LUSTRA Z PAMIĘCIĄ (MAREK GARDULSKI: 'WIDZIEĆ JASNO W ZACHWYCENIU')
A
A
A
Lustra, oprócz fotografii, zdają się równoważnymi bohaterami wystawy i albumu „Widzieć jasno w zachwyceniu” Marka Gardulskiego. Ekspozycja oraz publikacja to inicjatywa Galerii Starmach w Krakowie. Dziękuję Ewie Ogłozie za zwrócenie mojej uwagi na album i wydarzenie. Niestety, chociaż wystawa pierwotnie zaplanowana była do 18 września, została zdjęta przed czasem i podczas wizyty w galerii mogłam zobaczyć już tylko jedno, ostatnie niespakowane zdjęcie, otwierające całą instalację. Jak czytamy na stronie Starmacha: „Fotografie układają się w długi fryz zdjęć biegnący wzdłuż ścian. Rozpoczyna się on jednym z pierwszych «Autoportretów» z 1971 roku, w formie zapisu eksperymentu z ogniem […]” (starmach.eu). W grubej ramie z szerokim, szarym passe-partout, niewyraźna, ziarnista twarz Autora schodzi niejako na drugi plan, umieszczona jest w jednej trzeciej wysokości zdjęcia od dołu. Uwagę przykuwa przede wszystkim ziejąca bielą blizna po przypaleniu zdjęcia. Resztę ekspozycji, na którą składały się fotografie w różnych formatach, niektóre dwustronne, oraz różnej wielkości stare lustra, muszę sobie wyobrazić na bazie książki, którą zapowiedziano jako towarzyszącą i dokumentującą wystawę. Album jest zatem niejako lustrem, w którym oglądam pomysł kuratorski Andrzeja Szczepaniaka, tak jak zwiedzający Starmacha mieli okazję patrzeć na zdjęcia Gardulskiego odbite w zawieszonych w przestrzeni lustrach, a w części tych fotografii widzieli kolejne lustra, odbijające świat ludzi i przedmiotów przed obiektywem.
Lustro w teorii fotografii jest metaforą obecną już od pojawienia się dagerytypów – o czym przypomina w „Albumie metafor fotograficznych” Bernd Stiegler. Posrebrzana płytka miedziana wymagała patrzenia pod odpowiednim kątem, „w przeciwnym razie [oglądający – dop. J. H. B.] widzi jedynie obraz samego siebie, odbijający się na powierzchni dagerotypu. Dagerotypy były dla oglądających – oczekujących nowego rodzaju sztychów czy rysunków – szczególną formą obrazów, łamigłówką, która dopiero za własnym lustrzanym obrazem pozwala na tworzenie się przedmiotów, które przedstawia” (Stiegler 2009: 211). A zatem początek historii i myśli fotograficznej związał lustrzaną powierzchnię unikatowej odbitki z ulotnym autoportretem. Marek Gardulski w autoportretach się specjalizuje, to jeden z jego pierwszych poważnych cykli z lat 80. XX wieku, temat podejmowany do dzisiaj. Poza tym portretuje swoich bliskich, bo, jak sam mówi w rozmowie ze Szczepaniakiem zamieszczonej w albumie, mieszka w swojej pracowni, a zatem codzienność i rodzina stanowią istotny temat jego zdjęć. Wprowadza też lustra w obręb swoich kadrów, grając z tym, co w ramie i poza nią: „Lustro pozwoliło mi nie tylko na fizyczne oddalenie się od fotografowanej sceny, ale tez działało jak obraz w obrazie. To dobrze oddawało sytuację, kiedy codzienne sprawy, niezbędne, trwały, a w lustrze odbijał się świat spoza kadru, ujawniając czy przypominając o ukrytej pod codziennością warstwie” (s. 9). Jeśli, jak chciała Olivier Wendell Holmes, fotografie to „lustra z pamięcią”, u Gardulskiego mamy do czynienia z co najmniej podwójną warstwą tejże.
