ISSN 2658-1086

1 sierpnia 15-16 (543-544) / 2026

Maja Baczyńska,

KOBIETA: JEJ SIŁA, JEJ SŁABOŚĆ ('UROJENIA', REŻ. IZADORA WEISS)

A A A
Balet „Urojenia” Izadory Weiss okazał się doskonałym wyborem na finał sezonu Teatru Wielkiego – Opery Narodowej i zarazem doskonałą zapowiedzią nowego – bo na scenę w sezonie 2026/2027 jeszcze powróci.

Pierwsza część została poświęcona fikcyjnej Roksanie z „Króla Rogera” i wyborze życia, a właściwie dążenia ku życiu, druga zaś skupia się na postaci historycznej, pisarce Virginii Woolf i na wyborze śmierci rozumianej albo bardziej metaforycznie – jako zmartwychwstanie w lepszej rzeczywistości, albo jako ostateczny kres męczarni – koniec rozterek i „urojeń”. Tylko czym właściwie są te urojenia i czy rzeczywiście są urojeniami? Czy żądze ciała świadczą o naszej wewnętrznej prawdzie, ukrytej naturze, czy też są czymś, z czym należy walczyć, a przynajmniej w sobie poskromić? Czy postacie Roksany i Virginii postrzegane jako dwie części pewnej całości mogą zatem symbolizować balans między dwiema odwiecznymi siłami (dwoma biegunami: życie kontra śmierć) i rozstrzygają ten odwieczny dylemat? Puenta każdej z dynamicznie opowiedzianych na scenie historii wskazuje na różne konsekwencje ich życiowych wyborów. Jednocześnie ciągły impas, w jakim obie żyją, je niewoli. Lecz o ile Roksana wydaje się być usidlona swoimi emocjami i namiętnościami, to Virginia jest zmęczona społecznymi konwenansami, oczekiwaniami, wreszcie: samą sobą w tym wszystkim.

Zarówno w jednej, jak i w drugiej choreografii, które opowiadają nam o tych niezwykłych kobietach, przepiękna jest rola zbiorowości – raz zespół taneczny jest niczym kosmos cielesnych żądz i pragnień, innym razem jako tytułowe urojenia, kiedy indziej jeszcze w roli tłumu, który osądza, oczernia, obnaża, rzadziej uczy empatii. Wyraźny jest też kontrast scenograficzny pomiędzy dwiema połówkami przedstawienia, w pierwszej pastelowe, tonące w półmroku barwy otulają solistkę w świetlistej kreacji, w drugiej – klimat krzykliwego, rozpędzonego Londynu jest wyczuwalny tak w scenach zbiorowych, jak i w projekcjach, które (podobnie jak świat drugiej solistki) stają się z czasem coraz mniej czytelne, coraz bardziej rozmazane, jak gdyby za mgłą. Wszystko to wypada bardzo onirycznie, zwłaszcza w zestawieniu z mistyczną muzyką smyczkową, stanowiącą swoisty ekspresyjny kolaż. Warto nadmienić, że dobrano tu nagrania w popisowych, a zarazem subtelnych wykonaniach, pełnych soczystego brzmienia i niuansów, co w zestawieniu z dość nowoczesnym układem choreograficznym (momentami wręcz zaskakująco, jak np. w scenie ze służącymi w domu Virginii Woolf i jej męża w części drugiej) pozwala odkryć znane pozycje repertuarowe na nowo. Stanowi to, oczywiście, wyzwanie dla interpretacji, niemal perfekcyjnej; gdybym miała się do czegoś „przyczepić” to jedynie do sekwencji smyczkowych pizzicato, aż proszących o w punkt zaakcentowane gesty tancerki. Czy jednak ciało, w tym wypadku ciało tancerza, może być doskonałe w chwili, gdy powodują nim tak wielkie, nagle wyzwolone pasje?

