Wydanie bieżące

1 listopada 21 (165) / 2010

Mariusz Sieniewicz,

STAN KRYTYCZNY (2)

A A A
1. Czy uprawianie krytyki literackiej jest jeszcze atrakcyjne (dla absolwentki/absolwenta polonistyki)?

To pytanie można porównać do śmiercionośnej strzały, która mknie prosto w piętę Achillesa… Chciałoby się przytaknąć, że uprawianie krytyki literackiej jest sexy. Chciałoby się wyszeptać w ciut makiawelicznym tonie, że jeśli fakty mówią co innego, tym gorzej dla faktów, bo życie literackie to nie fakty, to akty performatywne.

Za moich czasów – że zabrzmię geriatrycznie – polonistyka była królową humanistyki, do której lgnęły umysły rzutkie i wierzące, że wchodzą w szeregi prawdziwej elity. Niestety, królową zdetronizowały socjologia i stosunki międzynarodowe, public relations i psychologia, która literaturze tak wiele zawdzięcza (niewdzięczna!). Tam podążają najbardziej giętkie umysły. Jeszcze dwadzieścia lat temu kochałyby się w Gombrowiczu, Miłoszu, Cortazarze, lecz dzisiaj polonistyka jest w ich pojęciu anomalią, dziwactwem, marnotrawieniem czasu, które nie przyniesie ani prestiżu, ani profitów w żadnym znaczeniu.

Natura (zwłaszcza komisji rekrutacyjnych na studia) nie znosi próżni. W miejsce studentów dawnego sznytu, pojawiają się żacy, których dzielę na dwie kategorie. Pierwsza to… kosmici – niezgłębione, rozchwiane umysły. Mają już kilka powieści w szufladzie, ich lekturowe ścieżki są mało przewidywalne. Pół wieku temu byliby egzystencjalistami albo uczniami Pereca. Dla nich krytyka literacka jest atrakcyjna – daje możliwość wyżycia się w interpretacjach na temat książki, ergo całego świata. Maksymalizm i kategoryczność ocen są czymś naturalnym. Cudownie, że w ogóle są jeszcze takie istoty – neurasteniczne emo literackie. Jednak oddać losy literatury polskiej w ich ręce?… Aż strach pomyśleć, co by się stało z dziedzictwem Krzyżanowskiego, Błońskiego i innych. Podejrzewam, że polonistycznym kosmitom, skoro nie dla nich szybkie kariery i kasa, daleko do równowagi psychicznej.

Patronem drugiej kategorii studentów jest Obłomow – główny bohater powieści Gonczarowa. Nihilizm mylą z lenistwem, a z przypadkowości wyboru polonistyki czynią tarczę ochronną. Takim chce się niewiele, a interpretacje, recenzje, eseje, zamieniliby chętnie na sztukę esemesów. Krytykę literacką kojarzą z dziennikarstwem, najlepiej w wysokonakładowej prasie i są gorącymi orędownikami zamiany pisma na system gwiazdek.

Summa sumarrum: czasy się zmieniają i krytyka literacka jest atrakcyjna wyłącznie dla absolwenta-kosmity. Co, idąc prostą ścieżką logiki, udowadnia, że – w wyniku nieodwracalnych zmian w paradygmacie kultury – polską literaturę piszą i interpretują istoty spoza Nowego Wspaniałego Świata.


2. Kto jest kim we współczesnej krytyce, a kto może stać się „kimś”?


Pisarz, gdy wypowiada się głośno o krytykach, jest często hipokrytą lub samobójcą (a już na pewno strzela sobie w stopę). Bo i pisarze mają coś z inżyniera Mamonia: lubią to, co znają, i co uwzględnia doniosłość ich książek. Oto więc moja lista pop, moje who is who krytyki, którą spotkałem na swojej literackiej drodze:


Magdalena Boczkowska – jedna z tych, co rzuciła wiersz śląsko-dąbrowski na głębokie wody poezji polskiej.

Sławomir Buryła – odnoszę wrażenie, że kategorie groteski i gry literackiej w jego interpretacjach rozstrzygają o wartości najnowszej prozy.

Marta Cuber – trochę narowiste pióro, które dowodzi, że jakaś konkretna szkoła krytyczna jej nie uchodzi.

Przemysław Czapliński – kodyfikator, co najpierw obwieścił koniec, a później powrót Centrali i opisał Innego naszego powszedniego.

Jarosław Czechowicz – trochę z boku, ale bardzo rzetelny i konsekwentny tropiciel nowości.

Bernadetta Darska – pewnie najbardziej oczytana krytyczka; w prozie tępi stereotypy kobiece i falliczne przejawy maczyzmu.

