Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (180) / 2011

Mikołaj Marcela,

Z ŻYCIA TASIEMCÓW

A A A
W poprzednim odcinku

Jak donosi portal „swiatserial.pl”, całkiem niedawno byliśmy świadkami przełomowego wydarzenia dla branży serialowej. Po ponad 40 latach emisji z amerykańskiej telewizji znikają dwie kolejne opery mydlane: „All My Children” oraz „One Life to Live”. Po tym jak dwa lata temu, po 57 latach, z anteny zniknęło „Guiding Light”, a w 2010 roku, po 54 latach, zaprzestano kręcić nowych odcinków „As The World Turns”, dziś, bardziej niż kiedykolwiek, widzom na całym świecie w oczy zajrzało widmo, wydawałoby się, niemożliwego. Wiemy wszyscy co to wszystko oznacza: choć podobno tylko Chuck Norris wie, kiedy skończy się „Moda na Sukces”, koniec ery soap oper jest bliski. Dlaczego to takie straszne? Oczywiście, trudno wyobrazić sobie świat bez Ridge’a, Brooke, Taylor oraz wszystkich innych śmiałych i pięknych postaci, ale wydaje się, że to także kres pewnego mitu. Nie przypadkowo do zdjęcia części oper mydlanych z anteny przyczynił się kryzys finansowy – zamilknięcie opowieści o modzie na sukces byłby tylko ostatecznym potwierdzeniem upadku amerykańskiego snu.

Seriale bowiem, w tym opery mydlane, nigdy nie były i w dalszym ciągu nie są niewinnym i niezobowiązującym zapychaczem czasu, na co zwracają uwagę autorzy wydawnictwa „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”, a do czego już wcześniej, przy różnych okazjach, skutecznie przekonywał niezastąpiony na gruncie popkultury Slavoj Žižek. Zawsze natomiast niosły i nadal w sobie zawierają, a często także promują, określone wartości, przekonania i postawy, które wywierają wpływ na nasze działania, a przez to również na otaczającą nas rzeczywistość. Dość dobrze pokazuje to przykład ulubionego serialu mojego dzieciństwa, „JAG: Wojskowe Biuro Śledcze”, po obejrzeniu którego nie sposób nie zostać prawdziwym amerykańskim patriotą (a przy okazji przekonać się, że służba kobiet w armii to naprawdę piękna sprawa!). Seriale, co nie jest szczególnym odkryciem, są tekstami, które poruszając konkretne kwestie i domagają się ich interpretacji, a które przez swoją powszechność i popularność w sposób szczególny powinny budzić naszą (także naukową) ciekawość.

Wśród podstawowych zagadnień, podejmowanych przez współczesne seriale, na pierwszy plan wysuwa się kwestia związków międzyludzkich (przede wszystkim małżeństwa) oraz rodziny. To nie przypadek, że inwazja żywych trupów w bijącym rekordy popularności na świecie „The Walking Dead” zbiega się z kryzysem w małżeństwie głównego bohatera, będąc przy tym okazją do odbudowy rodziny, tak samo jak to, że oś fabularna „JAG” oparta została z jednej strony na poszukiwaniu ojca Harmona Rabba, zaginionego w czasie wojny w Wietnamie, a z drugiej, na niejednoznacznej relacji głównego bohatera z Sarą MacKenzie – kobietą, której pragnie, ale z którą nie może być, ponieważ wygląda identycznie jak jego zmarła przed laty przyjaciółka (przyjaciółka, która, wedle jego słów, była dla niego jak siostra). Koniec końców w opowieści o prawnikach z Wojskowego Biura Śledczego nie chodziło przecież o rozwiązywanie poszczególnych spraw, ale właśnie o zbliżanie się Rabba do MacKenzie. Rabb, który może mieć każdą kobietę (i większość z nich rzeczywiście dostaje) nie może niestety stworzyć prawdziwego związku z żadną z nich, co w znacznej mierze utrudniają nieustanne poszukiwania ojca (od taki wątek Lacanowski). Ostatecznie jednak zwieńczeniem serialu jest nieuchronne zejście się pary bohaterów. To zresztą ciekawy wątek także w kontekście serii „CSI”: żaden z głównych bohaterów nie może stworzyć stałego związku, a jeśli już mu się udaje, to może się spodziewać śmierci swojej wybranki, tak jak Horacio Caine, lub musi się liczyć z opuszczeniem swojego stanowiska i bycia zastąpionym przez kogoś innego (najpewniej, dla odmiany, Afroamerykanina, który, co znamienne, niedawno rozwiódł się z żoną), jak Gil Grissom.

