ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (150) / 2010

Agnieszka Nęcka, Krzysztof Varga,

NIE CZUJĘ POTRZEBY SPLUNIĘCIA W LUSTRO

A A A
Z Krzysztofem Vargą rozmawia Agnieszka Nęcka
Agnieszka Nęcka: W „Nagrobku z lastryko” pisałeś, że: „Literatura potrzebna jest tylko tym, którzy zbyt dojmująco i boleśnie odbierają własną śmiertelność”. Motywów funeralnych jest wiele w Twojej prozie, by wspomnieć wcześniej wydaną „Tequilę” czy „Śmiertelność”. Podobnie jest w Twojej najnowszej książce – „Alei Niepodległości”, w której uśmiercasz swego bohatera – Krystiana Apostatę – już na pierwszej stronie powieści. Czy stąd bierze się Twoja fascynacja literaturą? Dzięki niej chcesz oswoić strach przed przemijaniem?

Krzysztof Varga: Tu mnie masz (śmiech). Tak, literatura jest dla mnie pewną obroną przed absurdem życia kończącego się śmiercią. Każde życie, bez względu na to, jak udane, jeśli chodzi o karierę czy rodzinę, kończy się klęską, tutaj bliski jest mi Emil Cioran, chyba najbardziej pesymistyczny z myślicieli XX wieku. Pielgrzymowałem w związku z tym na jego grób na paryskim cmentarzu Montparnasse. Jeśli chodzi o funeralność w ogóle, to strach przed śmiercią towarzyszył mi od dzieciństwa. Moja mama jest lekarzem, a że od zawsze czułem głód czytania, to czytałem podręczniki medyczne z jej biblioteczki, które, trzeba przyznać, jak mało które lektury ukształtowały mnie, że tak powiem – filozoficznie.

A.N.: Da się w Twoich książkach zauważyć swoistą i konsekwentną logikę konstrukcyjną, co zapewne przysłużyło się tym komentatorom Twojej twórczości, zdaniem których mamy do czynienia z w miarę spójną całością. Stąd postrzeganie Ciebie jako pisarza piszącego jedną i tę samą książkę, choć nie zawsze piszącego tak samo. Jesteś zakładnikiem tematu przemijania. Na różne sposoby przekonujesz, że naszym podstawowym zajęciem jest jałowe, w gruncie rzeczy, marnotrawienie czasu, że właściwie przez całe swoje życie zajmujemy się nade wszystko umieraniem. Literatura jest więc dla Ciebie ucieczką? A może pewnego rodzaju psychoterapią?

K.V.: Zgoda, że piszę ciągle jedną i tę samą książkę, choć staram się zmieniać jej kostiumy, staram się pisać za każdym razem jakoś inaczej. Co do psychoterapii, to wolę się nie zgodzić. Sztuka nie powinna być psychoterapią, bo wychodzi z tego bebechowatość, ja bebechowatości nie lubię, bo grozi grafomanią. W ogóle mam niebywałą nieufność do psychoterapii. Dla mnie jedyną możliwą psychoterapią jest taka, że jeśli mam problem, to idę z kumplem na piwo i z nim o tym rozmawiam. Nie rozumiem ludzi, którzy tracą czas i pieniądze, żeby spowiadać się obcym ludziom ze swoich problemów, a na końcu dowiedzieć się, że to dlatego, że w dzieciństwie mieli problemy z rodzicami. Ja bez tego wiem, jakie są źródła moich problemów, a jakie były moje relacje z rodzicami. Jeśli chodzi o marnotrawienie czasu, o jałowość naszego życia, to świadomość tego towarzyszy mi nieustająco. Jakąkolwiek czynność wykonuję, to wydaje mi się, że powinienem w tym momencie wykonywać czynność zupełnie inną. W momencie pisania to poczucie jałowości się nieco zmniejsza, może dlatego, że z mojej głowy ląduje w pliku w laptopie.

A.N.: Ale czy nie wydaje Ci się, że dzięki literaturze można uporządkować pewne sprawy, oswoić określone lęki? Bo czy nie jest tak w jakiejś mierze wówczas, gdy walczysz z jałowością, przerzucając myśli na plik wordowski? Rozumiem jednak, że nie traktujesz swojego pisania jako, by zacytować Lechonia, „sprzątania piwnic podświadomości” i że to, o czym piszesz, nie ma wiele wspólnego z Twoim życiem?

