Wydanie bieżące

15 lutego 4 (148) / 2010

Mariusz Sieniewicz,

KOPANIE SIĘ Z KONIEM – IN MEMORIAM

A A A
Felieton
„Portret” padł. Po piętnastu latach istnienia padł, zniknął, przestał wychodzić, został zamknięty. Określenia można by mnożyć, lecz język w pierwszym odruchu podsuwa najcelniejsze słowo, które ex post oddaje scenerię i okoliczności, w jakich istniał, dzieląc bliźniaczy los z wieloma innymi pismami w Polsce. „Portret” padł – co znaczy ni mniej, ni więcej, że zanim padł, zanim ziemię ucałował, jeszcze walczył, bronił się, odpierał ataki, kąsał, próbował dokonywać straceńczych wypadów na hufce wroga: czasów, zjawisk, popkulturowej tendencji i carskiej omnipotencji urzędników. A wróg przeprowadzał dywanowe naloty na jego okopy, z każdym rokiem coraz dotkliwsze, by pismo padło i ogłosiło kapitulację. Jedno od początku było dla twórców „Portretu” jasne: wydawanie pisma w tym kraju to wolna amerykanka, łącznie z przyjmowaniem ciosów poniżej pasa. To wojna we wszystkich odmianach: od partyzanckiej, przez podjazdową, po otwartą.

Gdy dotarła do mnie ta wiadomość, na chwilę zamarłem, bo i moje serce zawsze żywiej biło dla „Portretu”. Powód jest oczywisty: przez pierwsze siedem lat byłem redaktorem naczelnym pisma. Morze tekstów się opublikowało, morze alkoholu wypiło, spełniając wymogi grupy pokoleniowo-sytuacyjnej. Wielu debiutantów rzuciło się na głębokie, jak i płytkie wody literatury. Niektórzy wypływali daleko na swoich tratwach wierszy i opowiadań, aż ukazywał się im drugi brzeg z rajskimi plażami wydawnictw. Niektórzy topili się zaraz przy brzegu, inni rezygnowali, gdy tylko pojawiła się większa fala. Jednak cały zespół redakcyjny dzielił żarliwe przekonanie, że literatura jest czymś więcej, niż może się z pozoru wydawać.

No i nie ma kolejnego pisma… Chciałoby się zakrzyknąć: co się z stało z naszą klasą, mając w pamięci beztroskie lata 90. i przełom wieków, gdzie obok kapitalistycznych fortun, rosły fortuny wielu obiegów, czasopism, a cały kraj literacki zachłysnął się klęską urodzaju, o czym świadczyła biała księga „Tekstylia”. Pogrzeb „Portretu” odbył się pod postacią ostatniego numeru, a drgawki pośmiertne można jeszcze obejrzeć w internecie. O śmierci zadecydowało na pewno wiele rzeczy. Gigantyczne zmęczenie redaktor naczelnej – Bernadetty Darskiej, która chyba doszła do wniosku, że lepiej wysadzić pismo niczym Mały Rycerz – Kamieniec Podolski (do spółki z Białkowskim, Parulskim, Jędrasikiem, Babeckim w roli Kettlingów), niż wystawić je na łup postępującej barbarii. Pewnie i coraz większa bessa na młodoliterackiej giełdzie, gdzie debiutanci wyprowadzili wiele akcji, inwestując je w przesyłki polecone do wydawniczych gigantów, omijając pisma – tych listonoszy dojrzewającej literatury. Ale też chyba jednym ze decydujących argumentów była permanentna droga przez mękę, znaczona korytarzami do departamentów, wydziałów, komisji, znaczona wyślizganym błyskiem klamek urzędniczych gabinetów. Trudno robić pismo za przysłowiowe pięć złotych i to jeszcze w pozycji klęczącej, z wdzięcznym uśmiechem przez urzędnikiem.

Ale to wszystko można jakoś znieść, niejeden przecież wzruszy ramionami, stwierdzając, że tak było, jest i będzie, jak świat światem. Mnie niepokoi inne, narastające zjawisko, którym można tłumaczyć kres „Portretu”. Radykalizuje się podział między dużymi a małymi ośrodkami kulturalnymi. Różnice cywilizacyjne skutkują różnicami w tworzeniu ogólnie rozumianych dóbr kultury. Duże ośrodki anektują system dotacji i grantów, centralizując realizację nowych projektów. Małe ośrodki wyzbywają się tego, co stanowiło o ich odrębności, na rzecz przeszczepiania na lokalny grunt gotowych „produktów”. Pierwsze tworzą kulturę, drugie – ją konsumują, oczywiście słono płacąc za rozkosz konsumpcji. Te najróżniejsze dni miast, festyny, festiwale, przeglądy, benefisy, rocznicowe i jubileuszowe święta starostw, powiatów, gmin nie są niczym innym niż kupowaniem „gotowców” kultury wysokiej i niskiej. I są to gotowce spektakularne, widowiskowe, przy których dotowanie lokalnego pisma, nawet o walorach ogólnopolskich, jest czymś z gruntu jałowym i nie przynoszącym splendorów. Ujmując to jeszcze inaczej: typowy macher od kultury w wydziale promocji kombinuje w ten sposób: po co inwestować i łożyć na rodzime działania artystyczne, skoro można sobie kupić eventy sztuki w pakiecie i to z warszawską, krakowską lub wrocławską banderolą. Pozytywistyczna praca u podstaw poszła precz. Takie myślenie zaczyna ogarniać wiele miast podobnych do Olsztyna. Pustynnieją kulturalnie, stają się ziemią jałową, najeżdżaną przez artystycznych najemników. Zniósłbym dziurawe drogi, archaiczną, peerelowską infrastrukturę, ale kulturowego analfabetyzmu nie zniosę. Małe ośrodki, zamiast stwarzać własne zjawiska i fakty kultury, zaczynają coraz częściej małpować to, co wymyślą bardziej kreatywni (czytaj: silniejsi). I to jest dopiero katastrofa!

I niepokoi mnie jeszcze coś, na co zwrócił przytomnie uwagę Dariusz Nowacki: czym innym jest zabójstwo pisma, a czym innym jego samobójstwo (a tak należy traktować autonomiczną i w pełni świadomą decyzję redaktorów „Portretu”). Zabójstwo dokonuje się zazwyczaj poza wolą zabijanego. Rozwiązanie pisma przez samą redakcję to forma „autorskiego” odebrania sobie życia. Myślę, że te kilka istniejących jeszcze pism o analogicznym profilu i proweniencji bliskich jest takiej decyzji – determinacja ma przecież swoje granice, z idealizmu i harcerstwa też się wyrasta. Szczególnie, gdy instytucje, od których należałoby oczekiwać pomocy, coraz śmielej wystawiają trzeci palec. I paradoksalnie, wszyscy wokoło mają czyste ręce. Nikt przecież nie rozwiązał „Portretu”, nikt go nie zmuszał do zamknięcia łam. On sam się unicestwił. I być może niewiele się pomylę, jeśli tego samego oczekuje się od całej literatury tworzonej poza wielkimi ośrodkami.

W tym kontekście nie dziwi niechęć młodych do zakładania własnych pism. Kto by się chciał kopać z koniem – a takiego właśnie poświęcenia wymaga pismo literackie.