ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (199) / 2012

Oskar Kalarus,

POWIEŚĆ KATARYNKA

A A A
„Przyzwyczaisz się. Nie sądzę, powiedział Hans, jestem tu przejazdem. Przyzwyczaisz się, powtórzył Álvaro, ja jestem tutaj przejazdem od ponad dziesięciu lat”. Mimo że Andrés Neuman jest pisarzem znanym w Hiszpanii już od paru lat, a „El viajero del siglo” jest już jego czwartą powieścią, „Podróżnik stulecia” (bo tak brzmi polski tytuł) jest prawdopodobnie pierwszą próbą zapoznania polskiego odbiorcy z autorem. Próbą, co pozwolę sobie zauważyć już teraz, nie do końca udaną.

Na sam początek przytoczę fragment z opisu znajdującego się na ostatniej stronie okładki: „Andrés Neuman tworzy kulturową mozaikę podporządkowaną emocjonującej fabule, pełnej zaskakujących zdarzeń, humoru oraz fascynujących postaci, a wszystko to za pomocą pełnego świeżości stylu, który czaruje dojrzałością językową i plastycznością wyrazu. Całości dopełnia literatura i niezapomniana miłość, której płomień z taką samą dzikością trawił będzie łóżko, co książki, a także zmyślony świat, w którym jak w soczewce skupiają się konflikty nowoczesnej Europy”. W całej książce nie znalazłem tyle humoru, ile musiało cechować autora opisu. Sprawia on, że czytelnik podchodzi do książki z całkiem innymi oczekiwaniami niż ona wymaga... Ale przejdźmy do samego początku.

Główny bohater, Hans, przyjeżdża do miasteczka Wandernburg. Miejsce fascynuje od samego początku swoją niedookreślonością: nie ma wyznaczonych długości i szerokości geograficznych ze względu na swoje nieustanne przemieszczanie się. Nawet ulice i budynki w samym mieście nieustannie zmieniają położenie, a przynajmniej takie wrażenie odnosi każdy nowoprzybyły wędrowiec. Przestrzeń ma niewątpliwie labiryntowy charakter – wchłania podróżnika i zatrzymuje go w sobie na znacznie dłużej niż zakładał początkowy plan podróży. Poetyckość niektórych fragmentów wyraźnie wzmaga oniryczny nastrój: „Gdyby zbliżył się do sufitu ze świecą, zobaczyłby zwieszające się z belek ogromne pajęczyny. Schowany wśród nich pająk prządł sen Hansa, nitka po nitce”. Wszystko w Wanderburgu jest umowne: miejsca, czas, ludzie. Miasto jest jak sen snuty przez pająka z powyższego cytatu. Zarówno motyw snów jak i pajęczyny przewija się w powieści kilkukrotnie i ma niewątpliwe znaczenie dla interpretacji całości.

Mimo że głównym bohaterem jest podróżnik, samej podróży brak jest w opowieści. Niewiele dowiadujemy się też o przeszłości Hansa. Można nawet uznać, że ze względu na metaforyczny charakter postaci, nie ma ona większego znaczenia. Hans zakochuje się w jednej z mieszkanek Wanderburga, Sophie, i żeby się do niej zbliżyć, zaczyna odwiedzać salon, w którym dyskutuje się o książkach i polityce. Do tego dochodzi jeszcze znajomość Hansa z Álvarem (przybyłym do Wanderburga Hiszpanem) i ulicznym kataryniarzem, prawdopodobnie jedyną rzeczywiście interesującą postacią w powieści. Praktycznie wszystkie wydarzenia książki obracają się wokół tych trzech znajomości, przez co bez wątpienia nie można mówić o „emocjonującej fabule”. Nawet najbardziej (przynajmniej w teorii) porywający wątek – romansu Hansa z Sophie – jest absolutnie banalny i przewidywalny. Bohaterowie przez swoją uniwersalność są mało fascynujący, można więc odnieść wrażenie, że autor manifestacyjnie traktuje ich jak marionetki, które mają po prostu odegrać swoją rolę i wygłosić kwestię. Nie czujemy do nich ani sympatii ani niechęci. Nie porywają również salonowe rozmowy. Przywoływane co raz nazwiska wielkich myślicieli i autorów służą osobom mówiącym jedynie jako poparcie własnej tezy lub pretekst do wygłoszenia sądu. Niekoniecznie jednak trzeba traktować to jako zarzut wobec książki. Zdaje się, że jest to zabieg celowy, autor drwi z oczekiwań czytelnika. Powieść osadzona w XIX wieku wcale nie ma być powieścią przygodową, a Hans wypowiadający poniższe słowa stanowi być może porte-parole autora: “Myślę, że przeszłość nie powinna być rozrywką, ale labolatorium, w którym analizuje się teraźniejszość”.