K.V.: Oczywiście, pisanie siłą rzeczy wynika z życia, jest jakoś transpozycją pewnych doświadczeń, ja akurat uprawiam tę dyscyplinę sportu literackiego, która upoważnia do takich odczytań. Jakbym pisał fantasy, to byłoby co innego. Moi bohaterowie wszak zazwyczaj są reprezentantami mojego pokolenia, zatem muszą znaleźć się tam pewne zachowania i doświadczenia moich rówieśników. Ale reszta jest fikcją. Czasami odbierałem błędne odczytania moich książek, tak było w przypadku „Tequili”, która dla wielu osób była prawie książką dokumentalną o jakimś konkretnym zespole rockowym. A ja się tam przede wszystkim świetnie bawiłem, pardon, językiem. Ja w ogóle bardzo nie lubię sprzątać, mierzi mnie to, zatem tym bardziej nie mam zamiaru sprzątać żadnych piwnic podświadomości. W piwnicach jest ciemno i wilgotno, a ja lubię jasno i sucho.

A.N.: To zupełnie tak jak ja! (śmiech) W pewnym momencie w Twojej najnowszej powieści pada stwierdzenie: „Miał więc Krystian swoje nowe, choć tak stare miejsce i czuł się w nim dobrze, bo tylko różne wersje powrotów do przeszłości dawały mu namiastkę szczęścia, krótką, ale całkiem treściwą”. Czy tak jest i w Twoim przypadku? Lubisz powracać w przeszłość?

K.V.: Nie, nie jestem sentymentalny ani nostalgiczny, to są słabe uczucia. I wszystkie te rzeczy typu: „A pamiętasz stary jak 20 lat temu na tych wakacjach, jak piliśmy piwo i przyszły te dziewczyny...” wydają mi się równie jałowe, jak spędzanie czasu na poczcie. Którego to spędzania czasu na poczcie bardzo nie lubię, bo zawsze są tam kolejki. Choć na pewno jestem melancholijny, ale to szlachetna słabość, odziedziczona jak myślę po moim węgierskim ojcu.

A.N.: Racja, też nie lubię chodzić na pocztę (śmiech). Dlaczego mówisz, że melancholia to słabość? Tobie akurat dodaje uroku.

K.V.: Słabość też może dodawać uroku.

A.N.: Postaci męskie – jak choćby Krystian Apostata – to niespełnione i zakompleksione życiowe niedorajdy, które właściwie potrafią dokonać tylko jednego: „rozpierdolić sobie życie” i spieprzyć z samozadowoleniem wszystkie szanse. Czy zgodziłbyś się z taką tezą?

K.V.: Pewnie tak. Może to jest po prostu łatwiejsze niż napisać dobrą książkę o człowieku sukcesu, który czuje satysfakcję ze swojego życia? Zresztą większość ludzi na różny sposób rozpierdala sobie życie, choć nie wszystkich stać na refleksje na ten temat. Powiedzmy sobie szczerze: doskonała większość ludzi nie ma żadnej refleksji na temat swojego życia.

A.N.: A mogę zapytać, jaka jest Twoja refleksja? Uważasz się za człowieka sukcesu?

K.V.: Nie postrzegam siebie jako człowieka sukcesu i w ogóle nie wiem, kto to taki człowiek sukcesu. Można odnieść jednostkowy sukces w jakiejś dziedzinie: w sporcie, literaturze, w pracy. Ale np. co to znaczy odnieść sukces w życiu? To znaczy mieć pieniądze, sławę, piękną żonę i dwójkę dzieci? Człowiek sukcesu to dla mnie jakiś oksymoron, bo człowiek zawsze ponosi klęskę w ostatecznym rozrachunku. Może wygrywać jakieś małe bitwy, ale wielką wojnę z życiem zawsze przegra.

A.N.: Dla mnie człowiek sukcesu to taki człowiek, który spokojnie potrafi patrzeć w lustro; to ktoś taki, kto w życiu może zajmować się tym, co lubi, co sprawia mu frajdę... I według mnie pasujesz do tej definicji.

K.V.: Generalnie nie przepadam za spoglądaniem w lustro z, nazwijmy to, obiektywnych powodów estetycznych. Osobliwie rano, po trudnej nocy. Natomiast nie czuję potrzeby splunięcia w to lustro, a to już dużo. To prawda, mam to szczęście, że mogę sobie pozwolić na luksus pisania, a nie muszę wyrywać pojedynczych godzin po całym dniu pracy w biurze czy fabryce. Zresztą nie potrafiłbym. Był taki czas, że pełniłem kierownicze funkcje w „Gazecie Wyborczej” i wtedy zupełnie nie byłem w stanie pisać, przez cztery lata nie napisałem ani linijki. Co mi w sumie na dobre wyszło, dzięki temu po tej przerwie mogłem napisać „Nagrobek” i „Gulasz”.

