ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (211) / 2012

Wojciech Sitek,

MUZEALNI „BICEPS-BOMBERS” DO ENTEJ POTĘGI

A A A
Abstrahując od zasadności poczynionego przez dystrybutora nawiązania do kultowego w świadomości polskiego widza sformułowania (które faktycznie w filmie nigdy nie padło), można zapytać: co dzisiaj „Niezniszczalni” – gwiazdy kina akcji lat 80. i 90. – faktycznie „wiedzą o zabijaniu”?

Na szczęście (zwłaszcza dla entuzjastów gatunku) spisywani jeszcze kilka lat temu na straty (głównie ze względu na silne osadzenie aktorów w rynku produkcji direct-to-dvd) herosi wciąż jeszcze pamiętają jak strzelać z karabinów, walczyć przy użyciu broni białej oraz z wykorzystaniem własnych pięści. Choć czasem bohaterów wspomagają komputerowe efekty specjalne, rozmyślnie zastosowane oświetlenie, dynamiczna praca kamery czy zręczny montaż, to wciąż z ekranu emanuje potężna dawka testosteronu, uwydatniana przez brawurowe poczynania postaci i nagłe skoki adrenaliny. W pewnym momencie nadchodzi jednak czas refleksji. Czy pomysłodawcy projektu, Sylvestrowi Stallone, udało się reaktywować kino akcji i powrócić do czasów największej prosperity nurtu, czy też mamy do czynienia wyłącznie z efektownym, lecz pustym popisem, wydmuszką akceptowalną jedynie dla najzagorzalszych fanów kinematografii lat 80.?

„Niezniszczalni 2” to kontynuacja święcącej triumfy w amerykańskich box office’ach pierwszej części cyklu (wszelkie doniesienia z Fabryki Snów zwiastują, iż seria przybierze kształt co najmniej trylogii), która światło dzienne ujrzała w połowie 2010 roku. Zanim jeszcze pierwsi „Niezniszczalni” trafili na ekran, rozpętała się żywiołowa dyskusja, zmierzająca do ustalenia zasadności wskrzeszenia specyficznej formuły gatunkowej sprzed blisko trzydziestu lat. Śmiały pomysł sprzęgnięcia w jednej produkcji gwiazd serii filmowych „Rambo” i „Rocky” (Sylvester Stallone), „Terminator” (Arnold Schwarzenegger) oraz „Szklana pułapka” (Bruce Willis) wydał się tyleż elektryzujący co nieprawdopodobny. Mimo iż Schwarzenegger i Willis swój występ ograniczyli de facto do formy cameo, to wspólne spotkanie „trzech króli kina akcji” w wypełnionej humorystycznymi uszczypliwościami i aluzjami scenie w kościele zwiastowało możliwość pokaźnego rozszerzenia interakcji pomiędzy bohaterami w zapowiedzianym niewiele później sequelu. Mimo iż krytyka nie odniosła się do projektu szczególnie przychylnie, widzowie dali jednoznaczny sygnał: kino akcji lat 80. nadal ekscytuje (o czym zaświadczać może niemal 300 milionów dolarów wpływów ze sprzedaży biletów).

Wbrew imponującym wynikom finansowym, film nie okazał się produkcją na miarę najlepszych obrazów pochodzących z ubiegłego wieku, co więcej: porównywano go nieraz z niewiele dziś znaczącymi, sztampowymi tytułami sprzed lat. „Niezniszczalnym” zarzucano wiele: limitowany czas ekranowy niektórych aktorów, niewykorzystanie potencjału pojawiających się gwiazd kina sztuk walki (zwłaszcza uzdolnionego Jeta Li), nieścisłości fabularne, epatowanie nachalnym patosem czy zastosowanie wątpliwej jakości efektów CGI. Reżyser „Niezniszczalnych 2” w zamyśle producentów miał więc skorzystać z nauki i stworzyć obraz na znacznie wyższym poziomie, niepowielający niedoskonałości pierwszej części filmu. Szczęśliwie, zwłaszcza dla fanów niczym nieskrępowanej przemocy w oldschoolowym wydaniu, jest więcej, lepiej, brutalniej i… zabawniej.

