ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (151) / 2010

Anna Hazuka, Artur Pałyga,

BUDA CYRKOWA Z DEMONAMI ZAJEŻDŻA PRAWIE PRZED MÓJ DOM

A A A
O spektaklu „Ostatni taki ojciec” z dramaturgiem Arturem Pałygą rozmawia Anna Hazuka
Anna Hazuka: Dlaczego tytuł spektaklu „Ostatni taki ojciec” Sceny Prapremier In Vitro z Lublina różni się od tytułu wydrukowanej w „Dialogu” sztuki, która jest podstawą tego przedstawienia?

Artur Pałyga: Trudno powiedzieć. Nadałem swojemu tekstowi tytuł „Ojcze nasz”. Łukasz Witt-Michałowski (reżyser przedstawienia) go zmienił, uzgadniając to wcześniej ze mną. Wersji tytułu było zresztą wiele. Ostatecznie Łukasz zdecydował się zatytułować swój spektakl - „Ostatni taki ojciec”. I tak już zostało.

A.H.: Ale tekst powstał na specjalne zamówienie Witt-Michałowskiego, prawda?

A.P.: I tak, i nie. Łukasz Witt-Michałowski zamówił u mnie adaptację „Listu do ojca” Kafki, czego nie zrobiłem. Utwór Kafki czytałem, myślałem o nim, ale ostatecznie powstał dramat tylko luźno inspirowany „Listem do ojca”. Tak, że Łukasz zamawiał coś innego, a dostał samodzielny tekst, będący dialogiem z Kafką. Oczywiście w trakcie pisania było to z nim uzgadniane i Łukasz na wszystko się godził.

A.H.: „Ostatni taki ojciec” – i jako dramat i jako spektakl jest dość szeroko dyskutowany. Było i jest o nim głośno. Narosło wokół niego sporo kontrowersji – dlaczego tak się stało, z punktu widzenia autora tekstu?

A.P.: Kontrowersje są dwojakiego rodzaju. Pierwszy zarzut dotyczy tego, że jest to spektakl na modny temat i w związku z tym pojawiło się pytanie, czy teatr może uprawiać publicystykę. Zbiegło się to bowiem w czasie z dyskusją na łamach „Gazety Wyborczej” dotyczącą ojcostwa. Nie traktowałem tych zarzutów poważnie, bo nie wpisuję się w żadną modną społeczną polemikę. Myślę, że jest raczej tak, że wisi coś w powietrzu i wiatr to coś podrzucił zarówno mnie, jak i „Gazecie Wyborczej”. Zresztą nie tylko mnie, bo przecież powstało więcej tekstów na ten temat – chociażby dramat Szymona Bogacza. Druga kontrowersja związana jest z głosem Grzegorza Kondrasiuka (publicysta, krytyk teatralny, teatrolog – przyp. red.), który reprezentuje nieodosobnione stanowisko, że przedstawiona w spektaklu rodzina jest patologiczna, z czym ja się kompletnie nie zgadzam. Tytułowy ojciec nie jest ojcem, który bije czy molestuje. W tamtych czasach to była norma. Teraz oczywiście jest inaczej, bo zmienił się model rodziny i obecnie – nawet jak taki ojciec się pojawia, to mówi się, że jest to margines. Dyskusje wokół tego spektaklu świadczą o jego zadziwiającej sile i ukazują, że jesteśmy na pewnej granicy – uczestniczymy w przejściu, między epoką ojca, która się zamknęła, a jakimś niedookreślonym bliżej czasem (być może czasem tatusiów), który się powoli rodzi. Jesteśmy w pewnym zawieszeniu. I absolutnie nie tęsknię za tamtym modelem ojcostwa, co mi się bardzo często zarzuca. Ja po prostu stwierdzam fakt, że ten model się wyczerpał. Chciałem tylko ukazać świat, który odchodzi.

A.H.: Ale Kondrasiuk mówi, że on takich ojców rodem z „Ojcze nasz” widzi wokół siebie.

A.P.: Tak, ale dziś jest to zjawisko z marginesu społecznego. Zresztą Grzegorz Kondrasiuk ma na myśli pijaków w brudnych podkoszulkach, którzy maltretują swoje dzieci. W moim tekście takiego ojca nie ma. Jest ojciec, który ma w swojej głowie model silnego faceta będącego głową rodziny. Z pewnością też aktorstwo Darka Jeża, który odgrywa rolę ojca w spektaklu Łukasza Witt-Michałowskiego, sprawia, że ta postać wydaje się jeszcze bardziej brutalna niż jest w tekście. Mimo wszystko jest to jednak odchodząca do przeszłości norma.