A.N.: Jesteś ironistą. Twoje prozy są kapryśne i mimo wszystko przewrotne. Czy i tu nie jest tak, że „Aleję Niepodległości” spokojnie można czytać jako tęsknotę za bezpiecznymi, pozytywnymi relacjami interpersonalnymi?

K.V.: Jestem ironistą i uwielbiam ironię, bez niej moje książki byłyby na pewno gorsze. Też myślę, że to jakieś węgierskie dziedzictwo. Węgierska literatura, na przykład ta z czasów międzywojennych, którą bardzo lubię, operuje właśnie głównie melancholią i ironią, które cudownie się równoważą. Nie wiem, jak można czytać „Aleję”, wolałbym nie interpretować jej przesłania.

A.N.: W Twojej najnowszej powieści znów mamy wyraźny rys mizoginistyczny, który zwykle wypływa ze strachu przed kobietami. Chyba nie boisz się kobiet? Co poniektórzy z Twoich znajomych lansują tezę, że protagonistki są w Twoich książkach możliwe do zdeszyfrowania. Tak jest i w tym przypadku?

K.V.: Od końca: jak opublikowałem „Nagrobek” Paweł Dunin-Wąsowicz przysłał mi zdjęcia trzech kobiet, które według niego były pierwowzorami bohaterek „Nagrobka”. Ubawiło mnie to bardzo, ale Paweł lubi szukać takich tropów. Nie jestem mizoginem, jeśli już to mizantropem, a pewna drugoplanowość kobiet w moich książkach bierze się stąd, że znam się chyba lepiej na mężczyznach, kobiety są dla mnie bardziej złożone, bardziej tajemnicze, faceci, jak wiadomo, są raczej prości w obsłudze. Na kobietach to się zna Janusz Leon Wiśniewski, dlatego jego książki się lepiej sprzedają od moich, bo przecież to głównie kobiety są odbiorcami literatury zwanej piękną.

A.N.: Zgoda co do tego, że kobiety w Twoich prozach są postaciami drugoplanowymi, ale myślałam raczej o pokazywaniu ich jako osób, które niemal wysysają całą energię z facetów. Takie współczesne wampy, które nie dość, że chcą być pierwiastkiem dominującym, to jeszcze są dość częstym źródłem nieszczęść, upokorzeń i upadków mężczyzn.

K.V.: Oczywiście mężczyźni także mogą być źródłem nieszczęść, upokorzeń i upadków kobiet, ale odnoszę wrażenie, że kobiety sobie z tym lepiej radzą, zamykają w swoim życiu pewne aplikacje, otwierają nowe i idą dalej. Kobiety z upadków wstają szybciej niż mężczyźni, choć niewykluczone, że mocniej je przeżywają. Ale jak się już otrząsną, to – że powiem słowami klasyka – wybierają przyszłość. To oczywiście raczej moja intuicja, nie jestem psychologiem. Myślę, że kobieta zazwyczaj jest pierwiastkiem dominującym emocjonalnie.

A.N.: Tym razem, jeśli mnie intuicja nie myli, nie rezygnujesz z pokoleniowości? Co się zmieniło, że pojawia się cząstkowa, choć wyrazista diagnoza pokolenia urodzonego w latach 60.?

K.V.: Jakoś chciałem się z tym pokoleniem trochę rozliczyć, pokoleniem, które było o tyle specyficzne w najnowszych dziejach Polski, że jego dzieciństwo i młodość przypadły na PRL, zaś inicjacja w dorosłość nastąpiła 4 czerwca 1989 roku i które do tej pory ma pewne wspólne kody, którymi się porozumiewa, pewne wspólne doświadczenia, natomiast mam wątpliwość, czy pokolenia następne, dzisiejsi 30- i 20-latkowie, takie wspólne doświadczenie posiadają, wydaje mi się, że te młodsze generacje są bardziej zatomizowane.

A.N.: Zgadzam się. Pokolenie dzisiejszych 30- i 20-latków jest generacją pozbawioną wspólnego doświadczenia pokoleniowego, choć mimo to udało nam się, nie tylko w moim odczuciu, pewne wspólne kody wytworzyć. Twoje rozliczenie roczników sześćdziesiątych nie wypada jednak dla Was pomyślnie.

K.V.: Dla was może za jakiś czas wasze rozliczenia też nie wypadną pomyślnie (śmiech). A ciekawi mnie, jakie wspólne kody wytworzyły generacje 20- i 30-latków? Nie pytam sarkastycznie, ale z ciekawości.