Wbrew opisowi na okładce, to nie fabuła jest najważniejsza, nie humor i nie „niezapomniana miłość”, ale słowa. Hans podróżuje ze skrzynią, w której chowa liczne książki, pisze teksty na temat poetów, tłumaczy ze wszystkich ważniejszych języków europejskich, a i romans jest tak naprawdę tylko metaforą. Prawdziwym bohaterem książki jest słowo, język i podróż przez literaturę. Główną przyjemność czytelnik czerpie z rozszyfrowywania znaczeń kryjących się za postaciami, a nie ze śledzenia ich losów. Kim na przykład jest kataryniarz, który mieszka samotnie (z psem) w jaskini, interpretuje sny, a katarynki używa do przywoływania historii? Katarynka jest jednym z najważniejszych motywów w powieści, trzeba przyznać, że umieszczenie jej na okładce książki jest w pełni uzasadnione. Czy stary kataryniarz jest prawdziwym opowiadaczem? Czy może bardziej ma symbolizować czytelnika, który tylko dzięki nabytej wiedzy i życiowemu doświadczeniu potrafi z tekstu (wałka katarynki) wydobyć prawdziwy sens (melodię)? Gdy Hans próbuje zagrać, instrument wydaje zgrzyt – mimo odwiedzenia niezliczonych krajów i znajomości wielu języków, nie potrafi dorównać staremu kataryniarzowi: „W rytm obrotów korbki toczyły się dni, przerywane, ciągłe (...)”.

Pomysł na uczynienie głównym bohaterem opowieści słowa nie jest oczywiście nowy. Specjalnie odkrywcze nie jest także budowanie paraleli między tworzeniem tekstu, tłumaczeniem, a pożądaniem jak najbardziej fizycznym. Niewątpliwie słabym punktem tej książki jest jednak to, że na przykład w znakomitej „Lolicie”, nawet po odarciu opowieści z metaforycznej wymowy i wspaniałego, poetyckiego stylu Nabokova, pozostaje jeszcze pasjonująca fabuła, a w „Podróżniku stulecia” po odjęciu tych samych elementów nie zostaje nic. Chyba, że komuś wystarczy czytanie o „niezapomnianej miłość, której płomień z taką samą dzikością trawi łóżko, co książki”, mało porywające polemiki bohaterów i (czasem nawet kilkuwersowe) opisy jąder głównego bohatera (zresztą nie tylko jego). Oczywiście, to tylko moja interpretacja, prawdopodobnie charakterystyczna dla każdej osoby fascynującej się językami i literaturą. Dla niektórych ważniejszy będzie kontrast, jaki stanowi „oczytany” Hans wobec „mądrego” kataryniarza. Pozostałe motywy – jak już wspomniałem – są nieraz poruszone tak płytko i sztampowo, że trudno mi uwierzyć, by ktoś traktował je jako główne wątki książki.