A.H.: Szymon Bogacz powiedział w jednym z wywiadów, że z rodzicami można się dogadać albo po pijanemu albo po śmierci. Zgadzasz się z tym?

A.P.: Hhm… mocne stwierdzenie i bałbym się tak powiedzieć. Ciekawe jednak, że podczas Kursu Twórczości Scenicznej, który robimy w Bielsku, sporo uczestników tworzy scenki i teksty związane z relacjami z rodzicami, więc na pewno jest to ważny problem. Tym samym to, co Bogacz nazwał tak dosadnie, niesie w sobie zalążek prawdy. Jednak chyba ważniejsze jest to, że ciągle próbujemy się dogadać z drugim człowiekiem. I to nie tylko dotyczy relacji z rodzicami. Z bliskimi jest o tyle trudniej, że więcej czasu ze sobą spędzamy i więcej o sobie wiemy, stąd też łatwiej się porozumieć z kimś obcym - poznanym na czacie. Bardzo dziwne zjawisko. Nie wiem, czy dogadanie się z rodzicami po pijanemu czy po śmierci jest lepszym dogadaniem się. Jest to kwestia wyobraźni i pewnego urojenia. W ogóle pojawia się otwarte pytanie czy można się idealnie porozumieć z drugim człowiekiem. I nikt chyba z piszących o „Ostatnim takim ojcu” tego nie dostrzegł – że jest to sztuka o potwornej niemożności porozumienia się. Ojciec i syn próbują nieustannie jakąś nić porozumienia znaleźć, bardzo kalekiego, ale jednak porozumienia. Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy jest możliwe większe porozumienie niż to, które oni osiągają w ich sytuacji.

A.H.: A jak wyglądała współpraca z reżyserem? Jaki jest Łukasz Witt-Michałowski?

A.P.: Osobiście bardzo sobie cenię Łukasza i jest to ważna postać w moim twórczym życiu. Pracowaliśmy już wcześniej razem i wiem, że z jednej strony Łukasz jako reżyser jest niezwykle silny, a z drugiej bardzo uważny. Mam wrażenie, że do mojego tekstu podszedł z ogromnym szacunkiem. To nie było tak, że wziął tekst i przerobił go według własnej wizji. Wczytał się w ten tekst, a jednocześnie sprawił, że spektakl jest bardzo przesiąknięty jego teatrem. Taki jest Łukasz - uważnie się wsłuchuje i wyciąga z tego to, co najlepsze. I ma w sobie ogromną pasję, co w połączeniu z warsztatowymi umiejętnościami jest prawdziwym majstersztykiem.

A.H.: A jakie emocje towarzyszyły udziałowi spektaklu w katowickich Interpretacjach? „Ostatni taki ojciec” zdobył już uznanie i wygrał najważniejszy chyba konkurs – XV Ogólnopolski Konkurs Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na Wystawienie Sztuki Współczesnej.

A.P.: Trudno nazwać te emocje.

A.H.: Odcinanie kuponów od i tak już uznanego spektaklu?

A.P.: Nie, absolutnie nie. Kiedy zobaczyłem próbę generalną „Ostatniego takiego ojca”, to się przeraziłem. Wróciły demony i obawy sprzed lat. Teraz zatem, kiedy spektakl jest po raz pierwszy tak blisko Bielska, mam wrażenie, że buda cyrkowa z demonami zajeżdża prawie przed mój dom. Jest to zatem z jednej strony źródło niepokojów, ale z drugiej wiąże się to też z radością. Tym bardziej, że spektakle do tego festiwalu były wybierane przez Jacka Sieradzkiego i Łukasza Drewniaka – ludzi, których bardzo cenię. Więc udział w festiwalu jest na pewno wyróżnieniem.

A.H.: A wiadomość o udziale w festiwalu nie była zaskoczeniem?

A.P.: Przyjąłem tę wiadomość dość spokojnie. Byłem wtedy w trakcie intensywnej pracy nad „Otellem” i równocześnie toczyły się rozmowy nad adaptacją „Margot” Witkowskiego dla Kompanii Teatr. Tak, że informację o tym, że „Ostatni taki ojciec” jedzie na Interpretacje przyjąłem w biegu, ale bardzo pozytywnie. Tylko wieczorem musiałem zająć się już czymś zupełnie innym. Dużo się ostatnio dzieje w moim życiu.

A.H.: Dziękuję za rozmowę.