ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 września 18 (186) / 2011

Oskar Kalarus,

SZYBKIE CZYTANIE A PRZYJEMNOŚĆ OBCOWANIA Z LITERATURĄ

A A A
Choć kursy szybkiego czytania nie są niczym nowym, trudno nie zauważyć, że w ostatnich latach wyraźnie wzrosła ich ilość. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby czytelnik zapoznawany był z coraz to nowszymi technikami i osiągnięciami badaczy mającymi na celu doskonalenie umiejętności. Tak jednak nie jest. Niewiele będzie przejaskrawienia w stwierdzeniu, że elementem najbardziej różnicującym od siebie kolejne kursy jest ich tytuł.

Wyraźnie widać, że tytułem wydawca (bądź autor) stara się trafić w gust i oczekiwania konkretnego odbiorcy. Choć znajdziemy na rynku zarówno publikacje o tytułach raczej neutralnych typu „Podręcznik szybkiego czytania” (Tony Buzan: „Podręcznik szybkiego czytania”. Łódź 1999) lub „Kurs szybkiego czytania” (Uniwersalna nazwa stosowana w większości publikacji internetowych), nie brak również znacznie bardziej nacechowanych jak na przykład „Akademia szybkiego czytania” (Kurs elektroniczny: http://www.szybkieczytanie.net/). Jeżeli czytelnik ceni sobie swój czas i chce przyswoić nową cudowną umiejętność jak najszybciej – a do takich ludzi zalicza się najpewniej większość sięgających po tego typu kursy – zwróci najpewniej uwagę na „Błyskawiczny kurs szybkiego czytania” (Jadwiga Mierzwińska: „Błyskawiczny kurs szybkiego czytania”. Poznań 2007), jeżeli jednak przeciwnie – uważa, że nauce trzeba poświęcić wiele pracy, bardziej przemówi do jego wyobraźni tytuł „Szybkie czytanie dla wytrwałych” (Paweł Sygnowski: „Szybkie czytanie dla wytrwałych”. Gliwice 2007. Wydanie elektroniczne). W skrócie: każdy znajdzie coś dla siebie.

Jeżeli przyszły błyskawiczny czytelnik wie, że nie należy sugerować się tytułem, zasięgnie zapewne informacji o autorze. Wśród podręczników dostępnych w Polsce znajdziemy m.in. kurs spisany przez Tony’ego Buzana, którego osobom zainteresowanym szybkim uczeniem się raczej nie trzeba przedstawiać. Warty uwagi jest bez wątpienia Paweł Sygnowski, autor „Szybkiego czytania dla wytrwałych”, ale także takich publikacji jak: „Zarządzanie czasem”, „Zdobądź czarny pas w oszczędzaniu”, „Zabójcza koncentracja”, „Angielskie słówka”, „Angielskie zwroty”, „Hiszpańskie słówka”, „Niemieckie zwroty”, „Włoskie słówka”, „Jak zdać egzamin?”, „Szybka nauka” i… „Poznaj sekret jak pisać ebooki”. Reklama ostatniej wymienionej publikacji zaczyna się zdaniem „czyli jak zarobiłem 54 563,86 PLN sprzedając własne ebooki?” (http://ebooki.zlotemysli.pl/ [pobrano: 15.08.2011]); dodajmy tu, że kwota ta jest co jakiś czas aktualizowana. Przynajmniej nikt nie może mieć wątpliwości, że w tym wypadku autor wie o czym pisze. Godne podziwu jest, że włożył on tyle czasu i pracy w przekazywanie swojej niezwykle cennej wiedzy, że widocznie zaniedbał nawet język ojczysty, ale możliwe, że w kimś wzbudzi zaufanie np. używana przez Sygnowskiego forma „doszłem” lub to, że autor za własne niepowodzenie w nauce obwinia jedynie to, że „sposób nauczania języka obcego w szkole, jest zły” (Cytaty zaczerpnięte ze strony: http://hiszpanski.zlotemysli.pl/ [pobrano: 15.08.2011]).

