. W pierwszej chwili wydało mi się, że wieloznaczność, jaka wyniknęła z polskiej składni, można uznać za niedopatrzenie tłumacza przy pracy. Co jest tworzone przez co? Wyjaśnienie przyszło później. Okazuje się bowiem, że lasy mgliste, nazywane też lasem wodnym, są z rzekami nierozerwalnie związane. Lasy rosnące na dużych wysokościach, zagęszczone epifitami tworzą ogromną powierzchnię, na której dochodzi do skraplania nieprzeniknionej mgły, która szczelnie otula rozległe leśne połacie. Skraplająca się mgła pozwala na podtrzymywanie wody w strumieniach nawet podczas suszy. W zdaniu „Lasy mgliste tworzą rzeki” wszystko się zgadza. Tak działa ekosystem.
Macfarlane podczas wyprawy stara się przede wszystkim słuchać opowieści dyktowanych przez różne wrażliwości swych współtowarzyszy. César, z wykształcenia prawnik, przekonuje o konieczności zmian w prawie, pozwalających na nadawanie osobowości prawnej rzekom. Z kolei Cosmo, artysta muzyk, pozwala na odsłuch świata, umożliwiając dzięki specjalistycznym urządzeniom usłyszenie rytmu, w jakim żyją drzewa czy grzybnia. Dzięki Giulianie otwiera się przed pisarzem zupełnie dotąd nieznany świat grzybów, które łączą wszystko ze wszystkim. Splot tego rodzaju opowieści oraz doświadczeń sprawia, że „Jesteśmy przesiąknięci życiem, w tym świętym cedrowym lesie, ledwie kilkaset kilometrów od miejsca, gdzie rodzi się rzeka” (Macfarlane 2026: 141).
Kolejny przystanek Macfarlane’a to Ćennaj (Madras) w Indiach, miasto trzech umierających rzek. Jak wykazuje raport z 2023 roku, woda wypełniająca ich koryta jest niezdatna do podtrzymania jakiejkolwiek formy życia. Odnotowano w niej wysoki poziom stężenia metali ciężkich, fekaliów i bakterii coli, co nikogo nie zdziwiło, wszak rzeki traktuje się tutaj jak otwarte kanały ściekowe. Przemoc, jakiej doświadczają rzeki, boleśnie dotknęła również ich opiekuna i aktywistę. Yuvan, kolejny przewodnik Macfarlane’a, bity i poniżany przez swego ojczyma, uciekł z domu, ale z pomocą dobrych ludzi ukończył szkołę, w której znakomicie rozwinął swoje zainteresowania biologią. Kilka lat temu założył Fundację Palluyir, zajmującą się upowszechnianiem świadomości ekologicznej. Yuvan lubi też przyglądać się słowom, szczególnie tym, które mają moc „włączającą życie” (Macfarlane 2026: 248). W jednej z rozmów z pisarzem wspomina o słowie kluczu. Jest nim „inscendencja” zaczerpnięta z Thomasa Berry’ego, oznaczająca zstąpienie w głąb, a więc kierunek odwrotny do transcendencji – ruchu wznoszącego, oddalającego od świata. Inscendencja to zatem imperatyw zanurzania się w świecie, przylegania, wnikania.
Yuvan to praktyk. Dążenie do jądra, prawdy ma konkretny wymiar, gdyż przewodnik Macfarlane’a jest współautorem mapy prezentującej utracone mokradła. Tego rodzaju kartografia pustki ma skłonić decydentów do prac nad renaturyzacją zniszczonych terenów, a tym samym objęciem troską rzek. Metaforyczne zstąpienie i dojmujące dotknięcie ziemi można również widzieć w akcji ratowania żółwi, do której dołączył także pisarz. W wodach morskich nieopodal Ćennaj żyją żółwie morskie. Samice raz w roku wychodzą na plażę, aby wykopać gniazda i złożyć w nich jaja. Miejsce nie jest bezpieczne, a gniazda mogą zostać zniszczone przez maszyny rolnicze, ludzi i psy. Wolontariusze nie tylko przenoszą jaja w bezpieczne miejsca, ale również pomagają wykluwającym się żółwiom dotrzeć do oceanu. Tego rodzaju wsparcie wydaje się konieczne, ponieważ żółwie, instynktownie kierujące się ku światłu księżyca, tracą orientację wskutek sztucznego oświetlenia miasta. W kontekście takich właśnie sytuacji w terenie – mapowania mokradeł czy pomocy żółwiom – niezwykle autentycznie wybrzmiewa sentencja życiowa Yuvana: „(…) miłość do świata żywego pozwala jednostkowym tożsamościom (…) rozszerzać się tak, by obejmować inne istoty, byty oraz całe krajobrazy (…)” (Macfarlane 2026: 248).
