ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (168) / 2010

Mariusz Sieniewicz,

LITERATURA UNII SIĘ CHWYTA

A A A
Felieton
Dzwoni do mnie młody pisarz, a jednocześnie bliski znajomy i – jak to z młodością bywa, podminowaną szczerością – wali bez ogródek: „Jest projekt. Jest kasa. Trzy spotkania w trzech miejscowościach. Jednego dnia wszystko. O mojej książce. Poprowadziłbyś?”. Kręcę nosem na tyle ekspresywnie, że pewnie to nawet słychać w słuchawce. Że już dawno wymiksowałem się z ról moderatora, krytyka, prowadzącego i konferansjera literackiego. Że zima i mróz nie odpuszcza. Że śniegi i zaspy, a z tego, co się orientuję, z trzech miejscowości tylko jedną można znaleźć na mapie. Młodość ma jednak to do siebie, że oprócz szczerości, jest też uparta. Poddaję się w końcu, już plując sobie w brodę i czując nie bez postaw, że moje plucie ma coś kasandrycznego.

Wyznaczonego dnia, o wyznaczonej godzinie docieramy z autorką projektu do pierwszej miejscowości, której kondycja w pełni usprawiedliwia brak punktu na mapie. Miejsce zdarzenia – filia biblioteki gminnej w lichym budyneczku, pamiętającym pewnie czasy socliterackich odczytów. W środku cisza, jeśli nie liczyć trzaskającego drewna w kozie. Jesteśmy punktualnie, a sala pusta. Nierozstawione krzesełka są niemymi świadkami gorszącej absencji miłośników literatury. Przynajmniej ciepło, pocieszam się w duchu i w tej chwili nie zamieniłbym za żadne skarby świata roli prowadzącego na rolę bohatera spotkania. Autorka projektu chrząka przepraszająco, co wywołuje nieoczekiwanie z bocznych drzwi kobiecą postać i małe pacholęta. Dzieciaki zaczynają ganiać po sali, lekko zakatarzone i zasmarkane. W smętnym świetle żarówki dostrzegam czerwone rumieńce na ich twarzach i po raz kolejny przyznaję słuszność naturalistycznym skłonnościom pozytywistów, że takie dzieci robią wrażenie równe obrazkom z Trzeciego Świata, że „Nasza szkapa” i „Janko Muzykant” rulez nawet w XXI wieku. Kobieta zdaje się nas nie zauważać, dokłada drewna do kozy i dopiero słowa autorki projektu wytrącają ją z autystycznego kokonu. Autorka domaga się wyjaśnień: gdzie publiczność, gdzie słuchacze, gdzie ludzie, którym leży na sercu świat książek? Kobieta wzrusza ramionami: „A skąd ja mam wiedzieć? – strzela w naszą stronę retorycznym pytaniem niczym z armaty. – Kryśka miała załatwić, a rozwiesiła ledwie dwa plakaty, przy kościele i w sklepie”. O wspomnianej „Kryśce” słuch wszelki zaginął. Autorka projektu kategorycznie domaga się bardziej przekonywujących wyjaśnień i daje kwadrans, by sala wypełniła się publicznością. Żąda również obecności sołtysowej. Kłótnia, której stajemy się mimowolnymi świadkami, jest na tyle gorsząca, że postanawiam wyciągnąć bohatera na fajkę. Mało mu nerwów? A i ja żałuję poczynionych przygotowań. Chciałem wspomnieć o recenzjach książki bohatera w „Lampie”, w „Twórczości”, pragnąłem erudycyjnie poszarżować i umieścić powieść na tle literatury między Masłowską, Odiją i Kuczokiem.

Wychodząc, kątem oka spostrzegam, że kobieta – można ją nazwać lokalnym kaowcem – gdzieś dzwoni: „Kaśka, pisarz przyjechał z Olsztyna. Przyjdziesz? Przyjdź. No jak, kiedy?… Teraz, bo mi tu suszą głowę! Możesz wziąć dzieci”.

Minął kwadrans, choć cała nasza trójka udawała, że zegarek każdego z osobna się spieszy. Jednak ani „Kaśce”, ani publiczności nie było spieszno. Unosząc się trochę honorem, ale przede wszystkim poczuciem widocznej gołym okiem granicy między bezsensem a sensem, skierowaliśmy się do auta. Wtem pojawiła się sołtysowa. W przeciwieństwie do kaowczyni, przyjęła totalnie odmienną taktykę. Przytakiwała wszystkim zarzutom autorki projektu i uśmiechała się dobrodusznie. „No, tak, tak. Ludzie nie przyszli. No, tak, tu ludzie, proszę pani, nie interesują się literaturą. A pana pisarza przepraszam i zapraszam innym razem. No to z Bogiem, szerokiej drogi!”.