Tym bardziej, że artysta szczególną uwagę obdarzył lustra niedoskonałe, stare, przetarte, odrapane, pęknięte – demonstrujące przeróżne zniszczenia powierzchni refleksyjnej, które zniekształcają lub zamazują odbijany świat. W fotografii Gardulskiego więc materialne ślady działania czasu splatają się z niedoskonałościami ludzkiej pamięci, która nierzadko także deformuje wspomnienia. To oczywiście ciekawe efekty estetyczne: ziarno, liszaje, niepewność przedstawienia, uzyskane dzięki dopasowanie do powierzchni lustra pracy z głębią ostrości i czasem naświetlania. Wszystkie zdjęcia na wystawie są czarno-białe, z raczej niewielkim kontrastem, miękkim światłem, które rozmywa miejscami kontury postaci lub przedmiotów. Widoczne są rysy, plamy, odbarwienia zwierciadeł, które czasem nakładają się na delikatne wzory cieni roślin czy tkanin, jakie znalazły się w kadrze. Czasem sprawia to, że twarz portretowanej postaci, stojącej tyłem do obiektywu, a przodem do lustra, jest niewyraźna, rozmyta, nie można na niej dostrzec szczegółów. To samo z fragmentami przedmiotów, zapisanych kartek, krajobrazów za oknem czy wystrojów wnętrza. W moim odczuciu tak konsekwentnie prowadzona strategia fotografowania nadaje zbiorowi zdjęć wybranemu do albumu nastrój melancholii, gorzkiej świadomości, że nawet udokumentowana zdjęciami, przeszłość pozostanie już zawsze naznaczona jakąś skazą, nieostrością, brakiem w obrazie.
Jeżeli album traktować jako lustro wystawy, to jest to również łamigłówka, lustro zniekształcające koncepcję ekspozycji. Galeria Starmach mieści się w dawnym Domu Modlitwy Zuchera, zbudowanym w końcu XIX wieku w historyzującym stylu arkadowym. To wysoka sala ze ścianami pomalowanymi na biało, kilkoma filarami podtrzymującymi wysoki strop, zaślepionymi wnękami okiennymi oraz szerokim oknem od strony ulicy Węgierskiej. 250 m2 przestrzeni ekspozycyjnej trudno oddać w dokumentacji, zwłaszcza jeśli koncept prezentacji dzieł jest tak złożony i liczy się wrażenie olśnienia, ale i niepewności wywołanej obecnością licznych luster. W albumie umieszczono najpierw serię zdjęć – widoków ekspozycji, które wykonał sam Gardulski. Świetnie uchwycił różne faktury i tekstury powierzchni starych zwierciadeł, oddał także poczucie otoczenia obrazami o niepewnym statusie: które to zdjęcia, a które – lustrzane odbicia? Przeglądając album, Czytelniczka nie ma pewności co do tego, choć czasem wskazówką są rzeźbione ramy luster. A jednak, nawet jeśli wydaje mi się, że jestem pewna, co jest czym, iluzoryczność trwałości ciagle mi towarzyszy, nie wiadomo bowiem do końca, który obraz to tylko chwilowy refleks, a który – zapisany na dłużej. Choć należy też pamiętać, że powierzchnie odbitek fotograficznych, podobnie jak luster oraz – kiedyś – dagerotypów, także są przecież podatne na zniszczenie, blaknięcie, rysy, rozdarcia, ogień, wodę, grzyby i inne mikroorganizmy. Nigdy nie można być pewnym, jak długo potrwa pamięć (fotograficznego) lustra.
Po serii zdjęć dokumentacyjnych zamieszczono w albumie dwie rozkładówki, przedstawiające „fryz” ze zdjęć przypominający mozaikę. Zdjęcia nie tylko mają różne formaty, ale i rozmieszczone są nieregularnie, ułożone w konstelację o zmiennej liczbie i wysokości. Wzrok błądzi po nich na różne sposoby – w poziomie, w pionie, od lewej do prawej (jak zaplanowano względem wejścia do galerii) jak i w drugą stronę. Fotografii jest 66, to autoportrety, portrety, studia obiektów i architektury. Po rozkładówkach w albumie zamieszczono reprodukcję każdego zdjęcia według kolejności z ułożenia na ścianie. Każde opatrzone jest datą, niestety zabrakło informacji o formacie oraz technice, niemniej takie rozwiązanie publikacyjne pozwala Czytelniczce naśladować sposób zwiedzania i dokładne przyglądanie się każdemu ujęciu. Nie widać wtedy luster – ale ostatnich kilka stron w albumie to znów widoki wystawy, tak jakby osoba zwiedzająca odwróciła się od ściany i przechadzała się w przestrzeni. Ostatnie zdjęcie na ścianie to podwójny, warstwowy autoportret Gardulskiego z 1984 roku. Nie widać na nim twarzy, postać jest tylko sylwetką, ale po przejrzeniu wcześniejszych autoportretów można rozpoznać charakterystyczną linię twarzy i ciała. Ostatnie zdjęcie w albumie natomiast to ujęcie lustra w złoconej ramie (na pierwszym planie) i wiszącej na ścianie fotografii, w której w lustrze za stołem odbija się Autor. W takiej kompozycji kadru jest też miejsce na wyobrażone odbicie Patrzącego – i jego odbicia pamięci, którą lustro fotografii mogłoby zapamiętać.