Tym razem orkiestra dobywająca instrumentarium zróżnicowanego arsenału środków zagłady (czasem wręcz masowej) zebrała się pod batutą Simona Westa, solidnego (tylko i aż, bowiem w jego filmografii, obok rzetelnych „akcyjniaków”, znaleźć można krytykowaną przez fanów elektronicznej rozrywki adaptację gry komputerowej „Tomb Raider” czy kiepski „Kiedy dzwoni nieznajomy”) rzemieślnika, znanego przede wszystkim z obrazów „Con Air – lot skazańców” i „Mechanik: Prawo zemsty”. Nie ulega wątpliwości, że zmiana na stanowisku reżysera przysłużyła się obrazowi: zwyczajowe już zaangażowanie Stallone’a ustąpiło widocznemu dystansowi wobec ekranowych popisów, przez co niewątpliwie film stał się bardziej strawny dla widzów, zwłaszcza tych nieprzepadających za kinem akcji. West to jednak nie jedyna nowa twarz, która zagościła na planie „Niezniszczalnych 2”. Zgodnie z zapowiedzią samego Stallone’a, w sequelu powiększa się reprezentacja – legitymujących się statusem kultowych – aktorów „kina kopanego”. Żądze gloryfikatorów gatunku zostały zaspokojone za sprawą pojawienia się w obsadzie dwóch koryfeuszy amerykańskich filmów akcji: Jean-Claude’a Van Damme’a oraz Chucka Norrisa.

Po zakończonej połowicznym sukcesem misji, przeprowadzonej przez tytułową grupę najemników na fikcyjnej południowoamerykańskiej wyspie, rządzonej przez wojskową juntę (wspieraną przez CIA), przyszedł czas na ocalenie ważnej chińskiej osobistości uprowadzonej przez nepalskie siły zbrojne. Znając upodobanie Stallone’a do wątku zaburzania politycznej równowagi w świecie (vide konflikt w Birmie zaprezentowany w „John Rambo”), nie dziwi otwierająca film sekwencja przedtytułowa, w której trakcie, podczas efektownej, krwawej jatki, sześcioosobowa grupa „psów wojny” dokonuje masowego mordu na rekrutach stacjonujących w bazie wojskowej. Wbrew tytułowi zatem, to „mięso armatnie” (jedno ze znaczeń angielskiego słowa „expendable”) dziesiątkuje porywaczy. Oczywiście, biorący udział w akcji najemnicy to doświadczeni, gotowi na wszystko tytani, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. Przy boku głównodowodzącego Barneya Rossa (Sylvester Stallone) stoją przecież: ekspert od walki bronią białą Lee Christmas (Jason Statham), genialny chemik Gunner (Dolph Lundgren), mistrz wschodnich sztuk walk Yin Yang (Jet Li), znawca broni ciężkiej Hale Caesar (Terry Crews) oraz Toll Road (Randy Couture). W trakcie wykonywania misji najemnicy napotykają jeszcze schwytanego kolegę po fachu – Trencha (Arnold Schwarzenegger). Co ciekawe, kilka pierwszych minut filmu daje już wyobrażenie całości: ma być krwawo, dynamicznie i w żartobliwym tonie. To do Terry’ego Crewsa należy jeden z zabawniejszych one-linerów – trudna do przełożenia na język polski intertekstualna gra słów, wykorzystana w momencie pożyczenia Trenchowi broni Caseara. Arnie dowiaduje się wówczas, że przywłaszczenie sobie wspomnianego karabinu będzie miało poważne konsekwencje („If I don’t get this back, you’re terminated”).

