ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (172) / 2011

Mariusz Sieniewicz,

LEKSYKON SYMULTANICZNYCH ZAWODÓW PISARSKICH

A A A
Felieton
„Pisarz żyje z pisania książek” – pod względem teorii logiki to ze wszech miar prawdziwe sformułowanie; choć bardzo deficytowe w literackim światku, wciąż zapładnia zbiorową wyobraźnię. Tworzy obraz człowieka pióra jako jednej z najszczęśliwszych i zarazem najbardziej tajemniczych osób na świecie. Taki ktoś siedzi sobie w domu przy komputerze albo nad kartką papieru, pisze coś, doświadczając metafizycznych uniesień, i jeszcze mu za to płacą. Żyć, nie umierać! Tym samym „pisarz” dołącza w stereotypowej opinii do szeregu prawdziwych szczęśliwców, jak aktor w państwowym teatrze czy etatowy muzyk w filharmonii utrzymywanej przez samorządową władzę.

Czasami wiara czytelników w pisarza, co to żyje z pisania, jest tak silna, że jemu samemu brakuje sił, by oprotestować prostolinijną, naiwną naturę tych sądów. Nawet jeśli zdobyłby się na szczerość, więcej byłoby w niej powodów do wstydu niż argumentów heroicznego trwania na szańcach sztuki wysokiej. Istnieje bowiem inny rodzaj logiki: im więcej pisze pisarz, tym mniej ma warunków do życia. Prawda jest jeszcze bardziej ponura: bieda pisarska to jeden z trwałych i nieusuwalnych stygmatów po roku 1989. Wcześniej też istniała, ale – dzielona z większością społeczeństwa – doskwierała jakby mniej. A dzisiaj? Przy minimalnym ryzyku hiperbolizacji, można zaryzykować stwierdzenie, że biedę pisarską ledwie przewyższa bieda postpegeerowska. I nie przesłonią ją „celebryckie” incydenty kilku pisarzy, którzy rzucili się na głębokie i nieprzyjazne fale popkultury, ani tych pięć, sześć nazwisk, nieodmiennie wymienianych na potwierdzenie tezy, że rynek potrafi sprawiedliwie regulować i tę migotliwą dziedzinę ludzkiej aktywności.

Pisarz i kasa – niezwykle rzadko się o tym mówi i bynajmniej nie z dżentelmeńskich powodów. Wciąż pokutuje przeświadczenie, że twórczość, wena, wykwit geniuszu powinny pozostać w domenie mistycznego aktu, którego nie przystoi przekładać na pieniądze. A już na pewno – nie przekładać głośno. Tymczasem tę burzliwą i niejednoznaczną zależność między pisaniem i kasą cechuje dychotomia, pozwalająca wyróżnić dwa typy piszących. Jedni pracują pisaniem, drudzy pracują, by pisać. I tu, zatrzymując się przy tej drugiej grupie, Dariusz Nowacki podrzucił pewien pomysł: a gdyby tak stworzyć leksykon symultanicznych zawodów pisarskich? Oczywiście wymagałoby to odwagi i wyłożenia wszystkich kart (umów) na stół. Myślę jednak, że leksykon rzuciłby więcej światła na społeczną kondycję dzisiejszego prozaika, nie mówiąc już o poecie. Bo to, że jeden z drugim pisze, to „oczywista oczywistość” – jak mawia klasyk, ale co robi naprawdę, żeby pisanie uczynić możliwym, bardziej prawdopodobnym i transparentnym dla urzędu skarbowego? Myślę tutaj o profesjach „nieliterackich”, a nie o zmianach kwalifikacji w ramach literatury na bardziej intratne gatunki (na taki fortel wpadł swego czasu jeden z moich znajomych twórców: po przeanalizowaniu wyciągu ZUS-u z przewidywaną wysokością emerytury, powziął myśl, by zacząć uprawiać literaturę popularną. Nie bez podstaw podejrzewał, że w pop-literaturze hicior trafi się mu szybciej niż ślepej kurze ziarno).