A.N.: Nasze rozliczenia już nie wypadają pozytywnie! Jeśli coś łączy urodzonych w mojej generacji ludzi, to raczej pesymizm, marazm, nieustanne grymaszenie na wszystko i antykorporacjonizm. Ale i ta diagnoza może okazać się jedynie iluzją.

K.V.: Jeśli tak jest rzeczywiście, to współczuję. My mieliśmy to szczęście, że weszliśmy zdumieni w nową rzeczywistość, załapaliśmy się na zmianę, Wy już dorastaliście w tej rzeczywistości, w pewnej mentalnej stagnacji.

A.N.: W „Alei” Twój bohater powiada: „Chaussony, mavagi i ikarusy 620 są dla mnie jak polskie filmy z lat sześćdziesiątych, nigdy nimi nie jechałem, ale za nimi tęsknię”. Skąd ta fascynacja autobusami? Dałoby się ją tłumaczyć po prostu tęsknotą za minionym, za „starym” światem?

K.V.: Nie. Ja po prostu jestem tak zwanym MKM. Miłośnik Komunikacji Miejskiej. Wiem, to dziwne zboczenie, ale znam się na typach autobusów, tramwajów, czytam portale: „Wawkom”, „Przegubowiec”, „Infobus”. Takie modelarstwo dorosłego faceta. Mężczyzna musi mieć jakieś hobby (śmiech).

A.N.: Pewnie, że mężczyzna musi mieć jakieś hobby. Większość wędkuje, zbiera monety lub kolekcjonuje samochody. Twoje jest bardziej oryginalne. Ale nie zawdzięczasz go już węgierskim korzeniom?

K.V.: Nie wiem, skąd ono mi się wzięło, nie mam zupełnie pojęcia. Ale fascynuje mnie. Paweł Dunin-Wąsowicz też się tym interesuje, ale jego interesują głównie tramwaje retro, buduje u siebie w domu wielką makietę tramwajową z przedwojnia. Ja zaś wolę współczesne modele. Natomiast w czasie mojego ostatniego pobytu w Budapeszcie dostałem w prezencie piękną i fascynującą książkę – album o historii komunikacji w Budapeszcie.

A.N.: Podobno również i w Budapeszcie jeździsz dla frajdy komunikacją miejską i doskonale orientujesz się w poszczególnych trasach...

K.V.: Owszem, to prawda (śmiech). Znam dobrze trasy komunikacji w Budapeszcie, a jak nie, to mam taką specjalną mapkę ze wszystkimi trasami autobusów, tramwajów i trolejbusów i się nią posiłkuję. Czasami dla przyjemności wybieram jakąś peryferyjną linię, którą jeszcze nie jechałem i ją testuję od pętli do pętli. Poza tym możesz śmiało odpytać mnie o poszczególne typy i marki taboru autobusowego i tramwajowego (śmiech).

A.N.: Wierzę, że znasz odpowiedź na każde takie pytanie. Udowodniłeś tę wiedzę już choćby w „Alei Niepodległości”. Tam też czytamy: „Ale jak to się stało, że nie jest już młody, chociaż kiedyś był? Gdzie mu uciekły te dni, miesiące, lata, strawione na życiu i niczym więcej, nawet jeśli wydawało mu się, że zapełnia je czymś bardziej wartościowym od życia? Jego sztuka była hermetyczna i niepopularna, a im bardziej Krystian starał się rozwijać artystycznie, tym bardziej się zwijał, popadał w głęboką niszowość i zapomnienie, może dlatego że ze swojego własnego życia nie potrafił zrobić choćby namiastki sztuki, tak jak to robił Jakub Fidelis? Życie Jakuba Fildelisa to może był cyrk, czysta komedia dell’arte, ale była to także jakaś sztuka, podczas gdy za sztukę powolnego przemijania i pozwalania światu, by o nas zapomniał, nie dostawało się ani nagród, ani aplauzu publiczności. Krystian już wiedział, że jego pięć minut dawno minęło. Pięć minut Jakuba Fidelisa trwało natomiast od lat i wcale nie chciało się skończyć, konstatował Krystian z dziwną melancholią”. Historia opowiedziana w „Alei Niepodległości” posłużyła Ci do snucia refleksji na temat roli sztuki i krytyki we współczesnej rzeczywistości. Czy żałujesz drogi twórczej, którą wybrałeś?

