Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (180) / 2011

Agnieszka Nęcka,

„ZMYŚLEŃ-NIEZMYŚLEŃ” DRZEJKA-UTY CIĄG DALSZY

A A A
Na trzecią część cyklu prozatorskiego Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego, na który składają się „Rzeczy nienasycone” (1999) i „Cud w Esfahanie” (2001), trzeba było czekać aż dziesięć lat. Czy warto? Obawiam się, że sporo czytelników urzeczonych poprzednimi sekwencjami opowieści o małym Drzejku-Ucie będzie zawiedzionych. Andrzej Czcibor-Piotrowski jest – co potwierdziły także będące łże-dziennikiem „Straszne dni” (2008) – zakładnikiem jednego tematu. Wszystko, o czym rozprawia, obraca się wokół seksu. Przypomnijmy pokrótce fabułę pierwszych dwóch powieści autora „Prośby o Annę”. Pisarz snuje narrację o kilku-, a później kilkunastoletnim chłopcu – Andrzejku – który musiał się zmierzyć z doświadczeniem traumy wojennej. Wybuch II wojny światowej zmusza rodzinę głównego bohatera do opuszczenia ukochanego Lwowa. Ojciec Andrzejka zostaje wysłany na front, zaś on sam wraz z matką i bratem przeżywa ciężką podróż zsyłkową i poznaje zdegenerowaną cywilizację sowieckiej rzeczywistości. Panin, do którego trafiają, okazuje się być początkiem wieloletniej tułaczki obdarzonego niezwykle wybujałą (erotycznie) wyobraźnią chłopca. Surowe warunki mieszkaniowe w wąskiej „klitce”, wyposażonej w dwie prycze i piecyk, przypominającej podzielony na przegrody barak, wszechogarniający brud, bieda oraz prostytuowanie się w celu uzyskania godziwszych warunków sprawiły, że w Andrzejku zaczęły coraz silniej dochodzić do głosu mechanizmy obronne. Dziecko ucieka w wykreowany przez siebie świat, w którym rzeczywistość wojenna została wyparta przez erotykę. Fantazje seksualne pozwalają malcowi przetrwać śmierć ukochanej matki oraz pogodzić się z osamotnieniem, jakiego przyszło mu doznawać w dalszej swojej drodze, wiodącej poprzez Ałma Atę, Samarkandę, Czymkent, Taszkient, Bucharę do Krosnowodzka, by wreszcie na dłużej zatrzymać się w Domu Czerwonego Krzyża w Esfahanie. W irackim sierocińcu życie Andrzejka powoli wraca do „normalności”, ale normalności pozornej. Esfahan, będąc jedynie chwilowym miejscem pozwalającym zaczerpnąć oddechu, staje się początkiem kolejnych wypraw. Dalszy szlak, obfitujący w niebezpieczeństwa spowodowane nade wszystko walkami żydowskich bojówek z miejską ludnością arabską, Palestyńczykami oraz brytyjskimi oddziałami Palestine Police, wiódł poprzez Jerozolimę i Palestynę, Transjordanię i Ammen. Na każdym kroku mechanizmy obronne, wypracowane w Paninie, działają. W konsekwencji nagromadzenia scen erotycznych w obydwu powieściach łatwo było sprowadzać problematykę cyklu prozatorskiego Czcibora-Piotrowskiego do kwestii związanych z odkrywaniem przez dziecko różnych aspektów seksualności i projektowania fantazmatów na jej temat, budowanych z nie do końca uświadamianych sobie, powielanych mitów, kulturowych stereotypów, klisz językowych w rzeczywistości wojennej, a więc – nieludzkiej. Świat dziecka – wbrew toczącej się niejako w tle walce – koncentruje się na tym, co fizyczne. Często perwersyjne, sytuujące się na granicy fantazji i rzeczywistości, opisy poznawania różnic budowy fizjonomicznej kobiet i mężczyzn, połączone z zacieraniem się świadomości płciowej dorastającego Andrzejka (którego mama lubiła przebierać w dziewczęce stroje, a który – dzięki kobiecym cechom swej zewnętrznej budowy – czuł się Utą), złożyły się na opowieść o trudnym procesie dojrzewania.

Ale zamysł Czcibora-Piotrowskiego wykraczał poza swoiste naśladowanie Markiza de Sade’a. Zarówno „Rzeczy nienasycone” jak i „Cud w Esfahanie” są narracjami opowiadającymi o przekraczaniu najpierw granic dorosłości i różnych poziomów swojego wstydu (kulturowo-obyczajowego, językowego, martyrologicznego), o męskiej inicjacji, wiążącej się z tworzeniem sankcjonowanych przez dane społeczeństwo męskich wzorców zachowań, o dotkliwości przemijania, które to doznania przefiltrowane zostały przez pryzmat erotyzmu, o próbie stworzenia arkadii w obrębie świata nieludzkiego, a w dalszej części – o silnej potrzebie zawetowania własnej starości. Dwie pierwsze sekwencje cyklu autora „Notatek z pamięci” były ponadto hołdem złożonym matce oraz zapisem procesu budzenia się do życia w pisarzu pisarza. Ponadto, Czcibor-Piotrowski zatroszczył się o skomplikowanie relacji na poziomie fikcji i autobiografii. Wszak de facto narratorem snutej przez niego opowieści okazuje się być niezwykle dojrzały mężczyzna, w którego postaci bez trudu dostrzec można alter ego prozaika. Proza ta jednak balansuje na granicy jawy i snu, fantazji, rojeń i rzeczywistości, prowokacji i gry. Trudno więc oddzielić to, co zmyślone, od tego, co prawdziwe.

