Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (180) / 2011

Grzegorz Krzymianowski,

SZALEŃSTWO WOLNOŚCI

A A A
Ileż razy nachodziła Państwa orzeźwiająca myśl, by rzucić wszystko diabły i rakiem wycofać się z tego miejsca, w które tak nieświadomie zabrnęliście kierowani ślepą wiarą w przyszłość lub w coś, co nagle Wam zobojętniało? Wbrew temu bowiem, co usiłują wmawiać nam reklamy napojów gazowanych na temat naszej rzekomej niepowtarzalności, zwykle żyjemy w gotowych rolach, wrastamy w nie, tak jak i one wrastają w nas, coraz bardziej ograniczając nam ruchy, aż wreszcie nasza sytuacja sprowadza się do wyboru między jednym a drugim konwencjonalnym gestem, którego spodziewa się po nas otoczenie.

Zasadniczo jest bowiem tak – prowadzi się jakiś żywot, mniej lub bardziej konsekwentnie, coś tam się robi, jakoś się pracuje, odchowuje potomstwo, kupuje meble, myśli się o swoim życiu i o własnej osobie jak o tym samym. Nie ma się pojęcia, że coś skrada się za naszymi plecami, zachodzi nas od tyłu. I nagle, bez zapowiedzi, to coś wali nas obuchem w ciemię. A kiedy, jeszcze oszołomieni, zaczynamy rozeznawać się w nowych okolicznościach, nie poznajemy świata, nie poznajemy otoczenia, a co gorsza – nie poznajemy siebie.

To właśnie przypadek Keesa Popingi, bohatera „Paryskiego ekspresu”, szaraczka, który „długo zadawał sobie niesłychany trud, by doprowadzić swój wizerunek do perfekcji, by nawet najbardziej wymagający nie dostrzegli w nim żadnego uderzającego szczegółu”. Simenon stworzył postać mieszczucha zerwanego z uwięzi, choć – przynajmniej na początku – niewiele w tym jego inicjatywy. Popinga istnienie pułapki, w której dał się unieruchomić, uświadamia sobie dzięki okolicznościom zewnętrznym – jego szef doprowadza do bankructwa firmę, pozoruje własną śmierć i zamierza rozpocząć życie od nowa, wskutek czego stateczny małżonek, zakredytowany jak przystało na współczesną głowę rodziny, traci posadę i dotychczasowe umocowanie w rzeczywistości. Nagle, w jednej chwili „uświadomił sobie, że wszystko, w co dotychczas wierzył, było jedynie iluzją”. Dość pospolita refleksja – że człowiek potrafi poświęcić pół życia na mrzonki – staje się motorem napędowym jego działań, a co jeszcze istotniejsze – jego wewnętrznego przewrotu.

„Można zacząć od jakiegoś szczegółu, choćby zupełnie nieznaczącego, i niechcący odkryć ważne prawidła”. Tak właśnie dzieje się z Popingą; dotychczasowe życie zrywa z nim umowę lojalnościową, a on uświadamia sobie, że trzyma w ręku krępujący go postronek. Kees zagląda za własne kulisy i rozgląda się po nich ze zdumieniem: „Ogólnie rzecz biorąc, pozostawałem zastępcą szefa z przyzwyczajenia, mężem mojej żony i ojcem moich dzieci – z przyzwyczajenia, bo nie wiem, kto postanowił, że musi być tak a nie inaczej”. Postanowiwszy uciec z rodzinnego Groningen, bohater Simenona rusza na wyprawę odkrywczą w głąb osobistego interioru, tam, gdzie dotąd nie bywał.

Oczywiście, nie każdy, kogo nachodzi chętka, by rzucić wszystko w diabły, realizuje tę ideę. I nie każdy, mając apetyt na jakąś damę, dusi ją – jak Pepinga – ręcznikiem frote. Zwykle podobne ambicje zalegają bez konsekwencji w składzie niezrealizowanych pragnień. Człowiek układa je w sobie, uczy się z nimi żyć; niekiedy po prostu pulsują mu pod skórą, przyprawiając o niewygodę, która jednak – w większości przypadków – jakoś tam mija. Popinga to jednak rokosz urzeczywistniony. Jest wzorcowym bohaterem mieszczańskim, który wskutek niezależnych od niego okoliczności wyrywa się ze swojej roli i zrywa umowę społeczną. W ten sposób staje się uosobieniem antymieszczańskiego buntu nie z namysłu i planu, ale z nadarzającej się okazji. Nie on wybrał rebelię - rebelia mu się przytrafiła.

