ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (56) / 2006

Robert Ostaszewski,

OJCIEC ODCHODZI, CZERSKI PRZYCHODZI

A A A
Felieton
O, Jezu! Miałem nie wzywać imienia nadaremno i nie czytać książki Piotra Czerskiego „Ojciec odchodzi”, a co za tym idzie również o niej nie pisać. Miałem nie wzywać imienia nadaremno, bo jestem dysfunkcjonalnym katolikiem, który wprawdzie został ochrzczony, siłą rozpędu zaliczył jeszcze pierwszą komunię, ale potem nieodwołalnie zboczył ze ścieżki zbawienia, więc w takiej sytuacji przywoływanie imienia Jezusa to czcza retoryka. Miałem nie czytać książki Piotra Czerskiego „Ojciec odchodzi”, a co za tym idzie również o niej nie pisać, bo jeszcze przed jej napisaniem dowiedziałem się, że ten tekst powstaje na zamówienie niejakiego Maro – co autor potwierdził na przedostatniej stronie książki – a od czasu, kiedy trafiła mi się niezwykle toksyczna lektura zbiorowego tomu opowiadań pisanych na zamówienie „Trafieni”, postanowiłem unikać wszelkich tego rodzaju tekstów. Ale jednak przeczytałem – właściwie przez przypadek. Dostałem egzemplarz, włożyłem do torby i pomyślałem, że postawię go na półce i tyle. Wracając jednak do mieszkania, utkwiłem na dłużej w autobusie (wiadomo: Kraków korkami słynie), a jak już utkwiłem, to sięgnąłem do torby po książkę, a jak już sięgnąłem, to zacząłem czytać blurby z okładki, żeby pośmiać się trochę z promocyjnych bredni, z których wydawnictwa Korporacji Ha!art słyną, a jak już zacząłem czytać, to dowiedziałem się, że książka Czerskiego to „literatura lekka, rozrywkowa, przyjemna w lekturze, idealna do autobusu, pociągu, poczekalni dentystycznej i na plażę”. Tak mnie to ubawiło, że przeczytałem balladę o odchodzącym ojcu. A jak już przeczytałem, to już musiałem koniecznie napisać? O nie, piszę, bo zrobiło mi się Czerskiego szkoda, zupełnie bezinteresownie, bo autor ani mi brat, ani swat, ot widziałem go tu i tam, raz i drugi.

Zrobiło mi się Czerskiego szkoda, bo ten „informatyk, poeta, prozaik, sieciowy performer” strasznie się umęczył – co niestety widać w książce – pisaniem „krytycznej minipowieści o tzw. Pokoleniu Dżej Pi Tu”. Mógł tego uniknąć, rezygnując z propozycji Piotra Mareckiego, występującego w książce jako Maro, ale z drugiej strony jakże mógł odmówić Mareckiemu, skoro wcześniej wydał ledwie tomik wierszy, a widoki na niebezpieczne związki z dużym, renomowanym wydawnictwem miał raczej nikłe. Jeszcze bardziej zrobiło mi się Czerskiego szkoda, gdy dowiedziałem się, jak ma wyglądać akcja promocyjna książki „Ojciec odchodzi”: daniem głównym cyklu spotkań ma być dyskusja na temat „tzw. pokolenia Dżej Pi Tu”, produkcja Czerskiego stanowić ma jedynie przystawkę. Właściwie Czerski powinien się obrazić, ale z drugiej strony jakże mógł się obrazić, skoro lepiej być przystawką w sporej akcji promocyjnej niż daniem głównym wieczorku autorskiego organizowanego przez zaprzyjaźnioną bibliotekę w mieście powiatowym pod Gdańskiem.