Co mogło się zmienić w trzecim tomie cyklu? Właściwie niewiele. Już sam tytuł najnowszej powieści Czcibora-Piotrowskiego – „Nigdy dość. Mirakle” – sugeruje, że prozaik pozostał wierny swojemu erotycznemu gawędziarstwu, a zatem narracji uroczej, intrygującej, odważnej, językowo wyrafinowanej, poetycko-baśniowej, ale monotonnej, a co za tym idzie – nużącej.

Przy „Nigdy dość. Mirakle” można właściwie powtórzyć podobne argumenty „za” i „przeciw”, sformułować te same komplementy i zastrzeżeniach. I ta powieść bowiem będzie wywoływała skrajne emocje: od zachwytu po zgorszenie. Nic dziwnego, wszakże podobna będzie także fabuła. Trzecia część cyklu autora „Rzeczy nienasyconych” startuje w roku 1945. Andrzej wraz z kilkoma kolegami trafia do Szkocji, gdzie w Szkole Morskiej i Szkole Podchorążych może oddawać się swojemu ulubionemu zajęciu – „zmyślaniu-niezmyślaniu”. Bohater-narrator przyznaje się do tego wprost: „i w rozmowach ze swoimi przyjaciółmi, którzy tak bardzo lubili mnie słuchać, gdy ni stąd, ni zowąd podejmowałem jakiś wątek, zastanawialiśmy się potem wspólnie, jakie i czy w ogóle są granice zmyślania, ale ja, na dobrą sprawę, nie stawiałem sobie żadnych ograniczeń i ani Dzidek, ani Teddy, nigdy nie wiedzieli, gdzie w moich opowieściach kończy się prawda, bo piętrzyłem wiarygodne nieprawdopodobieństwa: zachowywały pozory prawdy, by nagle wybuchnąć niedorzecznością, tak zręcznie ujętą, że zdawała się do przyjęcia bez zastrzeżeń”.

Słowem, zmienia się sceneria, ale upodobania Drzejka-Uty ani na milimetr. Tym razem swoisty patronat nad uleganiem nieznającej żadnych ograniczeń wyobraźni przejmuje czarodziejka Morag. To ona – jak się zdaje – wprowadza go w dorosłość. Bohater, osiągając wiek szesnastu lat, ma świadomość tego, że wszystko w jego życiu się zmieni. Czcibor-Piotrowski niczym nie zaskakuje. Bo też i nadrzędny problem, jakim dla Andrzejka jest wrócić (po postanowieniach konferencji jałtańskiej) do kraju, czy nie, znów staje się pretekstem do swobodnego „świntuszenia”, które niezmiennie zatrzymuje się na granicy „dobrego smaku”. Na „Nigdy dość. Mirakle” można byłoby zatem patrzeć przez pryzmat rozrachunków nie tylko z własną przeszłością, ale także z powojenną polityką polskich władz, o których w powieści mówi się jako o „kundlach, tam, w kraju, które podwinęły ogony pod siebie i gotowe są posłusznie podawać łapę oprawcom, bezlitośnie zaciskającym im pętlę na szyi”. W Andrzeju przeważa nie tyle tęsknota za rodziną, co obawa przed przysposobieniem robotniczym, w ramach którego ma podjąć pracę w kopalni. Trzecia część cyklu kończy się na progu jego rodzinnego domu, w objęciach (pomagającej babci Andrzejka jeszcze we Lwowie) Adelci, która „zmieniła się, lecz jednocześnie pozostała taka sama, jaką ją zapamiętałem”.

„Nigdy dość. Mirakle”, zapowiadając powrót do „normalności”, jest zwieńczeniem trudnego okresu dojrzewania. Na nie wszystkie pytania dotyczące własnej tożsamości udało się jednakże Andrzejowi odpowiedzieć, a i owa dwoistość natury, z jaką mamy do czynienia w jego przypadku, zdaje się nie być uśpiona. Ale Drzejek nadal dysponuje niczym nieskrępowaną wyobraźnią, która nie znając granic, pozwala przetrwać nawet najcięższe warunki. Nigdy dość cudowności? Obawiam się, niestety, że to całkiem możliwe.
Andrzej Czcibor-Piotrowski: „Nigdy dość. Mirakle”. Warszawa 2011.