Bohater „Paryskiego ekspresu” przypadkiem, a nawet trochę wbrew własnej woli, odkrywa w sobie wolność totalną. Zaczyna rozumieć, że „nie był związany z niczym, z nikim, z żadną ideą, absolutnie z niczym”. Simenon prowadzi go przez wolność jak przez obcą krainę, labirynt bez map i wskazówek. Wolność jest tu zgodą na obcość, wykluczenie, brak zakotwiczenia. Po drugim napadzie na kobietę przychodzi mu do głowy, że teraz „przynajmniej już wszystko skończone (…) Nie potrafiłby wyjaśnić, co mianowicie jest skończone. To było wszystko, wszystko, co mogłoby go jeszcze wiązać z życiem innych. Odtąd był sam, zupełnie sam, sam jeden na całym świecie!”.

Pepinga jako człowiek wolny staje się wyrzutkiem, któremu nikt, kto funkcjonuje w społeczeństwie, choćby na jego marginesach, nie daruje swobody, nieprzynależności. Nieufnie odnoszą się doń nawet ci, którzy z definicji są asystemowi, jak spotkani przypadkiem złodzieje. Jeden z nich mówi: „takie ptaszki są bardziej niebezpieczne niż my”. Pepinga jest poza wartościowaniem – nawet dla tych, co żyją na suburbiach obowiązującego porządku. Nie ma się zatem co dziwić, że jego żona, nazywana przez Keesa „mamusią”, wzorem wszystkich zawiedzionych w swoich pluszowych marzeniach matron nabiera przekonania, że „mąż jest poważnie chory, może przepracowany, a może lekko zwariował”.

Kees nie od razu potrafi się w tym nowym dla siebie stanie odnaleźć, dezorientacja towarzyszy jego pierwszym krokom. Straciwszy rozeznanie w sobie, zaczyna kolekcjonować określenia, którym obdarzają go inni; zakłada nawet kajet, gdzie opisuje tego kogoś, kim się stał. Jak wszyscy badacze, prowadzi notatki – zapisuje dokonującą się w nim przemianę. Słowa innych są dla niego lustrem, potrzebuje ich, jakby sam dla siebie był zagadką, hermetyczną niczym pismo klinowe.

Popinga jest zapalonym szachistą i w pewnym momencie również swoje życie zaczyna traktować jak rozgrywkę, względnie przedstawienie. Rzeczywistość wydaje mu się umowna, tak jak reguły gry; staje się zmaganiem między ludźmi polującymi na „zboczeńca z Amsterdamu” a człowiekiem oderwanym od swego losu, bezgranicznie otrzeźwiałym.

Utraciwszy życie, czy to, co za życie uznawał, Kees gra wysoko i ryzykownie. Pisze listy do poszukującego go komisarza oraz dziennikarzy parających się jego sprawą, by korygować – jego zdaniem – fałszywe domniemania na temat własnej osoby. „A oto, czego pragnął w głębi duszy: być jedynym, absolutnie jedynym, który wiedziałby to, co wie, jedynym, który zna Keesa Popingę, i błąkać się w tłumie, chodzić tam i z powrotem wśród ludzi, którzy ocierają się o niego, nie wiedząc o tym, i którzy myślą o nim głupie rzeczy, wciąż inne”.

Do tego stopnia rozsmakowuje się w roli mordercy-celebryty, o którym dzienniki piszą na pierwszych stronach, że uzależnia się od widowni, jak każdy aktor. Potrzebuje ludzi – zwierciadeł, w których się przegląda – by istnieć, także dla siebie samego; „nie lubił być sam, w nocy, a zwłaszcza rankiem, gdy się budził. Czuł się wtedy zmuszony do spoglądania w lustro i strojenia rozmaitych min”. Paryż to dla niego pole spektaklu, ogromna szachownica, na której rozgrywa swoją partię z policją. Popinga gra i grają jego prześladowcy – tyle że Kees jest świadomy umowności własnych zachowań, podczas gdy przeciwnicy traktują siebie ze śmiertelną powagą.