Kinga Dunin – morderczyni hermeneutyki; jej „Czytając Polskę” było koniem trojańskim, z którego wyskoczyli barbarzyńcy z „Krytyki Politycznej”.

Paweł Dunin-Wąsowicz – krytyk-komparatysta i krytyk-szperacz; w pewnym sensie partyzant niszy w mainstreamie.

Grzegorz Jankowicz – polski krytyk amerykański; wydaje mi się, że czyta literaturę przez pryzmat Firbanka i Agambena.

Maria Jentys – klasyczna szkoła analizy o hermeneutycznych podstawach, gdzie tekst źródłowy jest podstawą, a nie narratywistyczne ciągoty krytyka.

Anna Kałuża – mam nie bezpodstawne podejrzenie, że woli poezję od prozy, zwłaszcza poezję lingwistyczną, skonfrontowaną z kulturą masową.

Jarosław Klejnocki – ostoja literatury wysokiej, jeśli nie znajdzie duchowego związku między tekstem autora a własną wrażliwością, już po autorze.

Juliusz Kurkiewicz – prowadzi rokujący „dwutygodnik”; duży plus za portret Roberta Walsera.

Karol Maliszewski – niezmordowany akuszer młodej poezji, jeśli on przestanie wierzyć w poezję, poezja upadnie ostatecznie.

Anna Marchewka – tropi w książkach grę z marginesami rzeczywistości, znajduje liszaje odmienności pod poszewką świata.

Krzysztof Masłoń – Rejtan „prawdziwej literatury”; krytyk ma wstręt do wszelkich form angażującej się prozy, o czym wiem z autopsji.

Tomasz Mizerkiewicz – szacun za stoczenie boju z Czaplińskim o „Polskę do wymiany”, i to nie było „nic śmiesznego”.

Marta Mizuro – jedna z pierwszych, co dokłada wielu starań, żeby czytać polską literaturę najnowszą na równi z jej siostrą zachodnią.

Anna Nasiłowska – narracja i fabuła są dla niej jak kostki domina, gdy któreś leci, o drugim nie ma co wspominać.

Agnieszka Nęcka – uwielbia tym bardziej skomplikowane konstrukcje tekstu, im bardziej niepozorna jego powierzchnia.

Dariusz Nowacki – z zawodu: czytelnik, druh najwierniejszy literatury najnowszej, który z miłości do niej staje się niechcący jej srogim sędzią.

Robert Ostaszewski – onegdaj promotor Północy, mając dość siedzenia na barykadzie między krytyką a prozą wysokoartystyczną, wybrał kryminały.

Cezary Polak – marnuje zmysł krytyczny, wchodząc w buty dziennikarskiego recenzenta.

Maciej Robert – bezpretensjonalna wiwisekcja fabuły; przyjmuje ujmującą strategię: wsłuchać się oczami w książkę.

Wojciech Rusinek – „artPapierowiec”; ostrożny wobec krytyki zaangażowanej jako rugującej przestrzeń duchową z refleksji o kulturze.

Justyna Sobolewska – jeśli poezja, to w stylu Sommera i Zadury, a powieść bliżej literatury środka.

Andrzej Skrendo – chyba jednak o silnych skłonnościach modernistycznych, w wielu wypadkach – strukturalista.

Igor Stokfiszewski – zwrotniczy polityczny; młodszy brat Ranciere’a, dla poezji znalazł narrację rodem z Millera i Brechta.

Kazimiera Szczuka – młot na zakochanych w Hłasce i Grocholi, bo parafrazując Szekspira, wszystko to „gender, gender, gender”.

Eliza Szybowicz – wielka nadzieja krytycznoliterackiej agory, chłoszcze kamuflowane estetyzmem pogardy społeczne.

Piotr Śliwiński – piewca mowy poetyckiej jako intymnego języka, w którym wyraża się to, co graniczne, ekstremalne, konieczne do podjęcia.

Maciej Topolski – krytyk-towarzyszący, choć chyba nie jednej, określonej formacji; czytuję go na „niedoczytania”.

Krzysztof Uniłowski – oczywiście z łatką postmodernisty, żałujący, że prozie współczesnej brakuje awangardowej odwagi i konceptualnego rozmachu.

Michał Paweł Urbaniak – wzburzona krew krytycznoliteracka ze Śląska, dlatego trudno zgadnąć, którą drogą interpretacji podąży.

Błażej Warkocki – tekst jest dla niego odbiciem ciała, zmagającego się z opresyjnością heteronormatywnej kultury.

Agnieszka Wolny-Hamkało – pióro optymistyczne, na mój gust bardziej poetka niż krytyk literacki.