Jednym słowem, dzięki takim praktykom człowiek jakoś przestronnieje. Dowodzi tego kolejna wyprawa, tym razem do Nitassinan we wschodniej części Kanady, obejmującej tereny prowincji Quebec (jej wschodnią część) oraz Labrador. To terytorium zamieszkiwane niegdyś przez rdzenną ludność Innu. W ich języku słowo „nitassinan” oznacza po prostu „Naszą Ziemię”. Celem Macfarlane’a jest podążanie biegiem Magpie, która w 2021 roku jako pierwsza rzeka w kraju otrzymała osobowość prawną. Macfarlane wraz z przyjacielem pokonuje tę morderczą, liczącą około stu sześćdziesięciu kilometrów trasę najpierw kajakiem, a następnie pieszo, aż do ujścia rzeki do morza.
Ten fragment książki poświęcono nie tylko Magpie, ale również innym rzekom, niegdyś naturalnym błękitnym autostradom, spiżarniom, aptekom i szkołom bez granic dla ludów Innu, Kri i Inuitów. Jak się dowiadujemy, dziś spośród szesnastu rzek prowincji Quebec aż czternaście przegrodzono zaporami. W tym kontekście dramatycznie wybrzmiewa przemowa wodza ludu Innu z Ekuanitshit wygłoszona podczas uroczystości otwarcia zapory na rzece Romaine w 2023 roku: „Chciałem tutaj zaprosić jedną z kobiet z naszej starszyzny (…), ponieważ jej własny dom wraz z domem jej dzieci zalane zostały w wyniku zbudowania zapory. Ale byłoby to dla niej zbyt bolesne. Sam jestem ostatnim człowiekiem, który wędrował tą rzeką i spławiał nią czółna. Chciałbym wyrazić uznanie dla waszego geniuszu inżynieryjnego, ale w naszym ludzie również nie brakuje geniuszy. Nasze rzeki, lasy, góry – wszystko to są nasze pomniki, pomniki, które winniśmy chronić” (Macfarlane 2026: 274). Nie dziwi fakt, że Macfarlane, „płynąc z nurtem” Magpie, oddaje głos Ricie Mestokosho, działaczce i poetce wywodzącej się z ludu Innu, pracującej nad rezolucją uznającą Magpie/Mutehekau Shipu za istotę żywą i obdarzoną prawami. Spotkanie z Ritą, jej poezją i wrażliwością powoduje w piszącym narastające uczucie stapiania się z rzeką. Nie pozostaje ono jednak tylko trudną emocją, którą wstydliwie należy ukryć, ale przekuwa się w refleksję nad sposobem organizowania nowego świata. Macfarlane zadaje istotne pytania: jak z doświadczania rzeki, przekraczania siebie, stopienia się z żywiołem, jak z takiej formy poznania można sformułować jakiś program polityczny? Na razie musi zadowolić się odpowiedzią swego przyjaciela: „Brakuje nam nawet słów, by opisać podstawową fenomenologię tego, co nazywasz »zrastaniem się« z rzeką, a co dopiero struktury polityczne, które mogłyby ją pomieścić. Mimo to wydaje mi się, że spotkanie z tymi skrajnie odmiennymi bytami to właśnie miejsce, w którym powinno znaleźć swój początek budowanie polityki wespół z pozaludzkim światem” (Macfarlane 2026: 391).