Jednak to nie tytuły kursów i ich autorzy stanowią przedmiot zainteresowania niniejszego artykułu. Postaram się odpowiedzieć na pytanie, czy szybkie czytanie może być zastosowane do literatury pięknej. Do przebadania problemu zainspirowała mnie opinia jednego z wykładowców uniwersyteckich, który podczas zajęć dotyczących interpretacji poezji współczesnej stwierdził, że nie zna się na szybkim czytaniu, ale uważa, że nauczenie się błyskawicznego przyswajania tekstu to „śmierć dla prawdziwego czytelnika”. Bazować będę przede wszystkim na podręczniku Buzana, choć pragnę jeszcze raz podkreślić, że inne publikacje, z którymi się zapoznałem, podają sądy, techniki i sposoby ich przyswojenia bliźniaczo podobne.

Opinia, że szybkie czytanie jest niemożliwe musi być bardzo popularna, skoro jej zanegowanie jest jedną z pierwszych rzeczy, jakie robią autorzy w swoich książkach. Zwykle opisują historię własnego życia i/lub reakcje swoich znajomych. Wyraźnie starają się zdobyć zaufanie czytelnika. Książki Tony’ego Buzana i Paula R. Scheele’a (Paul R. Scheele: „Czytanie fotograficzne”. Warszawa 2000) cechuje ponadto atrakcyjna forma. Umieszczono w nich sporo ilustracji, wykresów i anegdot, które nie dość, że stale pobudzają zainteresowanie odbiorcy, to jeszcze naprawdę sprzyjają szybkiemu zapoznaniu się z kursem. Są ponadto pisane bardzo zręcznie pod względem metod „wpajania” wiedzy czytelnikowi. Działy są odpowiednio zapowiadane, podsumowywane, ważniejsze informacje powtarzane i wyróżnione.

Czytelnik stale zapewniany jest, że szybkie czytanie to jedna z najważniejszych umiejętności, jakie w życiu posiądzie, że jego mózg i oczy są tworami absolutnie niesamowitymi, że ma olbrzymi potencjał, niedługo stanie się ekspertem i właśnie teraz „awansował”, a więc wybiera się do „królestwa superszybkiego czytelnika”. Wywody często ilustrowane są prezentacją wyników ciekawszych badań nad ludzkim umysłem oraz przedstawieniami najwybitniejszych i najszybciej czytających słynnych osób.

Konieczny do zaznaczenia jest fakt, że nie pada ani jedno słowo o tym, że ludzie przedstawiani w niezwykle ciekawych anegdotkach mogli w rzeczywistości mieć poważne problemy w przystosowaniu się do otaczającego świata. Na przykład osoba, która zapamiętywała co do słowa całą treść czytanych książek, nie potrafiła nadążyć ze zrozumieniem zwykłej konwersacji. Całkowicie pominięta zostaje ciemna strona owego geniuszu, od opisu której nie stronią choć trochę poważniejsze publikacje, jak na przykład „Wprowadzenie do psychologii” Gerda Mietzela. Niezwykle ciekawe jest to, że w niektórych podręcznikach szybkiego czytania lub szybkiej nauki jednostki dysfunkcyjne, powszechnie uważane za chore, zostają przedstawione jako wzór.

Znajdziemy w owych książkach wiele informacji z którymi nie sposób polemizować. Do najbardziej oczywistych, a tym samym – przynajmniej moim zdaniem – najbardziej wartościowych należą informacje, że podczas czytania ważna jest koncentracja, dopasowanie biurka i fotela, odpowiednia postawa ciała, oświetlenie itp. Banalne? Bez wątpienia, ale nie sądzę, by zwracanie na to uwagi było czymś niewłaściwym, tym bardziej, że poprawa czynników zewnętrznych niewątpliwie wpłynie pozytywnie na proces obioru każdej lektury. Znacznie więcej wątpliwości budzi to, co często jest określane kolejnym stopniem nauki czytania – do którego większość czytelników nie jest przyuczana (jeżeli oczywiście nie sięgnie po kurs szybkiego czytania). W skrócie, polega on na błyskawicznym przebieganiu wzrokiem po tekście bez skupiania się na wyrazach, podobnie jak to czynimy przy przeglądaniu książki telefonicznej lub podczas szukania hasła w encyklopedii. Treść zdań, według autorów, powinna być przekazywana bezpośrednio do podświadomości.

