ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (60) / 2006

,

COMA

A A A
„Zaprzepaszczone siły wielkiej armii znaków”, Sony/ BMG 2006.
Na początek słów kilka o albumie od zespołu: Promowane cukierkowym singlem "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków" ukrywają skrzętnie swoją majestatyczną tajemnicę. Potęga klimatów zmieszana z poetyckimi, napełnionymi zadumą i nadzieją tekstami. Ogromna dojrzałość aranżacji, swoboda przekazu i wielkie przestrzenie splecione z klimatycznym zabarwieniem progresywnej agresji.

Dziesięć bezkompromisowych utworów o wielorakiej interpretacji. Nieokiełznany art rock inspirowany mistrzami gatunku, w nowym, nieznanym dotąd wydaniu.
"Zaprzepaszczone siły" wycelowane prosto w serce komercji, album dla wybrańców. Promowany jedynie przez przyjaciół oraz niczym nieskrępowane i odważne media.

"Wielka armia" misternie zagranych dźwięków połączonych w nietypowy concept album. Świetna realizacja dźwięku i charakterystyczne brzmienie.
"Święte znaki" prowadzą w zakamarki umysłu, pozwalając obcować ze sobą w bezpiecznej przestrzeni, dając uczucie oderwania od rzeczywistości, wzniesienia się ponad szarość dnia.

"Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków" to album dla wymagających. To rozpoznawalny styl zespołu w nowej odsłonie. Nic już nie będzie takie samo, pokochasz lub zapomnisz.


Jak określić tę notatkę? Bufonadą, bełkotem, naigrywaniem się ze słuchacza, czy też wysublimowanym poczuciem humoru schowanym pod drugim dnem? Podstępem, oszustwem, świadomym działaniem na szkodę drugiej osoby?
Coma nie pozostawia cienia wątpliwości, że nie chce wyjść poza ramy metalowo-grunge’owego patosu, okraszonego pretensjonalnymi solówkami, rozdętego niczym wagnerowskie opery, stając się tym samym przedstawicielem konserwatywnego, muzycznego betonu odpornego na wpływy, zmiany i oddziaływanie zjawiska różnorodności i otwartości w muzyce. Pozostaje w kręgu muzyki przyciężkawej i niestrawnej. A przecież można grać mocno i agresywnie zyskując nowe, muzyczne rejony. Można być otwartym i pokazywać nowe drogi. Przykład? Chociażby Mike Patton. Ale kto by się tu nim przejmował, szczególnie, że teraz próbuje swoich sił w popie, a na dodatek jego wizerunku nie sprzedaje się w Polsce na czarnych koszulkach.

Wróćmy jednak do łódzkiego zespołu. Rogucki podkreśla sztubacki dramatyzm tekstów swoim vibrato, ryczy niczym ranny jeleń. Uskutecznia licealny werteryzm. Wznosi buńczuczne okrzyki i wojownicze, vedder’owskie zaśpiewy. Chce być bardziej papieski od samego papieża. Im bardziej się napina i tragizuje, tym częściej przekracza granicę śmieszności (podobną przypadłość ma niejaki Michał Wiśniewski). W wywiadzie dla muzycznej telewizji wyjaśnił, że muzyka na ten album była nagrana z serca. Ilekroć słyszę to stwierdzenie, tyle razy odbezpieczam pistolet. Ilekroć słyszę to stwierdzenie, tyle samo razy zawodzę się na danej muzyce. Z utęsknieniem czekam na płytę wykonawcy, który powie, że jego muzyka płynie z głowy, z mózgu, a serce jest rzeczą, która co najwyżej pozostaje w kręgu zainteresowań prof. Religii.

Nie podzielam również zachwytów nad realizacją tej płyty. W kilku utworach niektóre bębny brzmią jakby nie zostały w ogóle zmiksowane, a bas słychać tak, jakby basista zapomniał włączyć wzmacniacz. Być może to jakiś nowy, prekursorski trend w nagrywaniu, choć nie sądzę, bo nie podejrzewam Comę o jakiekolwiek eksperymenty. Muzykom zespołu jestem wdzięczny za jedną rzecz. Utwory Comy są na szczęście na tyle gitarowo skomplikowane, że wszelkiej maści uliczni i ogniskowi „gitarzyści” będą omijać je szerokim łukiem.