Wróćmy jeszcze raz do opisu na okładce: „Andrés Neuman tworzy (...) a wszystko to za pomocą pełnego świeżości stylu, który czaruje dojrzałością językową i plastycznością wyrazu”. Głosi napis na okładce. Trzeba by w tym momencie przejść do prawdopodobnie najbardziej newralgicznego punktu powieści. Rzeczywiście jej styl i wyczucie językowe są często podkreślane. Niestety, niezależnie od walorów oryginału, styl językowy polskiego wydania jest co najwyżej obojętny. Często można wyczuć zgrzyt między poetycką treścią opisu, a banalnością użytych wyrazów, zaś prostota niektórych partii jest niebezpiecznie bliska prostactwu (zwłaszcza przy pornograficznych deskrypcjach życia seksualnego bohaterów). Niektóre akapity mogą wywołać na ustach czytelnika co najwyżej uśmiech politowania nad niezręcznością opisu. Jeżeli w tym tkwi reklamowany na okładce humor powieści, trzeba przyznać, że jest to żart opowiedziany z iście grobową miną.

Niektóre fragmenty mogą budzić żywe zdumienie czytelnika, np.: „Czyż nie można emocjonować się, zrozumiawszy fatalizm, jaki kryje się w roszadach takich jak szach i mat?” Szach i mat zostały włączone w poczet roszad? Przeczytanie takiego zdania nasuwa myśli czytelnika dosyć ciężkie oskarżenie: czyżby autor posługiwał się słownictwem, którego nie rozumie? Bynajmniej. Porównajmy tę partię z tekstem oryginalnym: „¿No es posible emocionarse comprendiendo la fatalidad de un jaque mate?” Jak widać, niezwykle kompromitujące włączenie szachu i matu (?) czy też szach-matu w roszady jest zabiegiem dokonanym dopiero na gruncie polskim. Pytanie tylko po co wstawiać słowo „roszady”, skoro nie dość, że w ogóle nie pasuje, to jeszcze nie ma go w tekście oryginalnym?

Trzeba też zaznaczyć, że polskiemu czytelnikowi drukarski chochlik postanowił dodatkowo uprzykrzyć lekturę. O ile zwykłe literówki nie są niczym nadzwyczajnym (każdy się domyśli, że na przykład zamiast „ciesz” powinna być „ciecz”), o tyle zmiana płci bohaterów na przykład „powiedział Sophie”, przy takiej samej formie mianownika i dopełniacza imienia Sophie oraz przy specyficznym sposobie zapisu dialogów wprowadzają małe zamieszanie. Zastanawiać nas może więcej rzeczy, np. dlaczego postanowiono umieścić przypis redakcji przy wyrazie tilbury na stronie 250, skoro kilka razy wcześniej (pierwszy raz na stronie 98) zdążył się on już pojawić bez objaśnienia?

Podsumowując, trudno jednoznacznie ocenić „Podróżnika stulecia”. Z jednej strony otrzymujemy płytkie czytadło, które z ledwością potrafi zachęcić do poznania następnych akapitów, z drugiej jednak pojawiają się wyraźne wskazówki, że tekst może mieć znacznie większą wartość w języku oryginału (co, nawiasem mówiąc, jest raczej małym pocieszeniem dla polskiego czytelnika, który chce poznać książkę w języku rodzimym). Trudno wyzbyć się wrażenia, że wędrówka „El viajero del siglo” z Grenady do Polski przypomina szachową roszadę w wyniku której król (właściwy tekst) zostaje zastawiony przez golemiczną wieżę (polska edycja), która znacznie utrudnia, czy nawet uniemożliwia dotarcie do sedna. Choć bez dokładnej analizy tekstu oryginału, która oczywiście nie stanowi przedmiotu tej recenzji, nie można wykluczyć, że na wałku melodycznym naszej katarynki od początku była nabita fałszywa melodia.
Andrés Neuman: "Podróżnik stulecia". Przeł. Magdalena Okła. Wydawnictwo Dobra Literatura. Słupsk 2011. Andrés Neuman: "El viajero del siglo". Alfaguara 2010.