„Paryski ekspres” to lektura podstępna, przemycająca niejako mimochodem myśl o rewolcie – bo każda myśl o indywidualnej wolności jest rewolucyjna względem usankcjonowanego porządku społecznego. Powieść Simenona ma w sobie anarchiczny ton, godzący w wartości, na których opiera się nasze społeczeństwo. Bo choć to książka solidnie osadzona w tradycji antymieszczańskiej literatury francuskiej, przy jej lekturze łatwo dojść do wniosku, że i nasze społeczne ustrojstwo opiera się na podobnych założeniach – wyparcia i stygmatyzacji tego, co inne, tego, co kontestuje mieszczańską logikę akuratności. Od momentu powstania „Paryskiego ekspresu” „straszni mieszczanie” zmienili nieco obyczaje, pod wpływem nieustającej presji na dobrą zabawę mocno wyluzowali i zamienili sztywne kołnierzyki na koszulki polo, ale mechanizm myślenia pozostał ten sam – to, co obce, najłatwiej usunąć z pola widzenia za pomocą słów-klatek, dzięki którym problem znika, jakby przykryty czapką niewidką. W przypadku Popingi wystarcza określenia w rodzaju: „paranoik”, „szaleniec”, „zboczeniec” czy nawet „smutas”, by został zakwalifikowany jako niesprawny element systemu. „Paryski ekspres” to bowiem rzecz o mechanizmach społecznego wyparcia, centralizacji „normalności”, powieść, w której – mimo jej raczej lekkiej formy – słychać pogłos poglądów Foucaulta i jego opisu naznaczania „innego”, usuwania go ze zbiorowej świadomości za pomocą deprecjonującego słowa.

Oczywiście można też zbanalizować utwór Simenona i sprowadzić go do poziomu opowiastki o kryzysie wieku średniego albo – co ma miejsce nawet w oficjalnych zapowiedziach wydawnictwa W.A.B. – uznać za „przerażający obraz tego, co dzieje się w umyśle szaleńca”. Ostatecznie wokół roi się od facetów, którzy nagle odkrywają, że żona, dziatwa i trzysta kanałów to zbyt mało jak na życie reklamowane w mediach jako nieustający karnawał. Jeśli więc ma się ochotę zaliczyć Popingę do grona żałosnych typków, argumentów znajdzie się aż nazbyt wiele. Po pierwsze jednak czytelniczą ambicją powinna być próba zejścia w głębsze warstwy powieści, po wtóre zaś taka interpretacja byłaby jednym z opisywanych przez Simenona mechanizmów załatwiania problemów po najmniejszej linii oporu.

Być może bohater „Paryskiego ekspresu” jest psychopatą; ale należy do tego rodzaju szaleńców, których wśród nas mnogo - cichociemnych, skrytych, zamaskowanych. Różni go przede wszystkim fakt, że jego szaleństwo wyciekło z niego i zaniosło tam, gdzie nie mógłby sobie tego wyobrazić. Popinga ponosi klęskę nie z powodu nadmiernej pychy i poczucia nieomylności, lecz przede wszystkim dlatego, że – to gorzka nauka płynąca z powieści Simenona – nie sposób na dłuższą metę wygrywać ze strukturą, która z samej swej natury promuje przeciętność i nie toleruje odmienności, wyłączywszy może pozorny indywidualizm, świetnie nadający się do napędzania sprzedaży. Jeśli więc cenicie sobie Państwo ciepełko własnych egzystencji, módlcie się do swych domowych bóstw, by waszym udziałem nigdy nie stało się to, co spotkało Keesa Popingę.
Georges Simenon: "Paryski ekspres". Przeł. Krzysztof Teodorowicz. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2011 [seria: Nowy kanon].