ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (150) / 2010

Magdalena Boczkowska,

ŻYCIE NIJAKIEGO RODZAJU

A A A
Najnowsza powieść Krzysztofa Vargi, zatytułowana „Aleja Niepodległości”, zaciekawia już od pierwszego akapitu. Rzadko się bowiem zdarza (a właściwie nie zdarza się nigdy), by autor uśmiercał głównego bohatera zaraz na pierwszej stronie... A tutaj proszę! Krystian Apostata pierwszy raz w życiu leci do Stanów Zjednoczonych, gdzie zaproszono go na pobyt studyjny w ramach Roku Polskiego. Tymczasem czytelnicy razem z tą wiadomością otrzymują również i drugą, że Krystian do USA nie doleci, mało tego, nie doleci już nigdzie, nic więcej w życiu nie zrobi, niczego nie osiągnie. Samolot rozleci się bowiem w powietrzu, podczas gdy nasz bohater będzie – na szczęście dla niego – „totalnie najebany oraz nawalony w trzy dupy, nagwizdany, nastukany, a wręcz napierdolony”.

Warto więc zapytać, o czym właściwie jest ta proza, skoro jej bohater ginie w pierwszych zdaniach?

Przede wszystkim o pokoleniu. O generacji, która jest, ale tak jakby jej nie było. Pokoleniu ludzi, którzy „dzieciństwo i nastolactwo spędzili jeszcze w PRL-u, dowody osobiste otrzymali w chwili, gdy ustrój chwiał się jak pijany chłopo-robotnik po wypłacie, a chwilę później okazało się, że są dwudziestoletnimi obywatelami III Rzeczpospolitej. Gdy dorośli, na fali medialnych dyskusji o pokoleniach zostali nazwani przez gazety kolejno: Pokoleniem Urodzonym za Późnego Gomułki, Pokoleniem Wyborów Czerwcowych, Pokoleniem Piwa Królewskiego, Generacją Wszystko, Pokoleniem No Logo [...] Jedno się natomiast nie zmieniało – żadne z tych rozlicznych pokoleń nie miało swojego przeżycia pokoleniowego. Prawdziwej traumy, wojny, powstania, rozbiorów, niczego. Co najwyżej bessę na giełdzie i zwolnienia grupowe. Jeśli chodzi o Krystiana, to mógłby on odczuwać pewną przynależność jedynie do Pokolenia Bez »Teleranka«”. Było to zatem pokolenie, które nie miało żadnego wspólnego przeżycia, łączącego ich i jednoczącego postrzeganie rzeczywistości. Żyli bowiem w czasie bezpłciowym, a jedyną traumą mógł więc być tylko brak traumy, jak pisali niegdyś Radosław Kobierski i Robert Ostaszewski. W co miał wierzyć Krystian, jeśli nawet w siebie już nie potrafił?

Kiedy młody człowiek kończy studia humanistyczne (albo ASP jak właśnie Krystian), przychodzi taki moment, w którym zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie pasuje do szarej rzeczywistości. Ciągle ma niestety romantyczne ideały, wierzy jeszcze, mimo wszystko, w lepszy świat, chce zmieniać ludzi, nie pociągają go ani wielka polityka, ani wyścig szczurów do co raz to lepszej pracy, większego mieszkania czy szybszego samochodu. Zwłaszcza jeśli, nie daj Boże, uważa się za artystę – pisarza, poetę, muzyka czy malarza. Krystian ma więc prawo być sfrustrowany, ma prawo obwiniać siebie i wszystko dookoła o własne niepowodzenia. Dziś warto studiować marketing i zarządzanie i włączyć się w ów wyścig krwiożerczych szczurów najszybciej, jak to tylko możliwe. Romantyczne marzenia i ideały powinny przegrać z przedsiębiorczością, a wiara w lepsze jutro z pokaźnym kontem bankowym. Na nieszczęście dla Apostaty, drugi z bohaterów – Jakub, Pierwszy Tancerz Rzeczpospolitej – potrafi obie te sprawy połączyć. O ile oczywiście taneczne popisy telewizyjne i gotowanie na ekranie uznamy za życie prawdziwego artysty.

Nie bez znaczenia są nazwiska postaci „Alei Niepodległości”. Varga wybiera je bardzo konsekwentnie, logicznie i inteligentnie, tak że bez żadnego problemu jesteśmy wstanie scharakteryzować noszących je bohaterów. Apostata oznacza nic innego jak tylko bunt, porzucenie, pewne odstępstwo od wiary, by przypomnieć choćby sylwetkę cesarza rzymskiego Juliana Apostaty. Bez wątpienia Krystian jest więc porzuconym, nieszczęśliwym, nieco neurotycznym i przeraźliwie samotnym czterdziestolatkiem, który doskonale nadaje się na bohatera filmów Woody’ego Allena – „był zapoznanym, sfrustrowanym artystą z życiem seksualnym ograniczonym do rozpaczliwej masturbacji”. Sam o sobie mówi zresztą, nie bez cienia goryczy: „jestem szmata [...] żałosny onanista i alkoholik. Samotny walikoń i smutny ochlapus w średnim wieku. Moim najbliższym kumplem jest sąsiad menel, a moją kobietą moja własna ręka”. Tyle tylko, że i na bunt Krystiana już nie stać. Jego przeciwieństwem, ale i swoistym alter ego, jest – niegdyś najbliższy przyjaciel, dziś bardziej wróg – Jakub Fidelis. Słowo „fidelis” – w przeciwieństwie do słowa „apostata” – po łacinie oznacza kogoś „pełnego wiary”. Jakub ma więc przede wszystkim wiarę w siebie samego. Wierzy, że jednoczy naród, bo znają go przecież wszyscy, od profesora uniwersytetu do sprzątaczki po szkole podstawowej, od wyborcy lewicy do moherowej babci, od przedszkolaków do seniorów z domu starców. I wszyscy, w jego mniemaniu, go szanują, w końcu jest znany i popularny, a to wystarczy, by zasłużyć na szacunek. Wszędzie go pełno. Tańczy, gra, pisze, podróżuje. Zawsze gotowy rozdawać autografy i uśmiechy. Ciągle czujny, bo a nuż ktoś zrobi mu zdjęcie.

