Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (180) / 2011

Paweł Świerczek,

POD CZARNYM, PRZEJRZYSTYM SŁOŃCEM

A A A
O Larsie von Trierze znowu zrobiło się głośno. Nieprzemyślany wygłup w Cannes, rozdmuchany przez media do rozmiarów ogromnego skandalu, doprowadził do tego, że duński reżyser zagościł na ustach całego świata nie jako twórca „Melancholii”, ale „nazista popierający Hitlera”. Pożywka, którą zafundował dziennikarzom, sprawiła, że jego najnowszy film stał się zaledwie przypisem do informacji z pierwszych stron gazet czy portali internetowych. Paradoksalnie, taka marginalizacja „Melancholii” znakomicie oddaje jej charakter, mamy bowiem do czynienia z dziełem introwertycznym, nie szukającym taniego poklasku, wymagającym od widza pewnego wysiłku. To etyczny rewers prowokującego „Antychrysta” (2009), w którym wszystko (dosłownie i w przenośni) było „na wierzchu”.

Julia Kristeva określa melancholię jako zahamowanie aktywności oraz utratę zdolności rozumienia symboli. Idzie za tym trudność werbalizacji owego stanu, który wymyka się prostym definicjom i ścisłym ramom. W jego dookreśleniu pomagają metafory. Melancholik doświadcza „nadmiaru człowieczeństwa”, widzi więcej albo przynajmniej tak mu się wydaje: „wie pewne rzeczy”, jak mówi o sobie bohaterka filmu von Triera. Psychoanaliza źródeł melancholii (czy też zespołu melancholijno-depresyjnego) doszukuje się w utracie nieuchwytnej, niedefiniowalnej Rzeczy, której brak powoduje uczucie smutku, integrujące rozpadające się Ja melancholika. Stąd też nie poznamy źródeł chronicznej depresji Justine (Kirsten Dunst), o które von Trier nawet nie pyta. Przyczyny są dla niego nieistotne, melancholik nie szuka przyczyn, nie ma na to sił.

W charakterystycznej uwerturze otwierającej film von Trier prezentuje nam koniec swojej opowieści – zderzenie tytułowej wędrującej planety z Ziemią. Niepokojącą wizję apokalipsy, zaprezentowaną w wymiarze kosmicznym, uzupełniają fantasmagoryczne obrazy: Justine w sukni panny młodej, w pozie Ofelii z obrazu Millaisa, leży w strumieniu; Justine w tym samym stroju próbuje wyrwać się z pętających ją pnączy; jej siostra, Claire (Charlotte Gainsbourg), biegnie przez pole golfowe ze swoim śpiącym synem na ramionach; Justine wyciąga do nieba dłonie, z których unoszą się dziwne wiązki przypominające dym; czarny koń w mroku nocy upada na zieloną murawę… Reżyser stosuje znany z „Antychrysta” chwyt – zwolnienie ruchu z wykorzystaniem kamery rejestrującej tysiąc klatek na sekundę, tworząc gęstą atmosferę rodem z sennego koszmaru.

Pokawałkowany, rozpadający się na serię nieraz wykluczających się obrazów, prolog staje się metaforą zdezintegrowanej osobowości Justine. To także zapowiedź serii małych końców świata, z którymi będziemy mieli do czynienia w trakcie trwania filmu. Kristeva pytała, czy to, co piękne, może być smutne. Von Trier zdaje się odwracać to pytanie: czy to, co smutne, może być piękne? Uczucie jest tutaj uprzednie do kategorii estetycznej. Zwiastująca apokalipsę planeta Melancholia to kwintesencja smutku i całkowitego braku nadziei, z których metaforycznie się wyłania. Jednocześnie to porażająco piękne zjawisko kosmiczne. „Piękny koniec świata” zapowiadany w materiałach promujących film spełnia się już w prologu, jednak wraz z rozwojem akcji ta estetyzacja smutku poddana zostaje dekonstrukcji. W obliczu ostateczności obnażona zostaje kruchość bytu, pojmowanego zarówno biologicznie, jak i psychologicznie. Wszelkie konwencje, stosowane do opowiadania o sytuacjach granicznych, zostają tu sprowadzone do funkcji bajania dorosłych, którzy chcą ochronić dziecko przed zderzeniem z traumatyczną prawdą.

