ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (185) / 2011

Krzysztof Ociepa,

CZAS APOKALIPSY?

A A A
Na początek szczere wyznanie: nie jestem wielbicielem kina science fiction. Szczególnym zaś brakiem uznania darzę odmianę tego gatunku zajmującą się tematem niechybnie zbliżającego się końca świata. Jestem w stanie znieść tonące okręty, spadające samoloty i trzęsienia ziemi, ale mam wrażenie, że wraz ze wzrostem rozmiaru ekranowej katastrofy rośnie też poziom banału i głupoty serwowanych widzom. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak można ekscytować się walką o ocalenie świata, skoro i tak z góry wiadomo, że jakiś zwykły / niezwykły bohater ocali ludzkość przed kosmitami / meteorem / kometą / wirusem grypy / wirusem komputerowym, czyli przed tym, czym akurat scenarzyści z Fabryki Snów postanowią podręczyć ludzkość. Dlatego też z pewnymi obawami i dużą nieśmiałością wybrałem się na „Strefę X” Garetha Edwardsa, wpisującą się w ramy gatunku i… spotkało mnie miłe zaskoczenie. Film obejrzałem z przyjemnością i nawet jeśli nie powalił mnie, jak niektórych recenzentów, na obydwa kolana, to na jedno z pewnością.

Zdarzenia opisywane w filmie mają swój początek w eksperymencie kosmicznym polegającym na pobraniu z obcej planety próbek nieznanych form życia. Niestety misja zakończyła się niepowodzeniem – sonda rozbiła się nad meksykańską pustynią, zaś przedstawiciele obcej cywilizacji rozpierzchli się we wszystkie strony, siejąc śmierć i zniszczenie. Teren opanowany przez kosmiczne monstra został odgrodzony od reszty świata. Przezorni Jankesi wybudowali na granicy z Meksykiem ogromny mur, który w razie potrzeby ma zatrzymać pochód niechcianych gości. Ewakuacja ludności cywilnej postępuje z oporami, gdyż chętnych jest wielu, a miejsc jak na lekarstwo. Możliwość ucieczki jest kwestią zasobności portfela i na pokład promu odpływającego w stronę Stanów Zjednoczonych dostać się mogą tylko wybrańcy dysponujący odpowiednią ilością gotówki.

W samym środku zamieszania znajdują się Kaulder (Scoot McNairy) i Sam (Whitney Able). On jest fotoreporterem dokumentującym meksykańskie zdarzenia, ona – najprawdopodobniej turystką, choć jej status pozostaje do końca nieokreślony. Kaulder pracuje dla jej ojca, który zmusza go do odeskortowania córki na prom mający bezpiecznie dostarczyć ją do Ameryki. Z planu nic jednak nie wychodzi, bo Kaulder w chwili słabości idzie do łóżka z kobietą lekkich obyczajów, a rano budzi się bez pieniędzy i paszportu. Jedyną możliwością przedostania się do Ameryki jest wędrówka przez tytułową Strefę X.

Streszczenie fabuły sugeruje opowieść pełną zgranych chwytów, ale sposób, w jaki twórcy organizują materiał, świadczy o dużej świadomości reguł rządzących gatunkiem. Siła filmu tkwi niewątpliwie w jego polemiczności wobec dzieł głównego nurtu. Już wybór formuły paradokumentu jest zabiegiem idącym na przekór oczekiwań odbiorców przyzwyczajonych do ekranowej epiki. Postacie charakteryzowane są bardzo enigmatycznie, nie wiadomo, jakie motywacje nimi kierują i jaką naprawdę mają przeszłość. Kaulder przyznaje się, że ma syna, o którego istnieniu usłyszał dopiero kilka lat po jego narodzinach. Matka dziecka nie zgodziła się na to, by dowiedziało się ono, kim jest dla niego Kaulder. Ale kiedy bohater dzwoni, by złożyć synowi życzenia urodzinowe, z rozmowy można wywnioskować, że dziecko doskonale wie, z kim ma do czynienia.

