Wydanie bieżące

15 maja 10 (202) / 2012

Piotr Przytuła,

„BÓG-ZEBRA”, ZŁY DEMIURG I TEODYCEA W KOSTIUMIE S-F

A A A
Jak mówić o Bogu językiem kultury masowej? Oto jedno z głównych pytań, na które próbuje odpowiedzieć w swojej najnowszej książce Dominika Oramus. Autorka zdaje się twierdzić, iż fantastyka naukowa, która jest przecież częścią kultury masowej, już dawno wypracowała narzędzia pozwalające na prowadzenie dysput teologicznych. Podpisuje się tym samym pod opinią największego mistyka science fiction, Philipa K. Dicka, który uważał, iż istotę Boga uchwycić można jedynie stosując środki artystyczne właściwe „tandetnej kulturze popularnej”. Nie wszystkim jednak pisarzom dana jest odpowiednia wrażliwość – science fiction jedynie „w rękach przenikliwych i odważnych twórców staje się narzędziem pozwalającym odnaleźć Boga w śmieciach” (s. 261).

Mimo iż badania kultury masowej na dobre zagościły w polskim dyskursie akademickim, to analizie związków sfery sacrum z popkulturą ciągle towarzyszy wiele zagrożeń, wynikających z przełamania pewnego tabu (nienaruszalności religii) i obawy przed interpretacjami obrazoburczymi. Autorce „Imion Boga” owych pułapek udało się uniknąć – tam gdzie inni ograniczają się do wartościowania lub w ogóle nie podejmują dyskusji, Oramus dokonuje obiektywnej, akademickiej analizy, a oceny sprowadzają się tutaj jedynie do kwestii poziomu artystycznego opisywanych przez autorkę dzieł literackich. Co prawda, jak twierdzi badaczka, popkultura faktycznie jest źródłem szumu informacyjnego i nie pozwala odbiorcy na skupienie, jednak to właśnie w tym natłoku informacji znajduje się „zaszyfrowany przekaz o prawdzie” (s. 228).

Tłumacząc zawiłe fabuły powieści science fiction w kontekście występujących w nich nawiązań biblijnych, Oramus dokonuje rozróżnienia rodzajów owych odniesień. Jedne bowiem tylko dryfują po powierzchni religijnych odmętów, stanowiąc jedynie pewną stylizację czy element porównania, inne natomiast to nowe realizacje sytuacji biblijnych, ujawniające tę samą mistyczną głębię w realiach pozornie pozbawionego metafizyki, stechnicyzowanego świata fantastyki naukowej. To temu drugiemu rodzajowi nawiązań Oramus przypisuje znaczenie nadrzędne i czyni faktycznym przedmiotem opisu.

Traktaty teologiczne w otoczce science fiction tworzą m.in. Clive Steaples Lewis („Z milczącej planety”, „Perelandra”), Frank Herbert („Diuna”), William Gibson („Neuromancer”), Kurt Vonnegut („Slapstick”) i przede wszystkim Philip K. Dick. Twórczość kalifornijskiego pisarza zajmuje uprzywilejowane miejsce wśród rozważań znajdujących się na kartach książki Oramus – w zakończeniu autorka wprost artykułuje ten fakt, twierdząc, iż „Dick to najważniejszy przedstawiciel fantastyki religijnej” (s. 294). Mistyczna, intertekstualna i frapująca (choć też nierówna, momentami reprezentująca bardzo niski poziom artystyczny), twórczość autora „Ubika”, mitologizowana dodatkowo niezwykłą biografią pisarza, utwierdza czytelnika w przekonaniu, że uczynienie Dicka punktem odniesienia dla narracji książki jest słuszną taktyką.

Kluczową jednak koncepcją opisującą zarówno historię ujawniania się religii w prozie science fiction i narrację „Imion Boga” jest teoria spirali. Religia na kartach fantastyki naukowej pojawia się i znika, a okresy głębokich analiz przerywane są ujęciami trywialnymi. To także wieczne powroty tych samych problemów, jednak w nowych okolicznościach historycznych. Wymienieni wyżej autorzy, za pomocą odpowiedniej kreacji świata przedstawionego, podejmują refleksję nad zagadnieniami grzechu pierworodnego, społeczności, gdzie dokonało się odkupienie czy obowiązków misyjnych wobec tychże. Najważniejsze jest jednak przedsięwzięcie przez nich trudu futurystycznej teodycei, dla której najważniejszym problemem jest pogodzenie istnienia miłosiernego Boga z obecnością zła. O ile odpowiedź na pytanie unde malum? nie zawsze bywa przez pisarzy udzielona, to zazwyczaj podpowiadają oni, jak zło zwyciężyć.

W tym kontekście na pierwszy plan znowu wysuwają się mistyczne wizje Dicka przedstawione głównie dziełach powstałych tuż przed śmiercią autora, takich jak „Valais”, „Boża inwazja” czy „Transmigracja Timothy’ego Archera”. Budzić wątpliwości może religijna erudycja pisarza, który Absolutu szukał w narkotycznym transie, jednak to właśnie on, według Oramus, znalazł sposób na przezwyciężeni entropii i rozkładu. Odpowiedź wyda się prosta, może trochę naiwna, ale jest to miłość – zarówno miłość do bliźniego, caritas, jak i agape, bezwarunkowa miłość Boga do człowieka. Jak się okazuje, taki właśnie światopogląd, nietypowa wrażliwość i głębia podejmowanych rozważań religijnych, pozwalają, według badaczki, na porównanie twórczości amerykańskiego fantasty z XVII-wieczną angielską poezją metafizyczną. Nie bez powodu kluczowym dla „Imion Boga” utworem poetyckim jest „Drugie przyjście” autorstwa Williama Butlera Yeats’a.

