ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (61) / 2006

Daniel Brożek,

THIS IS NOT A COVER

A A A
Nouvelle Vague “Bande à part”. Peacefrog, 2006; Señor Coconut and his Orchestra “Yellow Fever”, Essay, 2006.
„This Is Not a Cover ...” – tym wersem kończy się przeróbka przeboju „Never Let Me Down Again” Depeche Mode w wykonaniu the Complainera (nowe wcielenie Wojtka Kucharczyka). Przeróbka muzyczna (ang. cover), a raczej zapożyczenie tekstu do zupełnie nowego utworu, ukazującego znany hit w nowym kontekście dźwiękowym i stylistycznym. Metoda ta, bliższa postmodernistycznym ideom plądrofonii Johna Oswalda niż tradycyjnym coverom obecnym w muzyce popularnej od jej początków (Presley i the Beatles zaczynali wykonywaniem cudzych kompozycji), jest coraz częściej stosowana i doczekała się już wielu ciekawych realizacji. Wiosna 2006 roku przyniosła premiery dwóch płyt doskonale wpisujących się w ten nurt. Oba projekty z założenia zajmują się przerabianiem cudzych utworów, czyniąc to w sposób nadzwyczaj oryginalny i intrygujący.

Nouvelle Vague początkowo było pojedynczym projektem, pomysłem na płytę zawierającą covery post-punkowych przebojów z lat 80. (Joy Division, Depeche Mode, the Cure, the Clash, Dead Kennedys, Tuxedomoon) zaaranżowanych w stylowych rytmach bossanovy i zaśpiewanych słodkimi głosami trzech uroczych Francuzek. Wydany w 2004 roku własnym sumptem album okazał się sporym sukcesem komercyjnym (ponad 200 tysięcy sprzedanych egzemplarzy) i artystycznym. Punkowe i noworomantyczne piosenki zagrane w ciepłych, brazylijskich rytmach znalazły uznanie we wszystkich światowych magazynach muzycznych, zyskały też zaproszenie przez samego Davida Byrne'a do jego wytwórni Luala Bop. Sukces krążka zmobilizował producentów, Marca Collina i Oliviera Libauxa, do nagrania kontynuacji. Płyta „Bande a Part” (tytuł, podobnie jak nazwa grupy, nawiązuje do twórczości filmowej Jeana-Luca Godarda) zawiera i tym razem utwory z lat 80. Jednak ich zakres stylistyczny nie ogranicza się jedynie do bossanovy (chociaż obecnej np. w „Blue Monday” Now Order czy „Let Me Go” Heaven 17). Na płycie mamy rytmy karaibskie („Waves” Blancmange), jamajskie („Heart of Glass” Blondie), paryskie chansons („Fade to Grey” Visage), rocksteady („Dancing with Myself” Billy Idola), knajpiany blues („Human Fly” the Cramps) czy nawet bardziej współczesne, elektroniczne rytmy, np. „Bela Lugosi is Dead” Bauhausu miejscami brzmi, jakby wyszedł spod ręki Trenta Reznora. Wszystko w dopieszczonych studyjnie aranżacjach, ponownie zaśpiewanych żeńskimi głosami (niektóre z nich pojawiły się na pierwszej płycie), ponownie porywających lekkością i błyskotliwością stylistycznych skojarzeń. Nadal zachwycają gęste partie perkusyjne, tak ważne na pierwszym albumie. Na całe szczęście poszerzony zakres gatunkowy płyty nie odbił się na jakości muzyki, być może zapewni jej jeszcze większy sukces. Tym bardziej cieszy fakt, że Collin obok murowanych przebojów (Blondie czy New Order) umieścił zespoły niesłusznie zapomniane (jak The Sound czy Lords of the New Church) lub dotąd nie kojarzone z muzyką pop – „Ever Fallen in Love” punkowego Buzzcocks (chyba największy przebój na płycie) czy nowofalowy Bauhaus. Słowem spora gratka dla osób ciekawych tego, ile można wycisnąć z pozornie prostych piosenek epoki syntezatorów i punkowych riffow. Pokazująca, że nawet hałaśliwi punkowcy pisali piękne piosenki. Zaś słuchaczy zauroczonych nouvelle vague nie muszę przekonywać – „Bade a Part” jest udanym rozwinięciem tych pomysłów.