Żeby nie być gołosłownym i nie kryć się za przykładami innych, wyznam na początek, że życie zmusiło mnie do bycia znawcą teatru, kimś w rodzaju powiatowego, olsztyńskiego Koeniga. Zanim dostrzegłem nieusuwalną przepaść między wolnością pisania a codziennym socjalem, jako miłośnik sztuki scenicznej plasowałem się gdzieś w środku statystycznych słupków. Czasami nawet, niczym Gombrowicz, chełpiłem się, że nie lubię teatru. Tymczasem życie zmusiło mnie, abym teatr pokochał miłością bezwarunkową, na czas nieokreślony, i teraz jestem w teatrze codziennie. Oczywiście, można powiedzieć, że spadłem na cztery łapy, choć i tak daleko mi do twórców, którzy mieli to szczęście, że przygarnęły ich troskliwe mury Akademii na etacie wiecznego asystenta lub mianowanego wykładowcy.

Co jednak ma powiedzieć poeta, który każdego dnia, od ósmej do szesnastej przywdziewa garnitur urzędnika i zamiast fraz, stawia pieczątki albo pasjansa? A znam takich, nie dwóch, ani trzech, o wiele więcej. W jakim nastroju psychicznym jest twórca literatury zaangażowanej, przez pięć dni w tygodniu wysługujący się ciasteczkowej korporacji w roli przedstawiciela handlowego, gdy pędzi służbowym autem przez pola i lasy, od miasta do miasta? A są jeszcze pisarze-ogrodnicy, pisarze-akwizytorzy i naganiacze operatorów komórkowych. Są dziennikarze gazet brukowych, składacze długopisów i krzyżówek, jak i naprawdę nieszczęsne dusze: wieczni czeladnicy w budowlanych firmach, awansujący jedynie z „przynieść” do „podaj”, z „podaj” do „pozamiataj”. Ktoś nazwie to konformizmem, brakiem odwagi, żeby zawołać: „a co tam, od dzisiaj żyję wyłącznie z pisania!”. Ja to nazywam życiem i projektem przyszłości: niemieckim mirażem emerytury.

Jak Polska długa i szeroka, pisarze to jednocześnie wykwalifikowani spece większości możliwych profesji. Od copywritera do kierowcy kurierskiej firmy. Każdy żyje nadzieją, że doświadczenie przy składaniu długopisów lub sprzedawaniu plazm w Media Markcie owocuje bliskością życia, a ta jest przecież nieodłącznie związana z prawdziwą literaturą. Leksykon symultanicznych zawodów pisarskich byłby z pewnością opasłym dziełem, może nawet i w kilku tomach. Poza oczywistym walorem socjoliterackich informacji, spełniałby wiele innych funkcji: od edukacyjnych, przez integracyjne, po terapeutyczne. Znając bowiem przysłowiową już zawiść pisarskich Narcyzów, niejeden poprawiłby sobie humor. Czym stawałoby się na przykład cieciowanie pisarza Iksa w ciepłowni, gdzie cicho i przytulnie, przy takim składaniu długopisów przez Ygreka, zwłaszcza po zakrapianym zwycięstwie w konkursie prozatorskim?

Aż trudno uwierzyć, że kiedyś część społeczeństwa dała się zindoktrynować władzy, skandując jakże utopijne i bliskie każdej istocie piszącej hasło: „Pisarze do piór!”. Ten stereotyp ciągnie się aż do dzisiaj, urasta paradoksalnie do klątwy-marzenia każdego twórcy, którego wpływy z książek nie przekładają się na choćby minimalną pensję, co tam na pensję – na zasiłek z pomocy społecznej! Śmiem twierdzić, że gdyby pisarze na poważnie, słowo w słowo, potraktowali to hasło, w wielu branżach dałoby się odczuć znaczący odpływ zasobów kadrowych. Może nawet większy niż dywanowe wyloty do Anglii.