Niezwykle obiecujący początek, w którego trakcie poznajemy także kolejnego członka drużyny, snajpera (i ponuraka) Billy’ego Kida (Liam Hemsworth), to dopiero preludium do właściwego utworu, w którym dominuje kakofonia wystrzałów, eksplozji oraz krzyków dokonujących żywota antagonistów, którzy mieli czelność stanąć na drodze Niezniszczalnych. Za sprawą agenta CIA Mr. Churcha (Bruce Willis), ekipa dowodzona przez Rossa musi udać się do Albanii, by wziąć udział w zadaniu, od którego powodzenia zależy balans sił na świecie. By zapobiec dostaniu się w niepowołane ręce danych, umożliwiających dostęp do ukrytego w górach rosyjskiego arsenału nuklearnego, drużyna jest zobowiązana do przechwycenia drogocennej kasetki. Rzecz jasna, proste w założeniach zadanie komplikuje się wraz z pojawieniem się złego do szpiku kości antagonisty, w którego wcielił się Jean-Claude Van Damme. Vilain (nieprzypadkowe podobieństwo do angielskiego „villain”, słowa oznaczającego nikczemnika, złoczyńcę) nie dość, że przywłaszcza sobie wartościowy dysk, to jeszcze zabija Billy’ego Kida.

W tym momencie dochodzimy do clou fabuły, czyli rywalizacji dwóch zespołów „żołnierzy fortuny”. Właściwie cała otoczka fabularna z zemstą w tle ma pretekstowy charakter i stwarza jedynie możliwość zaprezentowania w pełnej krasie imponujących zdolności protagonistów. „Niezniszczalni 2” stanowią bowiem hołd dla niezapomnianego kina akcji lat 80. i 90. Sprawne operowanie wywołującymi sentyment scenami i tekstami wywołuje nostalgię za dawną, nieco już mitologizowaną twórczością, którą dziś wiąże się najczęściej z szeroko rozumianym hasłem „era VHS”. To właśnie powstała w tym okresie seria „Zaginiony w akcji”, druga i trzecia część „Rambo”, odpowiedź na tenże cykl ze strony Schwarzeneggera, czyli „Komando” czy też „Szklana pułapka” stały się pożywką dla najnowszej inicjatywy Stallone’a, chyba największej aktorskiej legendy tego modelu kina.

Choć najczęściej w ocenie każdego filmu zaleca się odrzucenie sentymentu na rzecz bezstronnego, merytorycznego oglądu, w przypadku omawianego dzieła podoba strategia z pewnością zawiedzie. Bez znajomości kultowych one-linerów nie jest możliwe rozpoznanie intertekstualnych nawiązań czy zabawy figurami i wcieleniami ze stworzonych wcześniej obrazów z udziałem członków grupy Niezniszczalnych. Pastiszowej formy filmu, drwin z wizerunku macho oraz faktu, iż nie mamy do czynienia z „poważnym” przedstawicielem gatunku, raczej nie dostrzeże osoba, która bez znajomości formuły wyrobiła sobie na jej temat – najczęściej mało pozytywne – zdanie (w szeregu przypadków opierające się na krzywdzącym stereotypie, często przywoływanym przez przeciwników kina akcji, trywialnego „zabili go i uciekł”).

