ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 maja 10 (154) / 2010

Mariusz Sieniewicz,

NASZ CI ON JEST! NASZ!

A A A
Ten tekst powstał przed tragedią smoleńską. Autor postanowił jednak nie skrapiać go łzami narodowej żałoby ani nie majstrować w nim, jak nakazywałby kontekst politycznej poprawności i martyrologiczna powaga.
A mogło być tak pięknie!… Przez chwilę wierzyłem, że kobieta i mężczyzna są pustymi nazwami ze starego słownika, a argument męskich porciąt odszedł do lamusa. Dałem się nabrać, że – wraz z wiosny nadejściem, z bocianim klekotem, z feerią trzaskających pąków i szaleństwem zieleni – stare światy niczym zrudziała zima odchodzą w zapomnienie, dając miejsce niepojętym, szekspirowskim dziwom, o których się nie śniło filozofom i politykom. Otóż, jeszcze na przednówku partia z koniczynką na sztandarach ogłosiła, że jej prezydenckim kandydatem zostanie kobieta! To się rymowało z nadchodzącą wiosną: wiosna to przecież płodność, cykliczność narodzin, spiralność świergolącej pory roku, więc w sensie piarowskim kobieta była strzałem w dziesiątkę.

W świecie politycznym wybuchło ogólne poruszenie. Kim może być tajemnicza kobieta? Jaka Iksińska, jaka Ygrekowska? Czy ona z Wenus, czy z naszego Marsa? Polityczna hetera, Amazonka, Mickiewiczowska Grażyna czy też posłuszna partii i sprowadzona do mebla Iwona, księżniczka Burgunda, którą będzie można palcem przestawiać z kąta w kąt? Na giełdzie plotek co rusz pojawiały się nowe kandydatki. (Choć bez przesady, z kobiecych nazwisk w polityce nie ułoży się książki telefonicznej.) Tak, czy siak – świat polityczny znów nie był przygotowany na elektryzującą wiadomość – podobnie jak Gogolowscy bohaterowie na przyjazd rewizora. Aż wreszcie ogłoszono: kandydatką będzie… Waldemar Pawlak.

Uff… świat polityczny odetchnął z ulgą. A kysz, maro nieczysta! I nuże zapewniać się jeden przez drugiego, że kto, jak kto, ale Waldemar jest na szczęście mężczyzną. Niejeden stawiał cały swój majątek, zaklinał się na zdrowie swoich dzieci i wszystkie świętości, że wie, o czym mówi, jakby empirycznie i wielokrotnie sprawdził, co kryją w sobie powierzchowność i spodnie Waldemara-mężczyzny. Cała klasa parlamentarno-rządząca wykonała solidarny gest, będący skrzyżowaniem Rejtana i Danusi z „Krzyżaków”: nie damy Waldemara, nasz ci on, z naszej bajki fallicznej, to sól ziemi testosterońskiej, a wcześniejsze doniesienia były mało śmiesznym dowcipem. I tak się wszyscy zapędzili w nadgorliwej apoteozie męskości, że im bardziej gloryfikowali faceckość niedoszłej kandydatki, tym bardziej dowodzili, że bycie Waldemarem-kobietą to de facto hańba, a przynajmniej nic, o czym można by się chwalić na głos w przestrzeni publicznej.

Ja jednak chciałbym na chwilę popuścić wodze genderowej fantazji. Cóż byłoby złego w tym, gdyby Waldemar-mężczyzna okazał się przynajmniej po części Waldemarem-kobietą? Gdyby męskość i żeńskość dogadały się w tym ciele śmiertelnym i cokolwiek otumanionym kulturą bicepsa. Nie chodzi mi tutaj o konkretnego człowieka, nie chcę też wywoływać kolejnej „wojny na górze”. Chodzi mi głównie o mechanizm niemożliwego na razie coming out-u, czyli odważnego wyznania: tak, moi druhowie, moja kompanijo od bitki i szklanki, żyłem pośród was, lulki paliłem, na kobitki chodziłem, lecz w gruncie rzeczy moja istotność jest maciczna, pospołu z genetycznym maczyzmem. Podobnie w świecie kobiecym, chciałbym usłyszeć szczere wołanie: psiapsiuły drogie, zamiast być laską, wolałabym w głowie zawracać laskom, zamiast tłuczenia garnków, wolałabym tłuc gęby w knajpie, albo jeszcze lepiej – wszcząć wojenną burdę w Iraku. Czy takie konfesje nie przybliżyłyby nas to greckiego nakazu: nosce te ipsum?

Specyfika dzisiejszych coming out-ów utrzymuje – chcąc nie chcąc – spolaryzowany obraz świata, w którym płeć i płciowa orientacja krążą wokół przykazań o twardych tożsamościach. Tym samym wciąż panuje ogromny rygor w człowieczych osobowościach. Jeśli heteryk – to od stóp do głowy. Homoseksualista? Wyłącznie z całym, najlepiej przegiętym sztafażem zachowań. Kobieta – w stu procentach swej wewnętrznej i zewnętrznej piersiowatości. A jeśli mężczyzna – to tylko w roli Adama, Achilla i Casanovy. Przejścia z jednego obozu do drugiego są traumatyczną transgresją, okupioną cierpieniem, o czym świadczy przypadek Marii Komornickiej vel Własta. Aby coś zyskać, trzeba coś stracić, należy dookreślać się jasno i precyzyjnie, o niuansach i nieoczywistościach nie może być mowy. Ujmując to jeszcze inaczej: co ma zrobić człowiek, który – nie chcąc zabijać w sobie mężczyzny – pragnie oddać głos zakneblowanej w nim kobiecie? Myślę, że w tym kontekście można mówić o mentalnych aborcjach i mordach, których dokonujemy w ramach przymusu jednoznaczności. A już Cioran pisał, że wolność to prawo do różnicy. Aby być całkowicie wolnym, powinienem mieć prawo do różnic również w obrębie własnej tożsamości. Jeśli w piątek jestem mężczyzną, nic nie stoi na przeszkodzie, aby w niedzielę, albo następnym tygodniu poszaleć mentalnie jako kobieta i na tej zasadzie budować relacje partnerskie z drugim człowiekiem. Ileż krzywd, ileż nieporozumień i udręk byłoby oszczędzonych światu i ludziom w moim otoczeniu! A moje „przybytki męskości” przestałyby być twierdzą o kształtach więzienia.

Na razie jest tak, że odnawiamy foucaultowskie panoptykony i budujemy nowe, tym samym podtrzymując starą opowieść – ową „his-story”. Reakcja świata polityki na kandydatkę, która potencjalnie mogła być Waldemarą, pokazuje, że „his-story” skutkuje „his-sterycznymi” reakcjami.

Ja jednak wciąż marzę o wiosennej utopii, której na imię: mentalny biseksualizm. To projekt pod wieloma względami doniosły: jeśli przysłowiowy Kowalski odkryje w sobie przysłowiową Kowalską, to raczej nie podniesie ręki na żonę i nie zbeszta sąsiadki. Gdy przysłowiowa Kowalska przejrzy się w lustrze swojego męskiego alter ego, to nie będzie mu stawiać wymagań ponad jego siły, ani nakazywać się puszyć niczym cokolwiek już wyskubany indor. Niech to wybrzmi wyraźniej: biseksualizm jest przyszłością połowicznych określeń „ona” i „on”.