ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (169) / 2011

Hubert Michalak,

SEN CZYLI TRAUMA

A A A
Olo Walicki skonstruował swój krążek z fragmentów własnej muzyki skomponowanej do czterech przedstawień wyreżyserowanych przez Ingmara Villqista na podstawie jego dramatów: „Sprawa miasta Ellmit” (premiera 3 kwietnia 2003, Teatr Wybrzeże, Gdańsk), „Helmucik” (premiera 5 listopada 2004, Teatr Wybrzeże, Gdańsk), „Oskar i Ruth” (premiera 21 października 2005, Teatr Bez Sceny, Katowice) oraz „Kompozycja w słońcu” (premiera 23 marca 2007, Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza, Gdynia). Płyta nie stara się jednak podążać za fabułami przedstawień czy oddawać przebieg scenicznych wydarzeń. To rodzaj centonu ułożonego specjalnie na potrzeby wydawnictwa muzycznego.

Jak można dowiedzieć się już tylko po lekturze okładki wydawnictwa, część nagrań została zrekonstruowana i zremasterowana, cały materiał zaś poddano dalszym ingerencjom – „nastąpiła najpierw jego dekonstrukcja, a potem ponowne scalenie, w odmienny sposób”. Wszystkie te zabiegi miały na celu ułożenie z muzyki teatralnej i fragmentów dialogów oddzielnego bytu, zupełnie autonomicznej muzycznej całostki. Walicki postanowił dołączyć do muzyki fragmenty tekstów Villqista wypowiadane przez aktorów – niekoniecznie są to jednak te fragmenty, które wybrzmiewały przy danym tytule muzycznym w trakcie spektaklu, choć aktorzy biorący udział w projekcie pochodzą z obsad kolejnych przedstawień. Pełna swoboda i przyzwolenie na manipulację teatralną pamięcią pozwoliły Walickiemu na realizację prawdziwie autorskiego krążka.

Muzyka i słowa nie mają charakteru zarejestrowanego przedstawienia czy słuchowiska. Oderwane fragmenty dialogów i monologów zawieszone są w wybudowanej instrumentami przestrzeni – każdy osobno, nawet jeśli aktorzy czy postaci powracają w kolejnych utworach. Żadna logika, poza konceptualnością snu, nie kieruje tym przedziwnym tworem. Ludzie krzyczą na siebie, boją się, nucą, prowadzą banalne rozmowy. W oddali słychać dzwony, krzyki mew, mruczenie kotów, brzęk filiżanki. Nawet trop asocjacji czy hipertekstów odnoszących się do siebie nawzajem, choć początkowo wydaje się trafny, szybko zawodzi.

Trudno oderwać się od interpretacji, którą proponuje się widzowi już w tytule. To teatr dźwięków dziejący się w głowie, rozpięty między nieomal-namacalną-rzeczywistością a snem (może traumą? jak się wydaje, Walicki nie bez przyczyny zostawił niemiecką wersję tytułu, może właśnie o takie skojarzenie mu chodziło?). Oczywiście, poziom „rzeczywistości” to poziom teatru, źródła wszystkich kompozycji i dialogów. Teatr jako rzeczywistość – to koncept dość ryzykowny, problem roztrząsany i podważany przez niejednego badacza i krytyka. Właściwie zatem należałoby przyjąć, że „teatr” proponowany przez Walickiego stoi okrakiem między snem a fikcją. Poziom nieistnienia, cudzysłowów i wątpliwości mnożonych przez twórcę płyty może przyprawić o egzystencjalny zawrót głowy.

Muzyka teatralna powinna przede wszystkim dobrze funkcjonować w ramach dzieła scenicznego. Z tego względu trudno o kompetentną wypowiedź zarówno muzykologa jak i teatrologa na temat płyty „Trauma theater…” ze względu na daleko posuniętą autonomię utworów muzycznych. Osobiście powiedzieć mogę, że powrócił do mnie dzięki niej zarówno od lat brzęczący w głowie cytat, którego nie potrafiłem umiejscowić („Mam na imię Heidi i jestem fajna”, utwór „Ptasie oczka”), ale też i jedna z najmniej zrozumiałych scen, jakich byłem świadkiem w teatrze – paragospelowy, parachrześcijański koncert (utwór „Pan Haynel”), oba z przedstawienia „Sprawa miasta Ellmit”. Całość zaś, choć nie umiałem złożyć jej w jedną całość znaczeniową, bez wątpienia godna jest przesłuchania, odnalezienia w niej własnych tropów i ścieżek wiodących przez album. Ja chętnie rezygnuję z niektórych ścieżek, inne lubię zapętlać, powtarzać, powracać do pojedynczych utworów. To przywilej i komfort, jakich nie daje przedstawienie.
Olo Walicki „Trauma Theater – Theater der Liebe”. OWA Production, 2010.