ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (150) / 2010

Krzysztof Varga,

ALEJA NIEPODLEGŁOŚCI

A A A
Kiedy po latach Krystian Apostata myślał o szkolnych czasach, wszystkie dni i miesiące, wszystkie lekcje, wszystkie przerwy spędzone w zadymionym, zatłoczonym kiblu albo na murku przed sklepem spożywczym z kefirem i kajzerką w ręce zlewały mu się w jeden obraz. Był to malowidło w stylu Jacksona Pollocka, wielkie płótno napuchnięte od nieregularnych maźnięć – piękny, ale jednak chaos, z którego Krystian nie potrafił wydobyć żadnego porządku. Rygor szkoły wzmocniony katolickimi obrzędami nie dyscyplinował go wcale umysłowo; Krystian Apostata i Jakub Fidelis mieli w głowach coraz większy bajzel i kiedy wychodzili ze szkoły, zaraz za rogiem zapalając papierosy i zastanawiając się, czy wracać do domu, czy raczej iść do „Baltazara”, albo na skarpę posiedzieć, popić i popalić, to tak naprawdę szukali szczepionki na narastający niepokój. Jakub Fidelis nie nosił już znaczka z napisem „Totus tuus”, nic go nie obchodziły pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny ani relacje księdza katechety z jego pielgrzymek do Ziemi Świętej, slajdy z rzutnika i irytujący terkot projektora, nadciągała bowiem wspaniała era VHS-u i niemiecka wieśniacka pornografia mogła wreszcie trafić pod polskie strzechy. Krystiana nie obchodziło to jeszcze bardziej, nie obchodziły go nawet msze za ojczyznę, uliczne demonstracje i pałowanie, które podniecały z kolei Fidelisa, bo przecież był opozycjonistą, nosił opornik i robił zajączka dwoma palcami prawej ręki. Krystian Apostata starał się usilnie zainteresować własnym życiem, ale to także nie przychodziło mu łatwo, życie stawiało opór zainteresowaniu i jedynym, co naprawdę przyciągało uwagę Krystiana (a uwagę Fidelisa skutecznie odrywało od polityki), był piątkowy wieczór, a z nim dyskoteka w liceum sióstr nazaretanek na Czerniakowskiej.

Były to dyskoteki upiorne, nie bardzo wiadomo, po co i przez kogo organizowane, odbywające się w pełnym świetle jarzeniówek i ku rozrywce uczennic w marynarskich mundurkach, końskich ogonach i spódnicach za kolana, mających zamaskować ich dojrzewającą seksualność. Takie stroje dawały spore pole do perwersyjnych fantazji, ale chłopcy perwertami zostali dopiero po trzydziestce. Wtedy potrzebowali seksu podanego na talerzu, wyciętego z niemieckiego pisemka albo przestudiowanego na kasecie wideo przegrywanej i przewijanej już tyle razy, że prawie nic nie było na niej widać.

Przed dyskoteką u nazaretanek umawiali się na wspólne picie jaboli, ale na tyle umiarkowane, żeby bezpiecznie przejść zakonną kontrolę. Wypijali po jednym winie na trzech, wypalali po trzy papierosy na jednego i zagryzali miętowymi gumami. Kolejne wina przemycali w spodniach, żeby rozpić je w nazaretańskiej toalecie. Na okoliczność dyskoteki jedną z żeńskich toalet oddawano chłopcom z Augustyna i była to prawdziwa placówka eksterytorialna – żadna z zakonnic, domyślających się oczywiście, co się tam dzieje, nie odważała się na interwencję, choć kto wie, czy nie miały na to grzesznej ochoty. Tam pękało kolejne wino truskawkowe i spalały się caro i stołeczne, a czasami nawet co bardziej zbuntowana nazaretanka, w swoim drażniącym zmysły starszych panów mundurku, wpadała tam z impetem, by w ostatniej kabinie zapalić przemyconego mentolowego zefira o smaku cebuli.