Czerski okazał się twardy jak Roman Bratny, podjął wyzwanie, książkę – jak już wiemy – napisał. Miał nawet szansę – tak mi się wydaje – na sukces, bo jako zdeklarowany ateista posiadał stosowny dystans do zamieszania wywołanego odejściem Ojca. Czy tę szansę wykorzystał? Dla tych, którzy nie zamierzają czytać opowieści Czerskiego, zrobię krótkie streszczenie, co jest o tyle łatwe, że fabułka tej minipowieści, czy jak kto woli – dzienniczka-pamiętniczka, jest prosta niczym światopogląd moherowej staruszki. Główny bohater, a zarazem narrator dnia 31 marca roku pamiętnego 2005 świętuje z przyjaciółmi i nastoletnią sympatią swoje dwudzieste czwarte urodziny. Popija, szlaja się po gdyńskich knajpach, rzyga pod halą targową, a wreszcie trafia do mieszkania znajomego, gdzie z nastoletnią sympatią uprawia seks przyjemny, ale daleki od bezpiecznego (w tle głównego wątku akcji pojawia się informacja, że Ojciec odchodzi). Nazajutrz dręczy bohatera kac i lęk, czy przypadkiem znowu nie będzie potrzeba pigułka wczesnoporonna. Na dodatek tego dnia musi wyruszyć na stypendium do Krakowa. Tam obserwuje mniej lub bardziej poruszające, mniej lub bardziej absurdalne zachowania stadne wywołane odchodzeniem, a wreszcie odejściem Ojca, oraz spotyka się z licznymi przedstawicielami krakowskiej bohemki młodoliterackiej. Próbuje rozmawiać o fenomenie Papieża – trudno mu uniknąć tego właśnie tematu – co nie przynosi specjalnych efektów, bo bohater i jego rozmówcy albo są pijani, albo mają kaca. Wreszcie Maro proponuje mu napisanie książki, a nastoletnia sympatia dzwoni z dobrą nowiną, że pigułka tym razem nie będzie potrzeba. Koniec.

I gdzie w tym wszystkim zapowiadana na okładce krytyka „tzw. pokolenia Dżej Pi Tu”? Tej krytyki oczywiście nie ma. A co w takim razie w książeczce Czerskiego jest? Pisarz postawił na to, co – jak mawia Dariusz Nowacki – „mocno sprawdzone”. Są scenki rodzajowe ukazujące rytuały żałobne mieszkańców Krakowa – scenki doskonale znane z wszystkim mediów, które w czas odchodzenia i odejścia Ojca stały się absolutnie monotematyczne. Są także scenki z życia małodoliterackiej bohemki, także skądinąd znane, wielokroć powielane w gorszych lub lepszych prozach. Bo cóż taka bohemka robi? Najczęściej wysiaduje, najczęściej bez efektów, co całkiem przytomnie zauważył również Czerski, pisząc: „Powiedziałem wtedy, że od kilku lat przebywam wśród ludzi współtworzących polską kulturę, tworzących pewien jej wycinek – i że tak naprawdę nie ma żadnego dyskursu, a tylko niezobowiązujące rozmowy”.

Czerski – jako się rzekło – miał szansę, żeby napisać ważną książkę. Nowacki w recenzji w „Gazecie Wyborczej” stawał na rzęsach, żeby udowodnić, że faktycznie ważną książkę Czerski napisał. Ja nie stanę, bo rzęsy mam delikatne. Jaka to mogła być opowieść? Otóż, mogła to być opowieść o dolach i niedolach młodego ateisty, który musi zmagać się z katolicką rodziną i katolickim społeczeństwem, który przymuszany jest do uczestnictwa w religijnych szopkach tylko dlatego, że w takich szopkach chce brać udział większość Polaków. Ale pisarz zatrzymał się wpół drogi, poprzestając na sentymentalnych obrazkach z dzieciństwa (na przykład z pierwszej komunii) czy strzępach dyskusji na tematy religijne (na przykład rozmowa z klerykiem podczas Przystanku Woodstock).

Ojciec odchodził i – co było nieuniknione – odszedł, wszyscy – czy chcieli tego, czy nie chcieli – uczestniczyli w ogólnokrajowej żałobie. A z czym przyszedł Czerski? Autor „Ojciec odchodzi” przyszedł z opowieścią, którą już wcześniej poznaliśmy, bo wiadomo, że dobre, co tam – dobre, najlepsze są opowieści, które już znamy. Wesołego Allejaja!