K.V.: Chodzi Ci o to, że jestem pisarzem? Nie żałuję. Choć wolałbym być muzykiem rockowym i grać na basie w jakiejś fajnej kapeli. Z drugiej strony pisarzem mogę być mając 80 lat, a w tym wieku hasanie z gitarą na scenie staje się sprawą nieco problematyczną. Dziękuję Bogu, że tak mi się ułożyło, że dostałem pewne umiejętności klecenia zdań, co nie jest dane każdemu i że nie muszę być akwizytorem ubezpieczeń na życie.

A.N.: Każdy wolałby być wiecznie młodym muzykiem rockowym (śmiech). Nie, chodziło mi raczej o to, że będąc wierny sobie, swoim tematom, świadomie skazujesz się na bycie pisarzem spoza tzw. głównego nurtu. Nie pisujesz pod obowiązującą w danym roku koniunkturę, nie starasz się za wszelką cenę zjednać sobie czytelników i za co jestem, rzecz jasna, bardzo Ci wdzięczna, nie jesteś Januszem Leonem Wiśniewskim!

K.V.: Wiesz, tak naprawdę to nie ma żadnej koniunktury. J.L. Wiśniewski odniósł ten wielki sukces, bo jest w tym swoim pisarstwie szczery, tak sądzę. Tak samo Małgorzata Kalicińska, która wypłynęła bez żadnej reklamy. Ona nie była koniunkturalna, jej pisarstwo wzięło się z tzw. potrzeby serca i było – wracamy do wcześniejszego pytania: właśnie pisarstwem psychoterapeutycznym. Koniunkturalizm wcale nie pomaga, popatrz na żałosne próby wylansowania się i zostania celebrytą, które desperacko podejmuje Michał Witkowski. A bycie pisarzem spoza tzw. głównego nurtu w ogóle mi nie przeszkadza. Zwisa mi to.

A.N.: To miał być komplement, nie krytyczne stwierdzenie. Dla mnie szczery, interesujący, a zatem bezcenny jest właśnie taki pisarz, który chce być poza DDM-em. Zgadzam się w pełni, że przypadek Witkowskiego jest przypadkiem beznadziejnym. Piszesz przecież dla przyjemności.

K.V.: Minie ta sytuacja bardzo pasuje, piszę tak, jak piszę i nie wyobrażam sobie, że nagle się koniunkturalnie zmieniam, to by wyszła jakaś parodia z tego pisania. Jestem skazany na niszę, ale wygodnie się w niej umościłem i jest mi w niej dobrze. W DDM-ie to jest teraz Artur Domosławski ze swoją książką o Kapuścińskim. Nie zazdroszczę mu, naprawdę.

A.N.: Jakub Fidelis jest przeciwieństwem Krystiana Apostaty, a jednak i on ponosi klęskę. Albo twórca hermetyczny, albo oddający się aurze glamour. Czy rzeczywiście nie ma trzeciej możliwości?

K.V.: Oczywiście, że jest trzecia droga. Można być właśnie sprzedawcą ubezpieczeń na życie. Ale to też jest totalna klęska.

A.N.: Znów się ze mną droczysz (śmiech). Znając Cię, zakładam, że pracujesz już nad czymś nowym. I pewnie piszesz symultanicznie. Odsłonisz rąbek tajemnicy?

K.V.: Szczerze mówiąc, jestem trochę zmęczony pisaniem. „Aleja”, wbrew pozorom, kosztowała mnie sporo wysiłku i nieco mnie wypaliła. Poza tym od ładnych paru miesięcy poświęcam się pisaniu felietonów w „Dużym Formacie”, co też jest pracochłonne. To znaczy nawet nie samo pisanie jako wysiłek fizyczny, ile ciągłe myślenie: o czym napisać następny felieton, jak go ugryźć. Mam dwa pomysły na książki – jeden na mikropowieść, a drugi na maxipowieść, ale na razie ta pierwsza ma 25 stron a ta druga 5. Do końca marca odpoczywam od pisania, natomiast cały kwiecień będę siedział na Węgrzech, w mieście Pecs przy granicy chorwackiej, i tam w ciszy duszy i spokoju serca zastanowię się, co dalej, czy wybrać któryś z tych dwóch projektów i jemu się poświęcić. Bo ciągnąć symultanicznie dwóch rzeczy już bym nie umiał, zwłaszcza, że byłyby to trzy rzeczy, włączając felietony.

A.N.: Życzę zatem tego, byś solidnie wypoczął i mam nadzieję, że jednak postanowisz zrealizować któryś z tych projektów. Trzymam, rzecz jasna, kciuki i dziękuję za rozmowę.