Krystian bez wątpienia zazdrości Jakubowi. Może nawet nie tyle sławy, pieniędzy i kobiet (chociaż ukochana porzuciła go właśnie dla Fidelisa), ile pewności siebie, poczucia bezpieczeństwa i przekonania o swej wartości. Apostata nie ma już wiary we własne siły, w końcu należy do zapomnianej generacji. Wydaje mu się, że wszystko, co robi, musi zakończyć się porażką, więc już nawet nie próbuje. Alkohol, komputer z dostępem do Internetu (ach ten YouTube!, ach te strony porno!), telefon (najczęściej rozmowy z paniami z telemarketingu) – to wszystko, czego potrzebuje do szczęścia. Krystian Apostata jest bohaterem, z którym nikt nie chciałby się identyfikować. Paradoksalnie jednak jest dzięki temu bardziej ludzki od zawsze uśmiechniętego i plastikowego Fidelisa. A przecież polska rzeczywistość pełna jest i takich Jakubów – gwiazdek małego ekranu, których wszędzie pełno – i Krystianów – wpadających w depresję niespełnionych, a niegdyś „dobrze zapowiadających się” artystów. Pełna jest także Kaś...

Kasia Kabotyn, kiedyś dziewczyna Krystiana, potem żona Jakuba, jest postacią niezwykle ciekawą. Jest oczywiście, na co już wskazuje jej nazwisko, pozerką, ciągle udającą kogoś innego. Varga nazywa ją „niewolnicą miłości”, ma ona bowiem szczególną przypadłość. Jak powietrza potrzebuje ciągle nowych związków. Stale musi być romantycznie zakochana, wysysa kolejnych kochanków niczym energetyczny wampir. Dzięki temu ma mnóstwo energii i wygląda dużo młodziej niż powinna. Ludzie tacy jak Kasia muszą być ciągle zakochani. Zawsze wydaje im się, że to jedna jedyna miłość, dopóki nie przychodzi następna – jeszcze większa, jeszcze romantyczniejsza, jeszcze piękniejsza. Nasza bohaterka w każdym kolejnym związku początkowo czuje się spełniona, ale po chwili stłamszona i niedoceniana. Jakub imponuje jej swoją sławą, wyglądem, pieniędzmi i bogatą kolekcją wielkich historii miłosnych na dvd. Kiedy jednak w małżeństwie zaczyna się dusić, bez żalu postanawia złożyć papiery rozwodowe i szukać „nowej prawdziwej miłości”. Kasia po prostu chce być szczęśliwa i kochana. Jak każdy.

Jest też w końcu wokół nas mnóstwo Bobo Rudisów, Iwo Miserów, Mańków Prudensów czy innych Staszczakowych, Wojtczakowych i Matczakowych. Varga po raz kolejny sportretował naszą małą polską zaściankowość, i chociaż konkluzja nie jest może zbyt optymistyczna – jakże mogłaby być! – dochodzi do niej w zabawny i mocno ironiczny sposób. Cięty, sarkastyczny, anegdotyczny język narratora – mówiąc kolokwialnie – sprawia czytelnikom frajdę, a o frajdę w literaturze przecież chodzi. Po raz kolejny również uczynił bohaterem życiowego nieudacznika, jak miało to miejsce choćby w „Nagrobku z lastryko”. Złośliwcy mogliby powiedzieć, że wtedy bohater popełnił samobójstwo na końcu powieści, teraz ginie już na samym jej początku, w powieściowym świecie autora „Tequili” nie ma więc miejsca na happy end. Czy śmierć jest więc jedyną możliwą drogą wyjścia z paradoksów życia? – szydzi prozaik.

Najnowsza powieść Krzysztofa Vargi nie jest typowym „pamiętnikiem z okresu dojrzewania”, ale jest niezwykle zabawnym (czasem to jednak śmiech przez łzy) spojrzeniem na okres młodości „durnej i chmurnej”. Nic dziwnego, że mottem książki uczynił autor „Gulaszu z turula” słowa św. Augustyna, patrona katolickiej, męskiej szkoły, do której chodzili nasi bohaterowie – „umarła już moja młodość zła, haniebna, i wchodziłem w wiek męski. Im starszy byłem latami, tym się stawałem wstrętniejszy przez dobrowolne przyjmowanie urojeń”. Krystian Apostata wie, że aby przejść do legendy, nie tylko trzeba mieć jakiś znaczący dorobek, ale i umrzeć młodo i zostawić po sobie dobrze wyglądające zwłoki. Choć jemu się to wprawdzie nie udało. „Aleja Niepodległości” jest też jednak przewrotnym... pocieszeniem. Kiedy bowiem przyjdzie moment, w którym już tylko „upijasz się samotnie i walisz konia, gapiąc się na pornosy, a potem idziesz spać, mając nadzieję, że nic ci się nie przyśni”, nie martw się. Wszak koniec świata jest bliski.
Krzysztof Varga: „Aleja Niepodległości”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2010.