Czy zatem rzeka żyje? Wydaje się, że autor odpowiada na to pytania już na okładce książki, prezentującej meandrującą rzekę. Oprawę graficzną stworzył przyjaciel Macfarlane’a, Stanley Donwood. Obaj zainspirowani cyklem „Meander Maps” Harolda Fiska, przedstawiającym Missisipi, uznali, że meander jest najtrafniejszą figurą odzwierciedlającą żywotność i sprawczość rzeki. Ale życie rzeki w książce Macfarlane’a ma także inne odsłony, oprócz tej oczywistej – głównej narracji, pobieżnie przeze mnie streszczonej. Odnoszę wrażenie, że opowieści o rzekach w Ekwadorze, Indiach i Kandzie to pewnego rodzaju akty jednego przedstawienia. Oddzielone zostają antraktami – przerwami w głównej opowieści, które dla mnie są jednak równie istotne. W tych szczelinach widzimy Macfarlane’a powracającego do domu, Macfarlane’a lokalnego, rozmawiającego z synem, ale także Macfarlane’a zaangażowanego w myślenie (z) tutejszymi, czyli brytyjskimi rzekami, odprawiającego na ich brzegach rytuały przeniesione z innych światów. Antrakt to czas wolny między częściami przestawienia, czas, w którym widz, ale także aktorzy mogą po prostu odpocząć, czas na zmianę scenografii. Doświadczenia wyniesione z wypraw do odległych rzek mają dla Macfarlane’a moc transformującą, więc ich energia na pozwala na pauzę. To właśnie podczas antraktu, nad brzegiem lokalnej rzeki następuje zrastanie się z tym, co najbliższe, ale często zupełnie nieznane. Może dlatego na maoryskie powitanie, będące w istocie pytaniem „Kim są twoje wody?”, pisarz odpowiada: „Moimi wodami jest rzeka Dee, która bierze początek na płaskowyżu Cairngorm (…)” (Macfarlane 2026: 34).
Znakomicie czyta się „Czy rzeki żyją?” w tandemie z „Małą historią znikania. Opowieścią o rzece” Daniela Petryczkiewicza, pisarza i fotografa, inicjatora corocznego „Święta Wody” w Konstancinie-Jeziornie. Opowieść o Małej, lokalnej, niedługiej, bo zaledwie szesnastokilometrowej podwarszawskiej rzece rozpoczyna się u jej ujścia do Jeziorki, ale w przeciwieństwie do jej krótkiego biegu rozciąga się na ponad czterysta stron. Może dlatego, że przyczyny znikania Małej trzeba precyzyjnie zbadać, a może dlatego, że „bycie” Petryczkiewicza z rzeką trwa od pięciu lat. Mam więc wrażenie, że ta gęsta od sensów książka jest jedynie niewielkim odpryskiem „współbycia” z rzeką. Stanowi zapis tylko jednej wędrówki z rzeką, tej z dramatycznego roku 2024, kiedy w Małej nie ma wody. Paradoks. Towarzyszenie rzece bez wody ma więc szczególny charakter i przebiega niejako w jej ciele, a może bardziej w jego powidokach: „Chcę nadać temu towarzyszeniu inny niż tylko ludzki wymiar. Będę wędrował tak, jak poruszają się zwierzęta, ich ścieżkami. Nie będę wychodził z koryta, aby obejść leżące powalone drzewa, gałęzie czy mostki. (…) Chcę choć przez jeden dzień poczuć to, co mogą czuć inne istoty żyjące w Dolinie. Chcę doświadczyć, co im robimy. Bo rzeka nie znika ot tak. Chcę to poczuć własnym ciałem w geście solidarności z jej Istotą” (Petryczkiewicz 2026: 18).

Narracje mające na celowniku przypadki znikania wody, wysychania rzek w Polsce za chwilę będą potrzebować osobnej półki w księgarni. Nie jest to z pewnością powód do dumy, jeśli uświadomimy sobie, że hydronarracje mnożą się wprost proporcjonalnie do problemu dewastacji rzek, ich zanieczyszczenia, nadmiernej melioracji, prowadzących do suszy hydrologicznej, dotykającej wiele regionów Polski. Oprócz historii znikania Małej Petryczkiewicza warto przypomnieć całe rozlewisko opowieści non-fiction podejmujących „wodne” i okołowodne tematy (m.in. bagna, zanik bioróżnorodności, bobry). Dla porządku wymienię tylko kilka polskich tytułów: „Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać” Jana Mencwela, „Rzeki, których nie ma” Macieja Roberta, „Pałace na wodzie” Adama Robińskiego, „Wisła. Biografia rzeki” Andrzeja Chwalby. Spore zainteresowanie wzbudził także wielokrotnie nagrodzony film „Do ostatniej kropli” Ewy Ewart, zrealizowany trzy lata temu. Obraz dobrze się rymuje z książką Macfarlane’a, ponieważ opisywana przez niego Rita Mestokosho, kanadyjska poetka i aktywistka działająca w imieniu rzeki Magpie, jest także bohaterką filmu Ewart. Petryczkiewicz zanurza się nie tylko w tych lekturach, ale dopisuje własne, poruszające glosy na marginesach „Pieśni Ziemi” Robin Wall Kimmerer czy prac Henry’ego Davida Thoreau, Alda Leopolda, Donny Haraway, chętnie korzysta z literatury pięknej, tworząc prawdziwy zbiornik retencyjny opowieści w czasie wysychających rzek.