Właściwa część opowieści podzielona została na dwa rozdziały, w których von Trier, wzorem swoich poprzednich dzieł, prezentuje wnikliwą analizę jednostek w sytuacjach ekstremalnych. Główną bohaterkę pierwszego rozdziału, Justine, poznajemy w drodze na jej ślub, odbywający się w rezydencji jej bogatego szwagra, Johna (Kiefer Sutherland). Jadąc ze swoim przyszłym mężem, Michaelem (Alexander Skarsgård) limuzyną, która nie może zmieścić się na krętej ścieżce, bohaterka wydaje się szczęśliwa. Pomimo ogromnego spóźnienia na ceremonię, na jej twarzy gości uśmiech. Nic nie zdradza, że Justine cierpi na głęboką depresję. Do końca wieczoru wiele jednak się zmieni.

Długa sekwencja weselna, podczas której obserwujemy rozpadającą się osobowość głównej bohaterki, dla von Triera staje się także pretekstem do przyjrzenia się zebranemu na uroczystości towarzystwu. Reżyser bada rozdźwięk pomiędzy pustą rytualizacją życia wyższej klasy średniej (Claire jako mistrzyni ceremonii chodzi z karteczką, na której co do minuty rozpisane są kolejne punkty imprezy) a faktycznymi problemami przez nią skrywanymi. Obserwujemy galerię nieraz komicznych postaci, które z nieskrywanym niezadowoleniem przyjęły swoje role w weselnym rytuale, wciąż próbując się im wymknąć. Ojciec panny młodej (John Hurt) prowokuje, przybywając na ślub z dwoma znacznie młodszymi od siebie towarzyszkami, matka (Charlotte Rampling) nie krępuje się w wyrażaniu swoich niepochlebnych opinii na temat instytucji małżeństwa. Jack (Stellan Skarsgård), szef Justine, nie może zapomnieć o pracy, wciąż nagabując pannę młodą o niedokończony projekt. John nie przestaje narzekać na to, ile kosztuje go cała ta impreza…

Gdzieś wśród tego rozgardiaszu znika główna bohaterka, traktowana jak manekin, który powinno się wystawić na pokaz w odpowiednim miejscu i czasie. Równolegle oglądamy tu dwie małe apokalipsy. Justine, pod presją sytuacji, popada w melancholię, grzebiąc wszelkie nadzieje na swoje szczęście. W tym samym czasie upada mała społeczność, której ramy rozsadzone zostały od środka przez jej członków. Być może to metonimia upadku kultury w ogóle. Wzory przez nią wytworzone uległy wypaczeniu i dewaluacji na rzecz ekspansji narcystycznych dążeń ich użytkowników i nosicieli.

W drugim rozdziale filmu, na tle wątku zbliżającej się do Ziemi Melancholii, rozgrywa się kameralny dramat pomiędzy dwoma siostrami. Claire, ku niezadowoleniu męża, opiekuje się Justine, której stan nie pozwala jej nawet chodzić o własnych siłach. Jednak wkrótce ich role się odwrócą. Podczas gdy wizja potencjalnej apokalipsy (bohaterowie nie mają pewności, czy planeta uderzy w Ziemię) wzbudza w Claire przemożny lęk, dla Justine śmierć jest upragnionym kresem męki, możliwością ostatecznej integracji osobowości, jedyną szansą na zbliżenie się do utraconej Rzeczy. Błyszcząca na firmamencie Melancholia staje się dla bohaterki von Triera obiektem (w rozumieniu psychoanalitycznym), który ową nieuchwytną Rzecz kompensuje.

Julia Kristeva, powołując się na Gérarda de Nervala, pisze: „Rzecz to słońce, o którym śnimy, że jest przejrzyste i jednocześnie czarne” (z zaznaczeniem, że słońca w snach nigdy nie widać). Melancholia to swoiście zwizualizowany ekwiwalent tej abstrakcji, za którym kryje się istota filmu von Triera. Język staje się wobec niej bezradny. Pisząc, mogę jedynie starać się zbliżyć do symbolu, który reżyser wykorzystał, starając się dotrzeć do Rzeczy. Tak więc swoim działaniem nakładam tylko kolejną warstwę, która mnie od niej oddala. „Melancholia” to dzieło, które niełatwo poddaje się jakiemukolwiek dyskursowi. Po raz kolejny możemy dostrzec tutaj strategię odwrotną w stosunku do „Antychrysta”, w którym sensy, w połączeniu z odpowiednią metodologią, wykładają się same.
„Melancholia” („Melancholia”). Reż.: Lars von Trier. Scen.: Lars von Trier. Obsada: Kirsten Dunst, Charlotte Gainsbourg, Kiefer Sutherland, Alexander Skarsgård, Stellan Skarsgård, Charlotte Rampling, John Hurt, Udo Kier, Brady Corbet. Gatunek: dramat psychologiczny / SF. Produkcja: Dania / Francja / Niemcy / Szwecja / Włochy 2011, 130 min.