Pomiędzy tańczącymi przechadzała się siostra przełożona, groźna jak wieczne potępienie dyrektorka Nazaretu, Matka Teresa, sprawdzając srogim wzrokiem, czy tancerze nie zbliżają się do siebie zanadto. Mieli tańczyć na odległość wyciągniętych rąk, tak że dłonie dziewczyny ledwie sięgały ramion partnera, a jego ręce nie były w stanie opleść jej talii i spoczywały w moralnie bezpiecznym miejscu między żebrami a biodrami, na ciepłych, miękkich wałeczkach tłuszczyku. Była to prawdziwa, wyrafinowana katolicka pokuta za wszystkie ich byłe, obecne i przyszłe grzechy: na dyskotekach w Nazarecie puszczano wyłącznie wolne kawałki, ale nie można się było przytulać. Dlatego kołysali się jak manekiny, na sztywnych nogach, bardzo wolno kręcąc się wokół własnej osi. Był to taniec lunatyków, dziewcząt śniących o innych chłopcach i chłopców marzących o innych dziewczynach.

Jestem mistrzem wolnych, powiedział Krystianowi Jakub, który już wtedy tańczył lepiej od Apostaty, już wtedy miał taneczne predyspozycje i jako jedyny potrafił zmylić Matkę Teresę, sunącą krokiem poloneza z długim drewnianym liniałem, za pomocą którego odmierzała między tancerzami przepisowe czterdzieści pięć centymetrów. Jakub umiał z zadziwiającą zręcznością schodzić z linii jej uważnego wzroku, prowadząc swoją partnerkę w ciemne kąty sali, w zakamarki długiego mrocznego korytarza, którego ściany aż parowały od niespełnionych pragnień.

A w czasie gdy Jakub uwodził nazaretankę, Krystian, który nigdy nie lubił tańczyć i miał tego w przyszłości nieraz pożałować, objadał się bulimicznie pączkami, których nie żałowały im zakonnice: stoły zastawione były ciastkami, szarlotkami, napojem Ptyś i wodą mineralną Mazowszanka, taka słodycz była dozwolona, a nawet wskazana, pączki były jak Słodki Jezu, i Krystian współzawodniczył z Bobo Rudisem w ilości pochłoniętych sztuk. Nic innego nie mieli do roboty – z Bobo żadna z uczennic nie chciała nigdy tańczyć, a Krystianowi nie chciało się tańczyć z żadną. Słuchali po raz nie wiadomo który „Autobiografii”, „Jolka, Jolka, pamiętasz” i „Careless Whisper”, bo zestaw piosenek był boleśnie ograniczony, zwłaszcza że po pierwszym puszczeniu przez didżeja utworu „51”, zaczynającego się od słów „Idąc cmentarną aleją”, Matka Teresa zabroniła powtórek, wpisując zawodzenia wokalisty zespołu TSA na indeks pieśni zakazanych. Ale Bobo Rudisowi repertuar nie przeszkadzał. Miał wielką ochotę dać komuś w ryj, tyle że nie wiedział komu. Był na obcym terenie, gdzie z definicji należy podjąć walkę, ale był to teren kobiecy, nie mógł przecież dać w ryj żadnej z nazaretanek, i trochę żałował, że nie jest na dyskotece w jakimś koedukacyjnym liceum, na przykład w Królowej Jadwidze. Bobo Rudis cierpiał z tego powodu, ale cierpienie jest przeznaczeniem młodego katolika.

Tymczasem szatan pod postacią Jakuba Fidelisa tańczył taniec pożądania z najładniejszą uczennicą szkoły – kręcił biodrami, jedną owłosioną łapą sunął po dziewczęcym udzie, drugą międlił jej niedużą pierś, wpychał język w jej drżące usta, postękując przy tym teatralnie, choć cicho, a potem objął mocno jej udo w szarych rajstopach, podniósł je i przyciągnął do siebie; łydka uczennicy zawisła na biodrze Fidelisa.

Krystian Apostata zjadł w tym momencie szóstego pączka, a Bobo Rudis bodajże ósmego. Rudis westchnął ciężko, a potem głośno beknął. Smażone na smalcu, powiedział, a czy dziś przypadkiem nie jest piątek? Ano, piątek, odparł Krystian, widać mają gdzieś te zasady, które nie dotyczą seksu.

Matka Teresa czujnie krążyła między tańczącymi. Gdyby chciała zmierzyć odległość między Jakubem Fidelisem a jego zdobyczą, musiałaby użyć mikrometru.