Dla widza nieznacznie nawet obytego z filmami Stallone’a czy Schwarzeneggera klarowne jest, iż w „Niezniszczalnych 2” dopuszczono się zluzowania konwencji. Filmu nie odnaleziono wszak jako zapisanego na nośniku VHS, spreparowanego, oczekującego na odkrycie od lat 80. „półkownika”. „Niezniszczalni 2” stanowią raczej – co prawda mało subtelną, ale dostarczającą satysfakcji – grę z odbiorcą. Dlatego cieszą między innymi przywoływane fakty z prywatnego życia aktorów: okazuje się bowiem, że uzależniony od narkotyków Szwed Gunner ma sporo wspólnego z Dolphem Lundgrenem – oprócz bycia stypendystą prestiżowej uczelni i posiadania dyplomów z nauk ścisłych, przeżył załamanie po odejściu dziewczyny (referencja do głośnego związku aktora z kontrowersyjną Grace Jones). Bohaterowie bez oporów mówią o swoich korzeniach, które są zbieżne z rzeczywistym pochodzeniem członków obsady (w humorystycznej scenie Christmas zarzuca Rossowi kłamstwo, kiedy ten przedstawia się jako Amerykanin). Nie brakuje również autoironicznego podejścia, zwłaszcza ze strony legendy Internetu, bohatera niekończącej się serii żartów, słynnego karateki Chucka Norrisa. Wraz z jego pojawieniem się na ekranie (swoją drogą, przy niezbyt trafnie dobranym akompaniamencie: motywie przewodnim westernu „Dobry, zły i brzydki”, który sprawił, iż obecni na sali widzowie oczekiwali raczej Clinta Eastwooda niż przyjaciela Bruce’a Lee) rozpoczyna się festiwal dowodzących dystansu do własnego wizerunku szyderstw, z których jedno (będące odwołaniem do stworzonej przez społeczność internetową strony www.chucknorrisfacts.com) – jak głosi anegdota – zostało wybrane przez aktualną partnerkę aktora. Zastosowany zabieg uprzywilejowuje widzów, którzy są zaznajomieni z kinem akcji, dzięki kontekstualnej wiedzy można się bowiem przenieść na wyższy poziom odbioru.

Interesującą inicjatywą jest także zabawa filmowymi wizerunkami stworzonymi wcześniej na potrzeby innych filmów. Rezultatem takiej gry jest nazwanie bohatera granego przez Chucka Norrisa imieniem Booker, co jest oczywistym nawiązaniem do filmu „Porządni faceci ubierają się na czarno” z 1978 roku (w którym protagonista także musiał ruszyć na ratunek towarzyszom broni). Z kolei pseudonim Bookera (Samotny Wilk) jest inspirowany „Samotnym wilkiem McQuade” (1983). W trakcie jednej ze wspólnych akcji Schwarzenegger wymienia się z Willisem kultowymi one-linerami, pochodzącymi z najpopularniejszych obrazów z udziałem wymienionych aktorów. W końcu zaś Arnie, obserwując pojawianie się kolejnych bohaterów, bez konsternacji pyta: „Kto następny, Rambo?”. W pewnym momencie wydaje się wręcz, że twórca ma ochotę pokusić się o stworzenie komediowego spin-offa, w którym Rambo wespół z Johnem Matrixem („Komando”) i Braddockiem („Zaginiony w akcji”) daje wycisk swoim wrogom. Nie bez powodu w Internecie pojawiają się opinie, że film powinien zostać raczej zatytułowany „Avengers 2”.

Wśród postaci, które są głównym czynnikiem przyciągającym potencjalnych widzów, tradycyjnie pierwsze skrzypce gra duet Stallone-Statham. To ponownie na nich zasadza się główny wątek fabularny i to ich czas ekranowy jest najdłuższy. Nie jest to oczywiście zarzut, albowiem pomiędzy bohaterami widać – przeniesione z prywatnej stopy – wzajemne zrozumienie i przyjaźń. Nie dziwi wobec tego, że Stallone często wskazuje Stathama jako swojego następcę. Początkowo sporo czasu scenarzyści poświęcają Billy’emu, co może wydać się frustrujące – jeszcze o żadnym z bohaterów nie dowiedzieliśmy się tyle, co o nowicjuszu. Rzekomo ma to swoje uzasadnienie, według którego śmierć postaci o ledwie tylko zarysowanym profilu nie poruszyłaby widzów. Tłumaczenie to nie przekonuje, zwłaszcza w świetle wcześniejszej refleksji na temat małego znaczenia pretekstowej fabuły. Tym samym reżyser nie ustrzegł się błędu poprzednika i po raz kolejny czas ekranowy mocarzy kina akcji lat 80. i 90. zostaje ograniczony na rzecz gwiazdy młodego pokolenia. Co więcej, znowu nie zostaje wykorzystany potencjał Jeta Li, który po fantastycznie zrealizowanej (w końcu ujęcia dłuższe niż ułamki sekund!) sekwencji walki z użyciem przyborów kuchennych (ciekawie wyglądałoby takie starcie ze Stevenem Seagalem, który – jak wiadomo – „w kuchni jest nie do pobicia”, patrz: „Liberator” i „Liberator 2”) zostaje oddelegowany do ochrony uratowanego miliardera i nie pojawia się już na ekranie. Utyskuję nad tym szczególnie z tego względu, iż „wakat” zostaje zajęty przez inną postać o chińskim pochodzeniu, jedyną przedstawicielkę płci pięknej w drużynie, Maggie. Potrzebna jedynie do rozbrojenia zawierającego kasetkę z danymi sejfu, do czasu ostatecznego starcia na krok nie odstępuje ona Barneya. Czy to powszechna ostatnio w Hollywood poprawność polityczna nie wymogła na twórcach wątku wielorasowości ekipy?