Magdalena Wołowicz – poznałem całkiem niedawno przy recenzji „Słoni”; okazuje się, że egzystencjalizm francuski, camusowski wciąż daje dużo kluczy.

Grzegorz Wysocki – kolejny bohater w futurologii krytyki literackiej, interpretuje obrazy literackie niczym dopełniające się zbiory.

Marek Zaleski – pisarz napoci się, namęczy, a ten udowodni, że to, co tamten napisał jest emanacją lub maską – czegoś odmiennego.


Teraz mogę być rozstrzelany, zarówno przez tych zaszufladkowanych powyżej, jak i przeze mnie zapomnianych.


3. W jaki sposób krytyka czyta literaturę, kiedy czyta zajmująco?


Najbardziej doceniam w krytycznoliterackiej pracy trzy rzeczy. Po pierwsze: momenty przejścia, miejsca graniczne, gdy po opisie, po naszkicowaniu głównych tematów i ruchów języka w tekście, autor rzuca treść książki na szersze tło, traktując literaturę jako jeden z komponentów pozasłownej rzeczywistości. Tu, w tym momencie krytyk działa na styku estetyki i „prawdziwego” życia, sytuuje się wewnątrz i na zewnątrz świata symbolicznego, i ta „mobilność” stanowi dla autora z jednej strony, a dla czytelnika z drugiej – wielkie wsparcie w szyfrowaniu lub deszyfrowaniu znaczeń. Bo literatura jest zawsze „po coś”, „dla kogoś”, buduje sens „transcendentny”, nigdy jednak dla samej siebie, czy dla zadowolonego – mniej lub bardziej – ego autora. Oczywiście, takie podejście może zapraszać, a czasem wręcz wymuszać „użycie” książki jako – koniec końców – wtórnej ilustracji istniejącego już zjawiska, tematu. To niebezpieczny moment, jednak pozwala przekonać się, czy zarówno literatura, jak i towarzysząca jej krytyka mogą powiedzieć coś o rzeczywistości, czy mogą tworzyć alternatywny wobec innych dyskursów głos.

Po drugie: krytyka jest dla mnie zajmująca, gdy nie tylko szuka pomysłu na książkę, ale też – może nawet i w pierwszym rzędzie – gdy znajduje pomysł na siebie wobec konkretnego utworu. Bo kto powiedział, że jeden pomysł na literaturę obowiązuje z książki na książkę? Na ile więc, krytyku, możesz się posunąć, na ile możesz zawiesić swoje lekturowe doświadczenie, albo też na ile potrafisz się przyznać, że parę razy zadrżała ci ręka? Wyczuwalne między wierszami drżenie ręki krytyka, gdy czytam jakąś recenzję, jest dla mnie oszałamiające! To zakłada pewną elastyczność, a nawet chwile zdrady ulubionych czy manierycznych metod czytania. Nie łudźmy się, i w środowisku pisarzy, i w środowisku krytyków istnieją „czarne listy” nazwisk, po których wzajemnie nie można się spodziewać niczego dobrego. W takim układzie pisarz x i krytyk y od dawna nie są dla siebie zajmujący, nie są siebie ciekawi, co więcej – mogą dla siebie nie istnieć. I tak pojawia się ściana.

Po trzecie: nie wiem, jak to do końca nazwać, a nie chciałbym wpaść w naiwność, jednak krytyka ujawnia swój urzekający rys, gdy towarzyszy jej minimalny stopień emocji czy żarliwości. Wiem, wiem, często dzieła pisarzy, zwłaszcza prozy najnowszej, skutecznie leczą krytyków z tego rodzaju podejścia. Ujmuje mnie ta forma gry, gdy krytyk zawierza swojej rozprawie z książką, jako najważniejszej przez chwilę, przez moment, rozgrywce o losy… a co tam, niech będzie – świata! Bo przecież z nawet słabiutką książką można wyruszać na jego podbój. Dlatego intrygują mnie krytycy, którzy mają coś z komentatorów meczów polskiej reprezentacji w piłce nożnej. Chcieliby komentować finał mistrzostw świata Polska-Brazylia, a muszą z wypiekami na twarzy śledzić katusze z San Marino. Ale podniecać się genialnym pisarzem to takie proste, to każdy potrafi, ale odnaleźć emocje, sens, piękno, tam gdzie inni go nie szukają, jest domeną zajmującej krytyki, jej codziennego znoju. Powtórzę frazę z pierwszego odpowiedzi: nie ma faktów literackich, są performatywne akty literackie (estetyczne). Krytyka wycisza je lub wzmaga.