Trzeba jednak przyznać, że mimo swojej pomysłowości twórcy Nouvelle Vague są dość ostrożni w tworzeniu coverów. Podmiana kontekstów, której dokonują, jest dość łagodna, nie szokuje, raczej mile łechce spostrzegawczość słuchacza. Dużo bardziej odważny jest mieszkający w Chile Uwe Schmidt, artysta nagrywający pod wieloma pseudonimami muzykę w przeróżnych stylistykach, który wymyśla z pozoru karkołomne hybrydy gospel z click'n'techno (Geeez'n'Gosh), dixieland ze współczesną elektroniką (ostatnia płyta duetu Flanger), pop śpiewany przez syntezator mowy (Lassigue Bendthaus) czy kompozycje niemieckiej grupy Kraftwerk z cha-cha. To ostatnie stało się znakiem rozpoznawczym jego projektu Señor Coconut, w ramach którego w roku 2000 na płycie „El Baile Alemán” (czyli „Roztańczeni Niemcy”) w gorących latynoskich rytmach przewrotnie zinterpretował przeboje Kraftwerku, czyniąc z piosenek robotów rasowe samby i rumby. Co ciekawe, płyta brzmiąca niezwykle żywo, tak jakby grał na niej cały sztab instrumentalistów, faktycznie została nagrana na syntezatorze i sekwencerze Akai.

Shmidt próbował powtórzyć wielki sukces Coconut trzy lata później albumem „Fiesta Songs”, pełnym utrzymanych w podobnym stylu piosenek Prince`a, Johna Lennona, Sade czy Deep Purple. Mimo podobnej dozy humoru (riff „Smoke On The Water” zagrany na marimbie rozłoży na łopatki nawet zatwardziałego harlejowca), albumowi zabrało mocnego konceptu. Po drugie, pod względem muzycznym nie wnosił nic nowego i mimo przebojowego repertuaru spotkał się z gorszym przyjęciem krytyki. Jednak na najnowszej płycie „Yellow Fever” Schmidt odświeżył formułę projektu Señor Coconut. Po pierwsze sięgnął po materiał równie mocno określony stylistycznie co Kraftwerk – japońskich pionierów electro-pop Yellow Magic Orchestra, dawny projekt Ryuichi Sakamoto. W dodatku w przypadku utworu „Firecracker” mamy do czynienia z podwójnym coverem, gdyż ta kompozycja Martina Denny’ego (ojca nurtu exotica) była grana również przez YMO (i to ona, przerobiona w 1979 roku na elektroniczne brzmienia stała się ich największym przebojem). Po drugie Schmidt zdecydował się na covery samego Coconuta – we wstawkach między utworami pojawiają się fragmenty utworów ze wcześniejszych płyt Señor Coconuta, przerobione powiedzonka czy różne interpretacje i konotacje słowa „coco” w stylu „Coco From the Man Is one Banana and Two Coco”. By podkreślić przewrotność tego projektu, Schmidt zaprosił do nagrań wszystkich trzech członków Yellow Magic Orchestra, by to oni zagrali swoje kompozycje w rytmach salsy i cha-cha. Podejście tym bardziej egzotyczne, że YMO, zwani często japońskim Kraftwerkiem, linie melodyczne osadzali w skalach muzyki japońskiej. To zuchwałe połączenie tradycji latynoskiej i japońskiej, z pozoru karkołomne, Coconutowi wychodzi niezwykle sprawnie i przekonywująco, przede wszystkim dzięki doskonalonemu przez lata warsztatowi realizatorskiemu w traktowaniu nowoczesną elektroniką odległych muzycznie obszarów. Dodatkowo na płycie pojawia się wielu muzyków związanych z muzyką elektroniczną (japończyk Towa Tei, Burnt Friedman z Flangera, duet Mouse on Mars, Akufen czy znana z Nouvelle Vague Marina), dodających pikanterii swymi pomysłami tej zwariowanej interpretacji latynoskich rytmów. Albumem „Yellow Fever” Schmidt ponownie udowodnił, że nie ma sobie równych w wymyślaniu nowych kontekstów dla klisz muzyki pop, a tym bardziej w błyskotliwości i rozmachu realizacji tych pomysłów.