ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (166) / 2010

Magda Jeziorek,

„MYŚLĘ, ŻE MĘŻCZYŹNI SĄ WSPANIALI!”

A A A
Katharine Hepburn stała się ikoną silnej kobiecości, symbolem starego dobrego Hollywood, może nawet przystępną twarzą amerykańskiego feminizmu. „Filadelfijska opowieść” z 1940 roku, aczkolwiek zabawna, odbiera kreowanej przez nią głównej bohaterce większość uroku na kwadrans przed zakończeniem historii.

Jak Groucho, jak Allen, jak Wilde

„Filadelfijska opowieść” jest adaptacją sztuki Philipa Barry’ego. Na ekran przeniósł ją George Cukor, obsadzając w głównych rolach Katharine Hepburn, Cary’ego Granta i Jamesa Stewarta. Razem tworzą oni unikalny miłosny trójkąt. Tracy Lord – inteligentna, nieugięta, złośliwa, szczera, sarkastyczna przedstawicielka majętnych WASPów – wyrzuca z domu swojego świeżo poślubionego męża, C.K. Dextera Heavena. Drugi ślub – wydarzenie znaczące towarzysko – staje się gorącym, choć niechętnie podjętym, tematem dla dwóch reporterów, którzy wprowadzają się do domu Lordów jako przyjaciele przyjaciela rodziny. Maskarada związana z szantażem ze strony gazety w połączeniu z błyskotliwymi dialogami tworzą naprawdę dobrą komedię z wątkiem ślubnym – reprezentację popularnego w owym czasie gatunku. Dominacja dialogu nad resztą środków wyrazu to dowód na teatralne pochodzenie historii. Wszystkie kwestie wypowiadane przez bohaterów przypominają nam, że kiedyś widzowie byli w stanie nadążyć za rozwojem akcji bez natrętnych, płynących z ekranu powtórzeń i frazesów, że kiedyś liczyło się słowo, erudycja i finezja. W filmie Cukora znajdziemy dbałość o szczegół, o każde ostrożnie wypowiadane zdanie, o kunsztownie ukryte w tekście przekleństwa, takie jak class my eye – owoce kreatywności, które dziś niestety nikomu nie są potrzebne.

„Jesteś posągiem, boginią, królową”

„Filadelfijska opowieść” bywa często wymieniana pośród sztandarowych ról Hepburn. Tymczasem film mężczyznami stoi. Mimo iż na początku to wokół Tracy zawiązują się wszystkie wątki, na samym końcu bohaterka zostaje zredukowana do milutkiej, rozsiewającej wszem i wobec miłość wielbicielki koronek. Macaulay Connor mówi w czasie spaceru wyjątkowo protekcjonalnie: „Wiesz, co się dzieje, kiedy dziewczyny takie jak ty czytają książki takie jak moja? Zaczynają myśleć. To nigdy nie wychodzi im na dobre”. W dodatku Kittredge, za którego Tracy wychodzi za mąż, chce zbudować dla niej wieżę z kości słoniowej, a były mąż nadal jest jej życiowym przewodnikiem. Problem w tym, że bohaterka Hepburn, cudowna aż do zakończenia, zmienia się w potulną owieczkę, mdłą, szczęśliwą, „tak pełną miłości”. Wcześniej była interesująca – mówiła szczerze, co myśli, flirtowała, była dumna, ale i o wiele bardziej ludzka. Kończy jednak jako słodka, różowa maskotka oblana syropem klonowym. Amerykańska idealna heroina, której przeznaczenie dokonuje się zawsze przy ołtarzu albo w kuchni, choćby w tak prześmiewczy sposób jak w „Kobiecie roku”.

Dlaczego uważamy Hepburn za feministyczną bohaterkę? Tracy Lord obrywa i dostosowuje się. Jej ojciec twierdzi, że kobieta powinna okazywać głównie „pełne zrozumienia serce” i „bezwarunkowe uczucie”. Dexter wmawia jej, że ze strony kobiety mężczyzna powinien otrzymywać zrozumienie i pomoc, Boże broń wymagania. Wieczór, w którego trakcie Tracy wstawia się przedślubnym szampanem, doprowadza ją do załamania i wyrzutów sumienia. Cechy akceptowalne w przypadku postaci męskich nie mogą być zaakceptowane u postaci kobiecej. Tracy nadal jest obiektem, twierdzą, przedmiotem podziwu, wokół którego działają mężczyźni. Hepburn wspomniała kiedyś, że według Cukora dobra sztuka powinna przypominać Układ Słoneczny, w którym wszystkie planety cały czas krążą po swoich orbitach. Postać Hepburn w pewnym momencie staje się centrum, gwiazdą, a co za tym idzie – nieruchomieje.

„K: – Mężczyzna oczekuje od żony, żeby potrafiła się…
T: – Zachować. Naturalnie.
D: – Żeby potrafiła się zachować naturalnie. Przepraszam.