Oczywistością jest, że takie czytanie musi budzić wątpliwości wśród badaczy literatury. Tony Buzan wyraźnie zdawał sobie z tego sprawę, skoro kilkakrotnie podkreśla w swoim kursie, że szybkie czytanie może być zastosowane do literatury pięknej oraz, że wbrew pozorom nie zatraca się wówczas przyjemności płynącej z czytania. Właściwie podobne zapewnienia miałem okazję już nieraz słyszeć podczas prezentacji, mających na celu zareklamowanie – często kosztujących niemało – kursów przeprowadzanych na żywo.

Najczęściej prędkością docelową jest czytanie jednego tysiąca słów na minutę, czyli mniej więcej pięciokrotność prędkości „zwykłego czytelnika”. Tak zwane czytanie fotograficzne zapowiada nawet prędkość dwudziestu pięciu tysięcy słów na minutę. Tutaj nie ma miejsca na delektowanie się tekstem, zatem nie bez powodu użyta zostaje czasem terminologia militarna, na przykład „błyskawiczna wojna z górą czasopism”. Czytany tekst przestaje być partnerem i przyjacielem – staje się wrogiem, którego musimy pokonać, którego musimy pożreć, przetrawić i odrzucić po to, by stawić czoła przeważającym siłom nieprzyjaciela (góra czasopism i książek, których jeszcze nie czytaliśmy). Satysfakcja z przeżycia z nieomal intymnego obcowania z dziełem literackim ustępuje miejsca prymitywnej satysfakcji zwycięzcy, pastwiącego się nad zwłokami wroga.

Pytanie, gdzie tutaj miejsce na prawdziwe poznanie literatury? Pozwolę sobie przytoczyć obszerniejszy fragment z książki „Podręcznik szybkiego czytania” Buzana: „Wiele osób twierdzi, że szybkie czytanie powieści nie jest możliwe, ponieważ w takim przypadku traci się znaczenie i nie zauważa rytmu języka. Trudno bardziej mijać się z prawdą. Powieść można porównać do oceanu. Małe fale pluskające o brzeg są w rzeczywistości unoszone na falach dziewięciokrotnie od nich dłuższych. Z kolei dziewięć takich fal unosi się na falach jeszcze większych, a z tych również dziewięć składa się na jeszcze większą. Długość niektórych fal oceanicznych wyraża się w milach. Podobnie jest z powieścią. Rytm języka jest niczym fale na powierzchni. Pozostałe, szersze rytmy stanowią głębsze elementy powieści. Szybki czytelnik potrafi docenić je wszystkie.” Zatem nieważne są dla nas mniejsze fale rytmu, najważniejsza jest ta jedna, dominująca. Nietrudno odczytać prawdziwy sens tego – tak poetycznie zamaskowanego – fragmentu: „Po co wnikać w powieść, skoro wystarczy nam ogólny o niej sąd?”

Jak łatwo się domyślić najwyraźniejszą przeszkodą o którą rozbija się tak prowadzona machina szybkiego czytania jest poezja, w której – przynajmniej w opinii powszechnej – rytm ma znacznie większe znaczenie, a przeoczenie jakiegoś detalu może doprowadzić do niezrozumienia sensu całego utworu. O ile do tej pory wizerunek Tony’ego Buzana mógł rysować się skrajnie niekorzystnie, o tyle gdy przechodzi on do działu poświęconego poezji, widzimy, że daleko mu do ignoranta, który literaturę jedynie przegląda. Początkowo wyśmiewa on czytanie wolne: skoro tempo mówienia to około dwieście słów na minutę, to nie ma sensu lektura w tempie stu słów, bo i wtedy zatraca się rytm(!). Jeżeli sprawa zostaje postawiona w ten sposób, to samo nasuwa się pytanie, ilu ludzi mówi z prędkością tysiąca słów na minutę, skoro taka prędkość miała być punktem docelowym? Z czasem jednak Buzan przedstawia cztery kolejne czynności, które winien wykonać czytelnik podczas odbioru poezji: „1. Zacznij od bardzo szybkiego wstępnego przejrzenia, umożliwiającego ci zorientowanie się, mniej więcej o czym traktuje wiersz i do czego zmierza. 2. Następnie przeczytaj go szybko, lecz bardziej dokładnie, aby zyskać dokładniejsze pojęcie o sposobie powiązania wersów i rozwoju rytmu. 3. Teraz pozwól sobie na powolną wędrówkę przez wersy, koncentrując się na obszarach wartych szczególnego zainteresowania. 4. Przeczytaj utwór na głos.” Szczególnie ten ostatni punkt zasługuje na wyróżnienie. Jak widać w tym momencie wszystkie budowane do tej pory teorie o konieczności defonetyzacji procesu czytania zostają zburzone. Czytanie na głos utworu całkowicie uniemożliwia szybki odbiór. Ba! Nie dość, że finalna lektura odbywa się na głos, to jeszcze jest poprzedzona trzema czytaniami wstępnymi.