Mała u Petryczkiewicza jest kłopotliwie nieobecna, a jej nazwa paradoksalnie nie pozwala na ignorowanie problemu. Przeciwnie, pokazuje ludzkie strategie cwaniackiego radzenia sobie z kłopotami. Umniejszanie, niezauważanie, ośmieszanie, zamiatanie pod dywan. Puste koryto Małej odsłania nie tylko zalegające w nim śmieci, lecz także problemy, z jakimi borykają się zarówno ta rzeka, jak i wiele innych polskich rzek. Przykład podwarszawskiej Małej działa jak dobre streszczenie książki, gdyż kompaktowa forma rzeki pozwala na odpowiedź na fundamentalne pytania: kto?, gdzie?, kiedy?, co się wydarzyło?, dlaczego? i jaki był skutek? Co ciekawe, Petryczkiewicz rzeczywiście udziela na wszystkie pytania wyczerpujących odpowiedzi, przywracając rzece jej utraconą godność. Rekonstrukcja wyglądu rzeki oraz jej biografii odbudowuje pamięć o niej.
Nie sprawia to jednak, że lektura opowieści o Małej jest łatwa. Przeciwnie. Grozi podtopieniem spowodowanym falą wstydu z nieodrobionych lekcji lokalności, o czym Petryczkiewicz słusznie przypomina. O ile każdy z nas ma raczej niewielki wpływ na zrzuty ścieków czy metali ciężkich do rzek, budowę tam i elektrowni (oczywiście, można protestować), o tyle da się przecież zainteresować tym, co bliskie: „Rzecz nie w tym, by rezygnować z wędrówek w Przyrodę, ale by promować postawę, która charakteryzuje się dostrzeganiem jej niezwykłości i dzikości w wymiarze lokalnym, tuż obok, pod stopami” (Petryczkiewicz 2026: 198). Postawa bliska jest pedagogice Richarda Louva, zaproponowanej w „Ostatnim dziecku lasu”, ale Petryczkiewicz idzie o krok dalej. Pisarz, szanując projekty biopedagogiczne, ignoruje kryterium wieku i dzieli się własną, „dorosłą” już wędrówką i wypracowanymi dzięki niej sposobami wrastania w teren. W zasadzie startuje z zupełnie innego miejsca niż Macfarlane, który potrzebował Ekwadoru, Indii i Kanady, aby wrócić do siebie i zapytać o najbliższą rzekę. Petryczkiewicz wie, że rację miał Tatuś Muminka, twierdząc, że wszystkie przygody można przeżyć na ganku swojego domu. No, może nie przesadzajmy, sięgnijmy nieco dalej, do Doliny.
Petryczkiewicz, pragnąc dzikości, urządza się w swej Dolinie (Małej). Może lepiej: czule ją współdzieli. Jest to możliwe między innymi dzięki nadawaniu imion bytom więcej-niż-ludzkim, zgodnie z zasadami gramatyki żywotności zaproponowanej przez Kimmerer: „Nadawanie imion więcej-niż-ludzkim bytom buduje według mnie więź. Jest wilgotną kieszonką oporu, w której tworzą się porosty znaczeń. Na ich kanwie mogą powstać opowieści. A to, co nazwane – trudniej zniszczyć. To, co opowiedziane – trudniej zapomnieć” (Petryczkiewicz 2026 67). Dla Petryczkiewicza nazywanie jest rytuałem nie tylko jednostkowej, ale zbiorowej anamnezy, przypominania sobie miejsca oraz więzi, które nas z nim łączyły, a których się wyrzekliśmy. Na intymnej mapie Doliny znikającej rzeki pojawiają się więc nazwy nadane przez jej współtowarzysza: Stary Dąb, Wrota Rozlewiska, Stara Wierzba, Stary Trójpienny Wiąz, Wielka Łąka, Najstarsza Wierzba, Stare Mokradło, Kosmaty Ług.