Ścieranie się osobowości przedstawionych w tym filmie jest jednak rozkoszą dla oka i ucha. Cary Grant bawi się każdą minutą, Stewart jest cyniczny jak nigdy wcześniej, a Katharine Hepburn lśni jak zawsze. Reżyserskim majstersztykiem jest to, że do samego końca nie wiemy, kogo poślubi Tracy. Wszystkie wybory wydają się równie prawdopodobne, lubimy wszystkich trzech kandydatów. Dexter to ujmujący playboy, zaradny, wysoko urodzony, ze skłonnością do nadmiernej zabawy. Connor to cynik, z zaskakującą dozą poetyckiej głębi pod powierzchnią niezadowolonego reportera. George to stonowany odpowiednik Wokulskiego, godny zaufania i moralny. Wszystkie trzy role są znakomite. Hepburn jest najwyraźniej pewnego rodzaju siłą sprawczą, wyzwalającą w nich to, co najlepsze. Jak twierdzi Andrew Scott Berg: „Cary Grant nigdy nie był taki żwawy i interesujący jak wtedy, kiedy grał z Katharine Hepburn w «Wakacjach», «Drapieżnym maleństwie» i «Filadelfijskiej opowieści». Spencer Tracy nigdy nie miał tyle ikry i nie był taki przystojny jak wtedy, kiedy starał się jej dorównać w «Tess Harding», «Żebrze Adama» i «Pat i Mike’u». Jimmy Stewart nigdy nie był taki krzepki i zuchwały jak w «Filadelfijskiej opowieści», swojej jedynej roli, za którą dostał Oscara. Henry Fonda nigdy nie wydawał się taki drażliwy jak w «Nad Złotym Stawem», również w swojej jedynej oscarowej roli. I wreszcie Humphrey Bogart nigdy nie okazał się tak dzielny, jak wtedy, kiedy jako Charlie Allnut, partnerując Katharine Hepbnurn grającej Rosie Sayer, zdobył swojego jedynego Oscara”. Nie sposób się nie zgodzić. Ci wspaniali mężczyźni w ich sławnych rolach. „Problem w tym” – zwierzała się swojemu biografowi Hepburn – „że ci oldboje… tacy jak Gable, Cooper, Jimmy, Bogie i Spence… że oni doskonale wyglądali na koniu i tak samo dobrze w stroju wieczorowym. A pokaż mi dzisiaj takiego, co to potrafi!”.

Hollywoodzkie opowiastki

Początek „Filadelfijskiej opowieści” stał się legendą. Głównie ze względu na postać Katharine Hepburn, którą Cary Grant dosłownie zwala z nóg. Tracy wyrzuca Dextera z domu, łamiąc przy tym jego kije golfowe, na co Dexter reaguje, popychając ją prosto na podłogę werandy. Sama Hepburn zasugerowała reżyserowi brak wielkiego entrée: „– Kinomani nie widzieli mnie na ekranie przez rok i wyraźnie dali do zrozumienia, że jestem dla nich zbyt pretensjonalna czy coś w tym sensie. Wielu z nich chętnie by zobaczyło, jak dosłownie upadam na twarz. – Albo na tyłek – poprawił ją Cukor”.

Taki początek nawiązywał do zakończenia poprzedniego filmu Hepburn – „Wakacji” – w którym uciekała z Carym Grantem. Miał zadowolić wszystkich – fanów i tych, którzy Hepburn nie lubili. „W pewnym sensie początek tego filmu pokazał, że ucieczka ze mną mogła być czymś przyjemnym i podniecającym, choć życie ze mną nie było świętem. Życie naśladujące sztukę!” – skomentowała aktorka.

Niektóre dzieła klasycznego kina nie tracą na wartości nawet po 70 latach od swojej premiery. Owszem, wyrośliśmy już z pseudofeminizmu, nie musimy dbać o czystość języka, nauki genderowe pozwalają budować coraz to ciekawsze postaci filmowe, które nie wpisują się w sztampy charakterystyczne dla początków XX wieku, żyjemy inaczej, szybciej, płycej. Ale komedia Cukora nadal śmieszy, nadal umila nam czas. To chyba największy komplement, na jaki zasłużyć może sobie twórca filmowy.

Literatura:
Andrew Scott Berg: Kate jaką pamiętam. Przeł. Z. Uhrynowska-Hanasz. Świat książki. Warszawa 2005.
„Filadelfijska opowieść” („The Philadelphia Story”). Reż.: George Cukor. Scen.: Donald Ogden Stewart, Waldo Salt (na podstawie sztuki Philipa Barry’ego). Obsada: Katharine Hepburn, Cary Grant, James Stewart, Ruth Hussey i in. Gatunek: komedia, Produkcja: USA 1940, 112 min.