LITERATURA:
Gardulski M.: „Widzieć jasno w zachwyceniu”. Kraków. Galeria Starmach 2026.
Stiegler B.: „Obrazy fotografii. Album metafor fotograficznych”. Przeł. Joanna Czudec, Kraków. Universitas 2009.
Lustro w teorii fotografii jest metaforą obecną już od pojawienia się dagerytypów – o czym przypomina w „Albumie metafor fotograficznych” Bernd Stiegler. Posrebrzana płytka miedziana wymagała patrzenia pod odpowiednim kątem, „w przeciwnym razie [oglądający – dop. J. H. B.] widzi jedynie obraz samego siebie, odbijający się na powierzchni dagerotypu. Dagerotypy były dla oglądających – oczekujących nowego rodzaju sztychów czy rysunków – szczególną formą obrazów, łamigłówką, która dopiero za własnym lustrzanym obrazem pozwala na tworzenie się przedmiotów, które przedstawia” (Stiegler 2009: 211). A zatem początek historii i myśli fotograficznej związał lustrzaną powierzchnię unikatowej odbitki z ulotnym autoportretem. Marek Gardulski w autoportretach się specjalizuje, to jeden z jego pierwszych poważnych cykli z lat 80. XX wieku, temat podejmowany do dzisiaj. Poza tym portretuje swoich bliskich, bo, jak sam mówi w rozmowie ze Szczepaniakiem zamieszczonej w albumie, mieszka w swojej pracowni, a zatem codzienność i rodzina stanowią istotny temat jego zdjęć. Wprowadza też lustra w obręb swoich kadrów, grając z tym, co w ramie i poza nią: „Lustro pozwoliło mi nie tylko na fizyczne oddalenie się od fotografowanej sceny, ale tez działało jak obraz w obrazie. To dobrze oddawało sytuację, kiedy codzienne sprawy, niezbędne, trwały, a w lustrze odbijał się świat spoza kadru, ujawniając czy przypominając o ukrytej pod codziennością warstwie” (s. 9). Jeśli, jak chciała Olivier Wendell Holmes, fotografie to „lustra z pamięcią”, u Gardulskiego mamy do czynienia z co najmniej podwójną warstwą tejże.
Tym bardziej, że artysta szczególną uwagę obdarzył lustra niedoskonałe, stare, przetarte, odrapane, pęknięte – demonstrujące przeróżne zniszczenia powierzchni refleksyjnej, które zniekształcają lub zamazują odbijany świat. W fotografii Gardulskiego więc materialne ślady działania czasu splatają się z niedoskonałościami ludzkiej pamięci, która nierzadko także deformuje wspomnienia. To oczywiście ciekawe efekty estetyczne: ziarno, liszaje, niepewność przedstawienia, uzyskane dzięki dopasowanie do powierzchni lustra pracy z głębią ostrości i czasem naświetlania. Wszystkie zdjęcia na wystawie są czarno-białe, z raczej niewielkim kontrastem, miękkim światłem, które rozmywa miejscami kontury postaci lub przedmiotów. Widoczne są rysy, plamy, odbarwienia zwierciadeł, które czasem nakładają się na delikatne wzory cieni roślin czy tkanin, jakie znalazły się w kadrze. Czasem sprawia to, że twarz portretowanej postaci, stojącej tyłem do obiektywu, a przodem do lustra, jest niewyraźna, rozmyta, nie można na niej dostrzec szczegółów. To samo z fragmentami przedmiotów, zapisanych kartek, krajobrazów za oknem czy wystrojów wnętrza. W moim odczuciu tak konsekwentnie prowadzona strategia fotografowania nadaje zbiorowi zdjęć wybranemu do albumu nastrój melancholii, gorzkiej świadomości, że nawet udokumentowana zdjęciami, przeszłość pozostanie już zawsze naznaczona jakąś skazą, nieostrością, brakiem w obrazie.