Krystianowi zrobiło się mdło, chciał zapalić, a najlepiej zapalić i wypić coś, co spłukałoby mu z przewodu pokarmowego nadmiar lukru, tylko że wina dawno rozpili już w kiblu, zresztą też były słodkie, pozostawał Ptyś i Mazowszanka, więc Krystian nalał sobie całą szklankę wody. Bobo Rudis zjadł kolejnego pączka i chociaż wcale nie było mu mdło, też chętnie napiłby się i zapalił. Jakubowi płonęły policzki i uszy. Jego wybrance płonęło dziewczęce serce.

Matka Teresa wyczuła jednak w końcu smród piekielnego ognia. Przekazała liniał młodszej zakonnicy, by teraz ta mierzyła odległość między tańczącymi, i ruszyła w ciemność korytarza, tam gdzie diabeł machał ogonem w peweksowskich spodniach Jakuba Fidelisa.

Sraka, powiedział Krystian do Bobo Rudisa, nie chce mi się tu siedzieć. Twoja brocha, odpowiedział Bobo i wgryzł się w jeszcze jednego pączka. Był rok 1986 i ani Krystian, ani Bobo Rudis już nigdy w życiu nie mieli zjeść tylu pączków naraz.

I wtedy usłyszeli okropny, wibrujący wrzask, Matka Teresa od Aniołów popadła w szaleństwo i darła się wniebogłosy. Wreszcie coś się dzieje, powiedział Bobo Rudis, idziemy zobaczyć, może będzie dym, i ruszył, zabrawszy z tacy jeszcze jednego pączka na drogę.

Precz stąd, precz, krzyczała Matka Teresa, szarpiąc Fidelisa za marynarkę, wynocha z tych świętych murów, siostro Genowefo, gdzie jest liniał? Jakub miotał się w szponach Matki Teresy, a jego ukochana płakała głośno i patetycznie, tak jak tylko płakać potrafią zhańbione dziewice.

Siostra Genowefa przebiła się przez gawiedź i wręczyła Matce Teresie liniał. Ta, zamachnąwszy się niczym Joe DiMaggio, wymierzyła zręczny cios w napięte pośladki Fidelisa. A następnie poprawiła, celując wyżej, w okolice nerek. A potem, jak Michał Wołodyjowski, wyprowadziła uderzenie z dołu i trafiła Jakuba w potylicę. Zawodowstwo, powiedział z uznaniem Bobo Rudis, wali jak prawdziwy zomowiec. Tłum kwiknął histerycznym śmiechem, który zagłuszył płacz dziewczyny i pierwszy okrzyk bólu Fidelisa. Matka Teresa odwróciła się w stronę zbiegowiska i ryknęła: rozejść się, natychmiast, wracać do sali i tańczyć, nie ma tu nic do oglądania. A potem chwyciła Fidelisa za ucho, już purpurowe ze wstydu, i wykręciwszy je profesjonalnie, pociągnęła go w kierunku schodów prowadzących do wyjścia. Powinien jej jebnąć z łokcia w brzuch, toby go puściła, a potem poprawić z dyńki, powiedział Bobo Rudis, nie wiem, dlaczego on się jej daje tak cwelić. To może ty byś jej przypierdolił?, zapytał retorycznie Krystian. Nie moja brocha, niech się Fidelis martwi sam, ale ja bym się tak nie dał traktować jakiemuś staremu pingwinowi.

Kiedy Bobo i Krystian wyszli, Jakuba nigdzie już nie było. Wydawało się, że uciekł do domu, zhańbiony i ośmieszony. Krystian nie miał jednak wątpliwości: Jakub musiał teraz kontynuować znajomość z najpiękniejszą nazaretanką, która umknąwszy przed Matką Teresą, skupioną na wymierzaniu kary, wymknęła się ze szkoły i czekała na swojego umęczonego kochanka. Całowali się i obejmowali na jakiejś ławce, może nawet poszli do Jakuba i zamknęli się w jego pokoju, on zjadany przez pożądanie, ona w tym swoim granatowym mundurku, powstrzymująca jego rękę wspinającą się pod spódnicą w górę jej uda.