Dorota Szwarcman w swojej recenzji napisała, że więcej w Urojeniach emocji niż tańca. Jest według mnie w tym twierdzeniu sporo prawdy, choć też nie całkiem się z nim zgodzę. Nie zaobserwowałam tutaj dominacji emocji nad tańcem, wręcz przeciwnie – emocje stają się spiritus movens tańca, który potrafi sobie, jako bodaj jedyny, z nimi jednak radzić. Wszak choreografia Izadory Weiss jest bardzo przemyślana, a zespół Polskiego Baletu Narodowego bardzo doświadczony. „Każdy gest jest ważny; u mnie jeśli rozkładasz ręce, to ten gest coś wyraża, nie jest tylko wizualnym afektem – wyjaśnia w rozmowie z Pauliną Reiter w książce programowej choreografka – W moim teatrze tańca ważna jest suma techniki, precyzji, emocji i prawdy ludzkiej zawartej w muzyce. Szesnaście osób, które biorą udział w spektaklu, to wyjątkowi artyści. Część z nich tańczyła w moich spektaklach – »Darkness« i »Biegunach-Harnasiach«, znają mój ruch, a ja znam ich możliwości i wiem, że możemy pójść krok dalej. To dla mnie ważne, że każda osoba w tym spektaklu gra istotną rolę i go razem ze mną buduje ” – mówi, podkreślając zarazem w innych fragmentach wywiadu, że bynajmniej nie interesuje jej efekciarstwo. I rzeczywiście, już sama estetyka ruchu obu solistek sprawia, że wprost nie możemy oderwać od nich oczu, zwłaszcza od Roksany, bo Virginia tak cudownie łączy swój ruch ze „współtancerzami” oraz rekwizytami (wybitny taniec wśród krzeseł!), że staje się wprost nieodłączną częścią sceny – a to też jest sukces, chociaż innego rodzaju. Dostrzegalne są również starania twórców, aby obie części były ze sobą spójne, nie tylko opowiadając o burzliwych losach kobiet w różnych wymiarach i czasach, lecz także poprzez detale – świadczą o tym m.in. fioletowe płatki kwiatów użyte w scenografii na otwarcie i zakończenie spektaklu czy pojawienie się tych samych twarzy w kluczowych rolach w każdej z części itd. (Yana Shtanhei jako Roksana w części pierwszej, a następnie siostra Virginii w drugiej, Vladimir Yaroshenko jako Roger, a następnie mąż pisarki). Wszystko to buduje aurę tajemnicy, jakbyśmy oglądali baletowy „Atlas chmur”, historię tych samych dusz w kolejnych wcieleniach na przestrzeni dziejów. Są też momenty, które bardzo mnie poruszyły i zostaną we mnie na zawsze – np. destruktywny taniec Roksany rozrzucającej pozostawione na scenie ubrania, Roksany, która wybrała sercem i ostatecznie została z niczym, co mimowolnie nasuwa skojarzenia z kobietą uwiedzioną, dającą się zwabić „awatarowi” (skąd my to znamy – dziś, w czasach aplikacji randkowych, „przyjaźni” z AI itd.!). Gdy zestawimy to z Virginią przekazywaną „z rąk do rąk” lekarzy (losy tragiczne niczym Camille Claudel), to wrażenie jest wprost porażające. Ostatecznie przytłacza ją to bardziej niż kamienie, które Woolf – zgodnie z historią pisarki sfilmowaną m.in. w kultowym już, oscarowym filmie „Godziny” (2002) – wkłada pewnego dnia w poły mężowskiego płaszcza, w który jest ubrana, decydując się na samobójstwo w rzece Ouse koło swego domu w Rodmell. „Urojenia…”, czy to opowieść o niezrozumieniu kobiet w historii ludzkości, o ich kruchej psychice i odwadze walczenia o siebie i swoją prawdę, czy też o nas samych, tak bardzo nieraz pogubionych, drżących, że obciążamy swoimi „demonami” nie tylko siebie, ale też innych, w każdych czasach i bez względu na to, kim jesteśmy?

Spektakl daje do myślenia – emocje mogą zwieść nas na manowce i na pogranicze zdrowia psychicznego, lecz bez nich też nie ma życia. I jedno, co pozostaje dalekie od urojeń – właśnie autentyzm emocji zawartych w spektaklu Weiss. „Wszyscy mamy wrażenie ciągłej oceny, testowania naszej odporności” – mówi choreografka, zwracając uwagę, że presja, by być idealną czy idealnym to „prosta droga do bycia bezwzględnymi i nieczułymi”. Ostrzega też, by nie doświadczać rzeczywistości tak, jakbyśmy ją skrollowali. Cóż, jej sztuka z pewnością na powierzchowny odbiór nie pozwala.
Urojenia”, 12.06.2026, Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie
Spektakl baletowy Izadory Weiss w dwóch częściach. Muzyka: Ludwig van Beethoven, John Eccles, Giya Kancheli, Zoë Keating, Caroline Shaw, Karol Szymanowski, Dobrinka Tabakova, Shigeru Umebayashi, Antonio Vivaldi (nagrania) Prapremiera: 11/06/2026, Polski Balet Narodowy
Izadora Weiss (choreografia i scenografia), Paprocki & Brzozowski (kostiumy), Bartek Macias, Stanisław Zaleski (projekcje wideo), Katarzyna Łuszczyk (światła), Lilia Ostrouch (współpraca scenograficzna). Obsada: Yana Shtanhei (Roksana/Vita), Vladimir Yaroshenko (Roger/Leonard), Nikodem Bialik (Pasterz/Lytton), Daria Majewska (Virginia), Eliza Walaszczyk (Vanessa), Adam Huczka (Duncan), Ivan Pal (Ralph), Cormac McDonald (Doktor), Cezary Wąsik (Asystent), Magda Studzińska (służąca Nelly), Eugénie Hecquet (służąca Lottie).