Czyżby poezja pokonała naukę szybkiego czytania? Chyba tak, skoro sam autor kursu podaje bardzo interesujący przykład, porównując literaturę (także prozę!) z muzyką: „Nie wyrzucamy przecież nagrania V Symfonii Beethovena po jednokrotnym przesłuchaniu, z triumfalnym okrzykiem »Zrobiłem to z prędkością 33 obrotów na minutę!«”. Ostateczną oznaką kapitulacji Buzana jest finalne zdanie tego rozdziału – tuż przed podsumowaniem: w trakcie lektury literatury i poezji „zapomnij o szybkości i zarezerwuj je na okazje, gdy czas nie będzie cię naglił”.

Buzan nie porusza natomiast innej, równie ważniej sprawy. W momencie, gdy literaturę przyswajamy szybko, ignorowane są wszelkie zabiegi autora mające na celu przedłużenie akcji, wzmożenie napięcia. Kilkadziesiąt stron podczas których czytelnik przeżywa uczucia głównego bohatera i zastanawia się nad tym, co wydarzy się dalej zredukowane zostaje do kilku niewiele znaczących minut. Przypomina to trochę oglądanie filmu przy zwiększonej prędkości. Pozostaje jeszcze pytanie, czy szybkie czytanie nie jest wyrazem braku szacunku dla czytanego autora? Czy nie ma znaczenia trud, który autor wkłada w odpowiedni dobór słów?

Wracając do pytania, które powstało na skutek przytoczonej wcześniej opinii pewnego wykładowcy literatury: Czy szybkie czytanie naprawdę jest zabójstwem prawdziwego czytelnika? Bez wątpienia tak, a nawet gorzej – jest zabójstwem samej literatury: umiera przyjemność tekstu, umiera radość wczuwania się w warstwę brzmieniową utworu i w finale umiera sam utwór, z którego zostaje jedynie niekompletna warstwa fabularna. Jej przyswojenie ma dla czytelnika takie same walory, co przeczytanie streszczenia. Najciekawsze w tym wszystkim zdaje się to, że autorzy kursów, o ile sami cenią literaturę, zgodni są, że szybkie czytanie prozy i poezji mija się z celem i nie daje przyjemności. Tym samym wcześniejsze zapewnienia, że wcale tak nie jest, okazują się tylko chwytem marketingowym i naprawdę godny głębszej refleksji jest fakt, że nawet tak poważany w omawianej przeze mnie grupie, jak Tony Buzan w obrębie jednej książki potrafi tak dobitnie zaprzeczać samemu sobie.

Co zatem osoba kochająca książki może zrobić z nowo nabytą umiejętnością superszybkiego czytania kilku tysięcy słów na minutę lub nawet strony na sekundę, a ponad dwustustronicowej książki w pięć minut? Na pewno nie powinna próbować za jej pomocą zabijać literatury pięknej. Może warto rozważyć natomiast zarezerwowanie tak cudownej umiejętności jedynie do czytania książek o superszybkim czytaniu, skoro sami ich autorzy mówią nam implicite, że właśnie tyle uwagi tak naprawdę wymagają ich „dzieła”.