Dwadzieścia lat później, któregoś gorącego wiosennego dnia, Krystian jechał autobusem linii 180 z Nowego Światu na Czerniaków, a wraz z nim jechała grupa nazaretanek, i Krystian przypomniał sobie tamte dziewczyny, tańczące sztywno i z przestrachem w swoich obowiązkowych mundurkach. Tak jak on miały teraz – aż zabolała go banalność tej konstatacji – trzydzieści siedem albo trzydzieści osiem lat i mniej lub bardziej schrzanione życie. Nie pamiętał imienia ani jednej z nich, ani jednej twarzy, tylko plisowane spódnice, granatowe fartuszki i marynarskie kołnierze. Obserwując młode nazaretanki w autobusie linii 180, zauważył, że zmieniła się nazaretańska moda – spódnice za kolana zastąpione zostały spódniczkami w szkocką, granatowo-zieloną kratę, sięgającymi w dodatku przed kolano, a fartuszki z marynarskim kołnierzem koszulkami polo z małym napisem „Nazaret”. Jeszcze jedna zmiana rzuciła mu się w oczy – jedna z nazaretanek miała żółtą skórę i skośne oczy, a inna skórę ciemną i włosy kręcone. Reszta wyglądała mniej więcej słowiańsko. Miały pryszcze, aparaty na zębach, a w rękach podręczniki do historii najnowszej. Wkuwały na głos stan wojenny i opozycję demokratyczną, jechały z klasowej wycieczki ze Starówki na sprawdzian z bardzo odległych dziejów, które Krystian tak dobrze pamiętał.

Co to było ZOMO?, pytała pryszczata szatynka, trzymając się jedną ręką poręczy, a w drugiej dzierżąc otwarty na odpowiednim rozdziale podręcznik. Zmechanizowane Odwody Milicji Obywatelskiej, odpowiedziała skośnooka nazaretanka, służące do rozpędzania opozycyjnych demonstracji. Dobrze, pochwaliła ją szatynka, a co to były ścieżki zdrowia? Ścieżki zdrowia to było coś takiego, kiedy milicjanci złapanych demonstrantów przeganiali przez stworzony przez siebie korytarz i bili ich pałkami, odpowiedziała nazaretanka mulatka. To niemożliwe, wtrąciła się kostropata brunetka w okularach, to przecież niezgodne z prawami człowieka.

Krystian też chciał się wtrącić, powiedzieć: znałem was kiedyś, dwadzieścia lat temu, kiedy to wszystko działo się naprawdę, widziałem to na własne oczy, tak jak widzę was, które szczęśliwie urodziłyście się za późno, dzięki czemu możecie teraz zadawać takie pytania. I chciał zapytać, czy Matka Teresa jeszcze żyje i czy wciąż chodzi z liniałem, mierząc odległość między tancerzami, czy też nikt już tam nie urządza żadnych dyskotek, ale zabrakło mu odwagi, przestraszył się, że zostanie uznany za obleśnego dziada usiłującego molestować młode dziewczyny, zapewne wciąż nieletnie.

Tak, nie pamiętał żadnej z dawnych nazaretanek, żadnego imienia, twarzy, jedyną kobietą, którą Krystian zapamiętał z licealnych czasów, była ruda kurwa w futrze i kozakach, musiała więc być jedyną, do której coś poczuł między piętnastym a dziewiętnastym rokiem życia. Emocjonalnie przegrał te lata w wielkim stylu.

Jakub Fidelis zawsze jako pierwszy wyczuwał zbliżanie się rudej, jakby poprzez zamknięte okna do jego nozdrzy dochodził zapach jej perfum, jakby słyszał z daleka narastający stukot jej obcasów.