Jeszcze bardziej tajemnicza jest Sam. Nie wiadomo, po co przyjechała w tak niebezpieczny rejon. W pierwszej chwili można mieć wrażenie, że jest typową zbuntowaną córka bogacza, pragnącą wyfrunąć spod skrzydeł ojca i zamanifestować swoją niezależność. Taki trop podsuwa prowadzona przez bohaterów rozmowa telefoniczna. Wraz z przebiegiem akcji okaże się, że więcej jest w Sam rezygnacji niż buntu. Zresztą nastrój zmęczenia i rezygnacji dominuje w całym filmie, zupełnie tak, jakby bohaterowie stracili siły i zapał do życia.

Podróż przez skażoną strefę to okazja do rozprawienia się z amerykańskim toposem drogi jako źródła wewnętrznej przemiany bohaterów. Tutaj nic takiego się nie zdarza. Zabiegów obnażających schematy gatunkowe jest znacznie więcej. Ich zastosowanie ma przede wszystkim na celu zdemaskowanie mitologii, jaką serwowały widzom tradycyjne obrazy spod znaku kina katastroficznego. Perspektywa końca świata stanowiła zawsze znakomitą okazję do zamanifestowania wiary w ludzkość, w filmach hollywoodzkich utożsamianą z pojęciem „amerykańskość”. I to właśnie o Ameryce i o jej grzechach opowiada film Garetha Edwardsa.

„Strefa X” mocno nawiązuje do bieżących wydarzeń politycznych. Telewizyjne wiadomości zaczynające się od obrazów walk z kosmicznymi potworami budzą natychmiastowe skojarzenia z relacjami z wojen w Afganistanie i Iraku. Z resztą Edwards daje wyraźnie do zrozumienia, że inspiracją dla jego filmu był jeden z najsłynniejszych obrazów krytykujących amerykańskie zaangażowanie wojenne, czyli „Czas apokalipsy” Francisa Forda Coppoli. Żołnierz nucący „Cwał Walkirii” Wagnera to tylko nieznaczne mrugnięcie okiem w stronę widza. Natomiast obraz tytułowej Strefy X budzi ewidentne skojarzenia z wietnamską dżunglą z filmu Coppoli. O ile jednak Coppola przykładał dużą wagę do widowiskowych walorów swojego filmu, o tyle twórcy „Strefy X” bardziej skupiają się na formułowaniu oskarżenia pod adresem gwieździstego sztandaru. To amerykańska pycha sprowadziła nieszczęście na Bogu ducha winny Meksyk. Sama Ameryka wydaje się bezpieczna, odgrodzona od Meksyku wielkim murem. Finałowe sceny filmu nie pozostawiają jednak żadnych wątpliwości, że w końcu i Amerykanie kiedyś będą musieli zapłacić za swoje grzechy. Kiedy bohaterowie docierają do upragnionej Ameryki, okazuje się, że monstra dotarły tam przed nimi. Idealne przedmieścia z szeregowymi domkami i równiutko przyciętą trawą wyglądają jak po przejściu tornada. Jedyną osobą, którą spotkają bohaterowie na swojej drodze, będzie oszalała kobieta ubrana w amerykańską flagę, wydająca z siebie zwierzęce odgłosy. Można przypuszczać, że w intencji reżysera jest ona personifikacją Ameryki oszalałej i pogrążonej w kryzysie.

„Nie chcę wracać do domu” – mówi Sam w ostatniej scenie filmu, jakby przeczuwając, że domu już nie ma, nie tylko w sensie dosłownym, ale także metaforycznym. Ameryka przestała być miejscem, gdzie spełniają się marzenia, a stała się miejscem, gdzie spełnia się apokalipsa. Spełnia się jednak nie dlatego, że kosmici najechali na Ziemię, ale dlatego, że ludzie sami rozpoczęli eksperyment, nie myśląc o tym, jak opłakane skutki może on przynieść.

Reżyser najwyraźniej starał się znaleźć równowagę między uniwersalnym przesłaniem a aluzjami do aktualnych wydarzeń politycznych. Czy udało mu się ją znaleźć? Wygląda na to, że tak, ale z ostateczną odpowiedzią proponuję zaczekać, aż opadnie kurz po wojnach w Afganistanie i Iraku.
„Strefa X” („Monsters”). Scen. i reż.: Gareth Edwards. Obsada: Scoot McNairy, Whitney Able i in. Gatunek: science fiction. Produkcja: Wielka Brytania 2010, 97 min.