Zastąpienie białego Gila Grissoma przez czarnoskórego Raymonda Langstona wspominam nie bez przyczyny. Seriale, przez swoją ciągłość, ale i aktualność, rejestrują i promują także szeroko rozumiany przemiany społeczne, w jakimś sensie je przepracowując. Sztandarowym przykładem w tym kontekście jest oczywiście „Czysta Krew”, podejmująca kwestię „wychodzenia z mroku” rozmaitych mniejszości w społeczeństwie amerykańskim. Problem inności to również jeden z tematów przewodnich zarówno kultowych, mainstreamowych seriali, w tym choćby takich, jak „Star Trek” czy „Zagubieni”, jak i mniej popularnych produkcji o obcych, jak „Roswell” czy „Inwazja” (nie sposób przy tym także nie wspomnieć o genialnym mini-serialu „Anioły w Ameryce”). Ale zagadnienia społeczne to nie zawsze sprawa mniejszości, czego przykładem może być z jednej strony „Detektyw Monk” jako ucieleśnienie amerykańskiej obsesji na punkcie higieny (a przy okazji nowej wersji „zawalidrogi” nowoczesności, przerażonej wizją braku jakiegokolwiek porządku i niezdolnej do zmierzenia się z nieustannymi przemianami technologicznymi), z drugiej „Poślubione Armii”, opowiadające o życiu kobiet, żyjących w związkach małżeńskich z amerykańskimi żołnierzami (co, wobec licznych akcji militarnych Stanów Zjednoczonych, nie jest oczywiście łatwe). Seriale zabierają też głos w kwestiach politycznych – często oferując więcej niż moglibyśmy się spodziewać, jak w przypadku perspektywy torturowania prezydenta Stanów Zjednoczonych przez zdeterminowanego Jacka Bauera z „24 godzin” – oraz ekonomicznych, ukazując kulisy oszustw giełdowych czy bezprawnego funkcjonowania wielkich koncernów (np. energetycznych), jak w „Układach”.

To oczywiście tylko kilka przykładów, bo nie sposób ogarnąć dzisiejszego namnażania się seriali i nadążyć za nowościami, a co dopiero nadrobić zaległości z poprzednich lat. Dlatego wydają się one, niczym na okładce „Seriali. Przewodnika Krytyki Politycznej”, czymś potwornym – jednym, wielkim i dobrze uzbrojonym telewizyjnym (a coraz częściej także internetowym) tasiemcem, pożerającym nasz czas. Dbają o to twórcy seriali, którzy, jak zauważa Henry Jenkins, coraz częściej przechodzą od modelu opartego na ramówce do modelu angażującego, a więc takiego, który ma zaangażować widza i przyciągnąć go do wielu platform medialnych, a więc postawić przed nim wyzwania i pytania, z którymi będzie musiał sobie poradzić już poza serialem. Mają one być już nie tylko oglądane, ale przede wszystkim dyskutowane – mają tworzyć nowe wspólnoty. Przy tym, przez swoją seryjność, seriale zdają się dawać oparcie i poczucie ciągłości i trwania w niestałym świecie. Pozwalają też na więcej: na budowanie bardziej skomplikowanych postaci oraz rozbudowanych historii, ale i na większą swobodę w eksperymentowaniu formą lub gatunkami.

W następnym odcinku

Michał R. Wiśniewski zwraca uwagę na fakt, że dzisiaj seriale coraz częściej jawią się jako „jedyne wspólne dobro kulturowe”, głównie przez niski próg „wejścia” i „wyjścia” (choć, oczywiście, nie w każdym przypadku jest on niski…). Co więcej, wydaje się, że niektóre z nich można powoli uznać niemal za „teksty kanoniczne” – jak w przypadku „House’a”, który obok „Romeo i Julii” Williama Shakespare’a i „Titanica” Jamesa Camerona jest jednym z tych tekstów, o których z dużą dozą prawdopodobieństwa będziemy mogli porozmawiać z niemal każdym na niemal każdej szerokości geograficznej. I wydaje mi się, że nie ma w tym nic dziwnego, skoro dzisiejsza kultura to tak naprawdę popkultura. Oczywiście dla wielu to iście przerażająca wizja, ale przecież (bądźmy szczerzy – każdy z nas tego doświadczył) nic tak nie rozpala dyskusji (nawet z profesorami!), jak wzięcie na tapetę „Czystej krwi” czy „House’a”. I nie chodzi tylko o omówienie tego, co stało się w poprzednim odcinku, bo czyż serial o cynicznym diagnoście idealnie nie nadaje się do przerobienia na nim „Kultury jako źródła cierpień” Freuda, a postać Lafayette Reynolds do omówienia teorii queer? Parafrazując Jakuba Bożka: popkultura (i serial) się liczy (nie tylko) w teorii. Cdn.
„Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2011 [seria: „Przewodniki Krytyki Politycznej”].