ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (56) / 2006

,

T. LOVE

A A A
“I Hate Rock’n’Roll”. EMI Music Poland, 2006.
Ta płyta nie wpada tak łatwo w ucho, jak wydany dekadę temu, doskonały „Al Capone”. Trzeba posłuchać jej w całości kilka razy, żeby nauczyć się odróżniać utwory, które przy wstępnym przesłuchaniu wydają się być do siebie podobne. Na szczęście jest to tylko pierwsze wrażenie. „I Hate Rock’n’Roll” miał być powrotem do korzeni, choć niekoniecznie nim jest. Utwory, takie jak „Gnijący świat”, „Jazz Nad Wisłą”, „Mr. President”, czy „Forever Punk”, psują ten powrót. Są na tyle przeciętne muzycznie i tekstowo, że mogłoby ich nie być. Nie jestem zwolennikiem reggae w polskim wykonaniu, a na tym albumie niestety jest go w nadmiarze. Dobre teksty w „Pracuj Albo Głoduj” i „Tylko Miłość” śpiewane na tle jamajsko-warszawskich dźwięków tracą przynajmniej ćwierć swojej wartości. Pozytywnie zaskakuje natomiast ostatni utwór –„Dreszcz”. Nad wyraz spokojny, zagrany w konwencji folkowo- hipisowskiej, z tekstem, którego nie powstydziłby się Bob Dylan. Wyróżnia się również cover wczesnego Tiltu – „Foto”, potwierdzając tezę, że w prostocie leży siła i to jaka!

Nieporozumieniem jest natomiast zamieszczenie sześciu utworów bonusowych. Zakłócają obraz albumu i zaniżają jego artystyczną wartość. Są zwykłymi, wymęczonymi i niezmiksowanymi odrzutami z sesji. Nie bez kozery wspomniałem o „Al Capone”, ponieważ myślę, że muzykę T. Love należy dzielić na tę powstałą przed i po tym albumie, wyznaczającym korzenie zespołu, przynajmniej w obecnym składzie. Obydwie płyty realizował Leszek Kamiński, jednak różnica między nimi jest kolosalna. Ta sprzed 10 lat jest soczysta, energetyczna. Brzmienie i proporcje instrumentów są dobrze dobrane, jeszcze lepiej wyważone. Nic więc dziwnego, że chce się do tego albumu wracać. O „I Hate Rock’n’Roll” nie można tego powiedzieć. Kiedy Staszczyk krzyczy „Czadu!”, tego czadu nie ma, gitary brzmią płasko, perkusja jest słabo wyeksponowana. Takie brzmienie przeznaczone jest raczej dla masowego odbiorcy, niż dla kogoś, kto lubi The Clash, Marleya, Dylana, Lou Reeda i surowe, trzyakordowe granie.

T. Love przygotowywał się do nagrania tej płyty przez półtora roku. Drobny wycinek zmagań z trudną i czasami niewdzięczną materią muzyczną i ich atmosferę można obejrzeć na płycie DVD dodanej do wersji ekskluzywnej. Wydaje mi się, że jest znacznie ciekawsza niż muzyka na tym albumie. Szczególnie, że sami muzycy czasami sceptycznie i ironicznie wypowiadają się o niej. Polecam pouczającą dyskusję między Perkowskim i Staszczykiem, z której dowiadujemy się czym na pewno nie jest zespół rockowy, a także o której godzinie powinno robić się próby, żeby muzyk był wyspany. Do mojego języka weszła już odzywka Perkoza: „No ukarz mnie, ukarz...”