Jeżeli album traktować jako lustro wystawy, to jest to również łamigłówka, lustro zniekształcające koncepcję ekspozycji. Galeria Starmach mieści się w dawnym Domu Modlitwy Zuchera, zbudowanym w końcu XIX wieku w historyzującym stylu arkadowym. To wysoka sala ze ścianami pomalowanymi na biało, kilkoma filarami podtrzymującymi wysoki strop, zaślepionymi wnękami okiennymi oraz szerokim oknem od strony ulicy Węgierskiej. 250 m2 przestrzeni ekspozycyjnej trudno oddać w dokumentacji, zwłaszcza jeśli koncept prezentacji dzieł jest tak złożony i liczy się wrażenie olśnienia, ale i niepewności wywołanej obecnością licznych luster. W albumie umieszczono najpierw serię zdjęć – widoków ekspozycji, które wykonał sam Gardulski. Świetnie uchwycił różne faktury i tekstury powierzchni starych zwierciadeł, oddał także poczucie otoczenia obrazami o niepewnym statusie: które to zdjęcia, a które – lustrzane odbicia? Przeglądając album, Czytelniczka nie ma pewności co do tego, choć czasem wskazówką są rzeźbione ramy luster. A jednak, nawet jeśli wydaje mi się, że jestem pewna, co jest czym, iluzoryczność trwałości ciagle mi towarzyszy, nie wiadomo bowiem do końca, który obraz to tylko chwilowy refleks, a który – zapisany na dłużej. Choć należy też pamiętać, że powierzchnie odbitek fotograficznych, podobnie jak luster oraz – kiedyś – dagerotypów, także są przecież podatne na zniszczenie, blaknięcie, rysy, rozdarcia, ogień, wodę, grzyby i inne mikroorganizmy. Nigdy nie można być pewnym, jak długo potrwa pamięć (fotograficznego) lustra.
Po serii zdjęć dokumentacyjnych zamieszczono w albumie dwie rozkładówki, przedstawiające „fryz” ze zdjęć przypominający mozaikę. Zdjęcia nie tylko mają różne formaty, ale i rozmieszczone są nieregularnie, ułożone w konstelację o zmiennej liczbie i wysokości. Wzrok błądzi po nich na różne sposoby – w poziomie, w pionie, od lewej do prawej (jak zaplanowano względem wejścia do galerii) jak i w drugą stronę. Fotografii jest 66, to autoportrety, portrety, studia obiektów i architektury. Po rozkładówkach w albumie zamieszczono reprodukcję każdego zdjęcia według kolejności z ułożenia na ścianie. Każde opatrzone jest datą, niestety zabrakło informacji o formacie oraz technice, niemniej takie rozwiązanie publikacyjne pozwala Czytelniczce naśladować sposób zwiedzania i dokładne przyglądanie się każdemu ujęciu. Nie widać wtedy luster – ale ostatnich kilka stron w albumie to znów widoki wystawy, tak jakby osoba zwiedzająca odwróciła się od ściany i przechadzała się w przestrzeni. Ostatnie zdjęcie na ścianie to podwójny, warstwowy autoportret Gardulskiego z 1984 roku. Nie widać na nim twarzy, postać jest tylko sylwetką, ale po przejrzeniu wcześniejszych autoportretów można rozpoznać charakterystyczną linię twarzy i ciała. Ostatnie zdjęcie w albumie natomiast to ujęcie lustra w złoconej ramie (na pierwszym planie) i wiszącej na ścianie fotografii, w której w lustrze za stołem odbija się Autor. W takiej kompozycji kadru jest też miejsce na wyobrażone odbicie Patrzącego – i jego odbicia pamięci, którą lustro fotografii mogłoby zapamiętać.
LITERATURA:
Gardulski M.: „Widzieć jasno w zachwyceniu”. Kraków. Galeria Starmach 2026.
Stiegler B.: „Obrazy fotografii. Album metafor fotograficznych”. Przeł. Joanna Czudec, Kraków. Universitas 2009.
Marek Gardulski: „Widzieć jasno w zachwyceniu”. Galeria Starmach. Kraków. 12.05-20.07.2026. Kurator: Andrzej Szczepaniak.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