I tak zrealizowaliśmy punkt pierwszy projektu.

Później było już tylko lepiej. Na drugim spotkaniu frekwencja wzrosła o siedemset procent. Na trzecim, zamykającym projekt, o osiemset, co z jednej strony pozwalało nam zachować elitarny charakter projektu, z drugiej – zarejestrować skokową tendencję wzrostową. Wykorzystałem wszystkie przygotowane pytania, autor odpowiadał lekko i ze swadą. Jeszcze tylko jego wpis do pamiątkowej księgi i byliśmy blisko słowa: sukces.

Ech… „projekt”. A dokładniej: „unijny projekt” to hasło magiczne, to zaklęcie, to konfitury w czasach, gdy nieraz autor prozy ambitnej musi przełykać słoną łzę niskiego nakładu i zwrotów. To źródło wielu urzędniczych awansów i spektakularnych karier. Ono reperuje dziurawe finanse i w zawrotnym tempie wznosi słupki statystyk – szybciej niż socjalistyczne pięciolatki. Z unijnego stołu obficie padają okruchy, którymi wykarmi się niejeden literat, i prowadzący, i autor projektu, i dyrektor autora projektu, i dyrektor dyrektora oraz departamentu, i nawet sam marszałek województwa. Unijną kasę wyciąga się niczym rzepkę z wierszyka Tuwima. I zawsze znajdzie się ktoś na przyczepkę.

Unijne projekty mają wiele niecenionych walorów: stwarzają fakty, projektują widmową rzeczywistość, w której wszystko toczy się jak należy. Są desygnatem i samospełniającym się proroctwem sensu. Zawsze ilekroć stykam się z nimi, bądź jako współsprawca, bądź jako trochę bohater, a trochę ofiara, szczególnie urzeka mnie jeden makiaweliczny punkt, warunkujący dotację: cele i spodziewane efekty projektu. Och, nie wzięła Bruksela pod uwagę, że Polska jest krajem gawędziarzy i poetów. Toż to woda na młyn dla konfabulantów, toż to cudownie obfite żerowisko dla rekinów-fantastów. Nie potrafię ukryć wzruszenia, gdy poczciwe skądinąd „spotkanie z twórcą” zmienia się nagle w „event” o ogólnopolskim, jeśli nie europejskim, zasięgu. Gdy przeglądając dokumentację po zrealizowanym projekcie, uświadamiam sobie kongenialną sprawność autora zdjęć, dołączonych do sprawozdania. Fachowe i nadzwyczaj sprytne ustawienie obiektywu sprawia, że Jezus z tym swoim rozmnożeniem chleba może się schować. Okazuje się bowiem, że choć na sali siedziało dwadzieścia osób, na zdjęciu jest ich dziesięć razy więcej.

Żeby była jasność: nikt tu nie jest niczemu winien. Ani autorzy projektu, ani ich szef, ani tym bardziej główni bohaterowie „projektowej” fabuły. Jak Polska długa i szeroka, zaczynamy żyć w krainie eventów, pnących się niczym bluszcz po gmachach instytucji kultury, w baśniowym świecie trudno weryfikowalnych programów, w oazie festiwali, w taśmotece przeglądów. Coraz częściej zwyczajnie kiedyś „spotkanie z pisarzem” odbywa się „w ramach”, w „cyklu”, w perspektywie jakiejś wieloodcinkowej (wieloetapowej) narracji, i nie pisarz, książka są tutaj najistotniejsi, lecz właśnie „ramy”, „cykl”, wymyślona za biurkiem narracja. Bo kultura musi być przemyślaną infrastrukturą ducha w dziele cywilizacyjnego postępu, musi się opowiadać na wzór Barei: jak jest zima, to musi być zimno, jak są książki, to muszą być czytelnicy.

I choć wciąż brzmią mi w uszach słowa sołtysowej o ludzkiej niechęci do literatury, jestem pewien, że rozliczenie projektu obnaży jej kłamstwo i udowodni, nie po pierwszy i nie ostatni, że król jest jednak ubrany.