To nie jest „tylko” opowieść o rzece. To opowieść o jej ekosystemie (lub ogólniej: przyrodzie), który, jak pisze autor, nie może stać się „muzeum osobliwości” w postaci parku narodowego czy rezerwatu z biletowanym wstępem. Taka regulacja nie sprzyja budowaniu prawdziwej więzi. Petryczkiewicz przekonuje, że autentyczna relacja tworzona jest w bezpośrednim kontakcie z przyrodą, prowadzącym do przekonania, że „jestem światem. Świat jest mną” (s. 193). Mniej patosu, więcej przykładów? Oto jeden z nich: „Pamiętam moment, gdy pierwszy raz usiadłem w Sanktuarium pod Starą Wierzbą. Uczucie pomniejszenia i zatopienia się w świecie, który »wyrósł« nagle wokoło, było dojmujące. Najpierw pojawił się strach. Czy jestem bezpieczny? (…) Popatrzyłem na pień Starej Wierzby. Stała pionowo na ziemi – tak jak ja. Jej mechanizm trzymania się w pionizowania się to geotropizm. Mój mechanizm trzymania się w pionie jest nie mniej skomplikowany. Tak czy inaczej wykorzystujemy oboje ziemską grawitację. Wierzba ma skórę, która się zużywa, a jej martwe komórki odpadają i rozsypują się wokoło. Zupełnie jak u mnie. Strach ustąpił. Poczułem, że nie jestem już sam. Że nie stoję obok, ale w środku. Jestem ssakiem, kręgowcem, eukariotem” (Petryczkiewicz 2026: 192).
Krótka epikryza tego stanu wykonana przez psychologa? Na pytanie, co jest źródłem naszego bólu istnienia, znany ekopsycholog, Ryszard Kulik, odpowiada, że wspólnym mianownikiem zaburzeń psychicznych jest wyparcie jakieś części, której zaprzeczamy. Podobny mechanizm można zaobserwować w relacji ze światem, a nasz dramat polega na tym, że uwierzyliśmy, że jesteśmy czymś oddzielnym od przyrody (zob. Długowski 2016: 258). Jednym ze sposobów powrotów do niej, choć dość radykalnym i wymagającym, jest „spędzić samotną noc w lesie bez cywilizacyjnych podpórek: wystawić się na działanie chłodu, wilgoci, niewygody, po to, żeby doświadczyć siebie w tym miejscu. (…) Mogę zobaczyć siebie jako istotę, która jest połączona z życiem, nie jest samotną wyspą. (…) Jako człowiek przynależę do wielkiej rodziny życia, w której jestem tylko małą cząstką” (tamże, s. 264, 266-267).
Czy podobnie czuł Twain, starając się z całych sił zdobyć umiejętności pilota parostatków? Tego nie wiemy, a autobiograficzne zapiski w „Życiu na Missisipi” nie pozwalają na tak głębokie spotkanie z wrażliwością pisarza. W tytule jego książki zwraca uwagę przyimek „na”, budujący pewną hierarchię, precyzyjnie oddzielający rytm ludzkiej pracy od nurtu potężnej rzeki, na którą Twain spogląda jednak z pokładu ogromnej maszyny, ucząc się nią nawigować i pokonywać kolejne „ograniczenia” przyrody. Myślenie spekulatywne nic nie kosztuje, więc pozwolę sobie na proste ćwiczenie. Być może, gdyby Twain pisał tę książkę dziś, nosiłaby inny tytuł, tym razem bez przyimka. „Życie Missisipi” byłoby bliższe hydrobiografiom Macfarlane’a i Petryczkiewicza. Ale oczywiście tego też nie wiemy. Warto jednak pamiętać, że Mark Twain, a właściwie Samuel Langhorne Clemens, tworzył pod pseudonimem literackim, pochodzącym z „okresu Missisipi”. W żargonie pilotów parowców rzecznych mark twain oznacza „zaznacz dwa” (sążnie głębokości).
Czyżby rzeka pozostała w nim na zawsze?
LITERATURA:
Długowski Ł.: „Mikrowyprawy w wielkim mieście. Wypocznij i naładuj baterie”. Warszawa 2016.
„Serce rzeki bije coraz wolniej”. Z Robertem Macfarlanem rozmawia Wojciech Szot. „Książki. Magazyn do Czytania” 2026, nr 3.
Twain M.: „Życie na Missisipi”. Przeł. Z. Sawicka. Warszawa 1984.
Robert Macfarlane: „Czy rzeka żyje?”. Przeł. Sławomir Królak. Wydawnictwo Poznańskie. Poznań 2026 [seria: Dzika Seria].
Daniel Petryczkiewicz: „Mała historia znikania. Opowieść o Rzece”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2026 [seria: Seria z morświnem].
Daniel Petryczkiewicz: „Mała historia znikania. Opowieść o Rzece”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2026 [seria: Seria z morświnem].
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