Z rozważań podejmowanych przez badaczkę wyłania się nie tylko obraz XX-wiecznej fantastyki naukowej, ale też socjologiczna refleksja na temat współczesnych Stanów Zjednoczonych. Odnosząc się m.in. do badań Baudrillarda, Oramus stwierdza, iż Ameryka tak bardzo pragnie kontaktu z Absolutem, że aż stwarza, jak to ujął Neil Gaiman, „protezy duchowości” (s. 127) – konstrukty łączące w sobie cechy New Age, taoizmu i chrześcijaństwa. Ten pierwszy element autorka nazywa wręcz „surogatem religii”, tworzącym, w połączeniu z zalewem wielu dziwacznych doktryn i kościołów (głównie scjentologicznego), tzw. mistykę instant, która wbrew pierwotnym założeniom, wcale nie ułatwia poznania Boga.

„Imiona Boga” stanowią także przewodnik po biblijnych motywach najczęściej konsumowanych przez kulturę masową. Obok „ponownego przyjścia” i „pochwycenia”, jednym z najczęściej wykorzystywanych toposów jest oczywiście wizja apokalipsy, o czym wspomina Oramus już w swojej poprzedniej publikacji „O pomieszaniu gatunków. Science fiction a postmodernizm”. Zdaniem badaczki ludzkość od zawsze przejawiała dziwne zamiłowanie i tęsknotę do spektakularnych końców świata, czego wyraz znajdziemy w ruchach milenarystycznych. Jak stwierdza w pewnym momencie bohater „Imienia róży”, Wilhelm z Baskerville, „w naszych czasach wszyscy mają obsesję księgi Jana”. Co więcej, jeśli ów koniec świata nie nadejdzie, popkultura błyskawicznie ustali nową datę ponownego przyjścia Pana.

Warto dodać, iż w swoich interpretacjach motywów religijnych Oramus wychodzi nie tylko poza fantastykę (o czym świadczą nawiązania do takich dzieł, jak „Imię róży” Umberto Eco, „Rozbitek” Chucka Palahnika czy nawet „Kod Leonarda da Vinci” Dana Brown), ale również poza literaturę. Nie brakuje w książce wnikliwych analiz dzieł filmowych, takich jak chociażby „K-Pax”, „Matrix” czy „12 małp”. Filmową erudycję autorki potwierdza szczególnie dekonstrukcja paralel biblijnych występujących w serii „Terminator”.

Dla czytelnika zorientowanego w polskiej fantastyce wielką przyjemnością i ciekawym odkryciem będzie dostrzeżenie w prezentowych przez Oramus dziełach konceptów, które zainspirowały również rodzimych pisarzy. Jestem oczywiście jak najdalszy od stwierdzenia, iż Dukaj, Snerg, Szyda czy Huberach nie są oryginalni i przenoszą w polskie realia znane już na Zachodzie kalki. Rzecz sprowadza się raczej do wspólnoty doświadczeń. Sam autor „Lodu” stwierdził przecież, że „Jeśli młodszy brat jest podobny do starszego brata, to nie dlatego, że ukradł mu fenotyp – ale ponieważ mają tego samego ojca i tę samą matkę. Literatura, kino, komiks, muzyka, kultura, nauka świata zachodniego końca XX wieku – wszyscy mamy takie same geny”.

Dla fantastyki naukowej XXI wieku chrześcijański Bóg na powrót stał się najważniejszym punktem odniesienia. „Gatunek zatoczył olbrzymie koło – najpierw odszedł od Boga ku chaosowi, by w chaosie odnaleźć Boga” (s. 261). Jest on na pewno obecny, co nie znaczy, że łatwo go znaleźć. To postulowany przez Dicka „Bóg-zebra”, wykorzystujący mechanizm mimikry. Tak jak lew postrzega ubarwienie zebry jako grę świateł oraz cieni w zaroślach i nie potrafi dostrzec zdobyczy nawet z niewielkiej odległości, tak współczesny Bóg egzystuje w demiurgicznej rzeczywistości, chowając się gdzieś między „wzorem płyt na chodniku, gnaną wiatrem ulotką reklamową, kiczowatą piosenką pop czy głupim filmem dla nastolatków” (s. 228).

Prekursorska praca Dominiki Oramus ujmuje rzetelnym podejściem do tematu, dając polskiemu czytelnikowi w miarę kompletny obraz anglojęzycznej twórczości fantastycznonaukowej. Nie da się też nie zauważyć badawczej pasji, dzięki której nawet treści o dużym ciężarze filozoficznym podane są w sposób przystępny. Przyjemność czytelnicza nie tylko dla badaczy fantastyki.
Dominika Oramus: „Imiona Boga. Motywy metafizyczne w fantastyce drugiej połowy XX wieku”. Wydawnictwo Universitas. Kraków 2011.