Ruda idzie, mówił, kiedy nie było jej jeszcze widać, wywołując nerwowe poruszenie w ławkach trzydziestu małolatów. Zaczynali się wiercić jak robaki w worku z mąką, tracąc wszelkie – i tak tylko udawane – zainteresowanie lekcją. Jakub potrafił wyczuć rudą nawet wtedy, gdy łamiąc zasady, przechodziła koło Świętego Augustyna wcześniej niż zwykle. Ruda idzie, mówił Fidelis, a wtedy profesor Pipściński spoglądał na swój cebulowaty radziecki zegarek i mówił: niemożliwe, za wcześnie na rudą, wracamy do tematu, a więc Plusquam Perfecti tworzymy… i wtedy nagle w oknie pojawiała się ona, jak Matka Boska cudem objawiona na szybie, i klasa wpadała w religijno-erotyczną ekstazę, a profesor Pipściński (choć jak wszyscy licealni profesorowie był jedynie magistrem) musiał uznać wyższość żywego języka erotycznych znaków nad martwym językiem Cycerona. Ruda była piękniejsza nie tylko od całej gramatyki łacińskiej, ale i od całej kultury antycznej, jej nogi były zgrabniejsze i mocniejsze niż kolumny jońskie i doryckie, jej ręce trzymały wodze życia silniej niż dłonie powożącego rydwanem, a jej twarz była doskonalsza niż twarz Wenus z Milo; ruda była ich Heleną, dla której rozpętaliby wojnę większą i okrutniejszą niż trojańska. Fidelis był ulubieńcem rudej, wszystkim się zdawało, że to do Fidelisa ruda się mizdrzy, że dla niego chodzi ulicą Naruszewicza, a przynajmniej tak twierdził Fidelis i udało mu się wszystkim to wmówić, choć ruda pewnie nawet ich nie rozróżniała; traktowała ich jak stado sympatycznych małp zamkniętych w szklanej klatce, ale to Fidelis uznał się za przewodnika tego stada. Gdyby Jakub powiedział kiedyś paru zaufanym chłopakom w największej tajemnicy, że rucha rudą po lekcjach, być może by mu uwierzyli, ale Fidelis nie był idiotą, na kłamstwo decydował się tylko wtedy, gdy wiedział, że uwierzą w nie wszyscy. Nie był frajerem jak biedny kretyn Iwo Miser, pośmiewisko uczniów nawet z młodszych klas, który w klozecie, żebrząc o papierosy, opowiadał, jak to miał nauczycielkę chemii, miał ją na stole w pracowni chemicznej po lekcjach, a potem na stole w pokoju nauczycielskim, gdy wszyscy już wyszli, a potem w piwnicy, w izbie pamięci Pierwszej Dywizji Pancernej generała Maczka, miał ją tam na gablocie z orderami i kopiami listów dziękczynnych od narodów belgijskiego i holenderskiego, które wyzwalali w swoich shermanach czołgiści generała, a potem chemiczka miała powiedzieć: chodź! I – tutaj Iwo Miser znów łasił się o kolejnego papierosa – miał ją w końcu na rozłożonym na podłodze sztandarze Pierwszej Dywizji Pancernej, i naprawdę nikt w zadymionym kiblu na pierwszym piętrze nie był w stanie zachować powagi, i wszyscy rechocząc, powtarzali: weź już nie pierdol, Miser, ty biedny kretynie. Każdy wiedział, że Miser nie miał nie tylko chemiczki, ale też żadnej innej kobiety, podobnie jak nie miał pieniędzy, talentu, a wnosząc po tłustych włosach i kwaśnych woniach, które rozsiewał, także środków czystości, więc jakim cudem chemiczka, która była sterylnie czysta i maniakalnie pachnąca, mogłaby się choćby zbliżyć do tego biednego kretyna. Jedyne, co miał Miser, to nadopiekuńczą matkę i upierdliwą zdolność do wyłudzania papierosów. No i był niezły w grze w parapety, to musiał mu przyznać każdy. Ale młode nauczycielki, przechadzające się prowokacyjnie po korytarzu z cynicznymi uśmiechami na twarzach, lustrujące gmerających w dziurawych kieszeniach licealistów, nie pieprzą się nawet z mistrzami gry w parapety.

Krystian był słaby w parapety, a Fidelis nie grał w nie wcale. Ja nie gram w pierdoły, ja gram w grę zwaną życiem, powiedział Krystianowi, gdy ten zaproponował, by dołączyli do skupionej wokół Misera grupki chłopaków i spróbowali szczęścia, a nóż coś wygrają.

Krystian wpatrywał się w rudą z nabożną czcią, nie wstawał, nie machał, tylko śledził ją wzrokiem przez te krótkie minuty, kiedy objawiała się w ich okiennym ołtarzu.

Ruda kobieta chciała, żeby ją kochać.