Inną całkiem udaną kooperację tworzą Arnold Schwarzenegger i Bruce Willis. Choć zwłaszcza po pierwszym z nich widać lata spędzone „za biurkiem”, a w oczy rzuca się dość „sztywna” gra aktorska, to właśnie za sprawą tego duetu położony został intensywny nacisk na komediową stronę filmu. Największą furorę robi, naturalnie, znana już ze zwiastuna scena ze smartem, w którym – co prawda lekko już spróchniały – „Austriacki Dąb” z trudem się mieści. Najjaśniejszym punktem wydają się jednak popisy Gunnera. Szalony chemik co prawda wpada na pomysły, które nie mają szans na realizację (jak chęć uwiedzenia Maggie lub próba wysadzenia jaskini), jednak trudno nie czuć sympatii do słodko śpiącego (choć głośno chrapiącego) kolosa.

Wprawdzie rozczarowań tego lata nie brakowało (chałturniczy „Prometeusz” oraz – zdaniem wielu – „Mroczny Rycerz powstaje”), jednak „Niezniszczalni 2” są filmem dokładnie takim, jakiego większość widzów oczekiwała. Szybko rozwijająca się intryga, będąca jedynie pretekstem dla scen nieograniczonej rzezi, przypomina najlepsze lata kina akcji. Liczone w setkach ofiary – bezimienni oponenci – równie szybko są wrzucane w kadr, co stają się nieboszczykami pozbawionymi kończyn (zaś nieodłącznym elementem kolejnych amputacji są fontanny cyfrowej krwi). Widok najemników pod komendą Rossa, którzy nie kryją się za przeszkodami i nie unikają walki, przywodzi na myśl „superbohaterskie” filmy osadzone w realiach wietnamskich („Zaginiony w akcji” czy „Rambo 2”).

Konfrontując stylistykę kina akcji sprzed 30 lat z filmem, który jawnie się do niej odwołuje, można podkreślić jeszcze jeden element. Szczególnie miłośników starych „akcyjniaków” razić dziś może zbyt nachalne stosowanie CGI. Zwłaszcza w dwóch scenach rzuciły mi się w oczy niechlujnie zrealizowane efekty, które – choć nie zredukowały znacząco przyjemności z seansu – wywołały tęsknotę za eksplozjami, które w latach 80. realizowane były klasycznie, z użyciem ładunków wybuchowych. Także strzelaniny w ogólnym rozrachunku wypadły gorzej: podczas projekcji trudno nie odnieść wrażenia, że wszystko jest w dużym stopniu statyczne. Jakkolwiek wiek aktorów na zaawansowane ewolucje raczej nie pozwala, to odrobina ruchu Willisowi oraz Schwarzeneggerowi by nie zaszkodziła. Będący w najwyższej formie Stallone w tym aspekcie nie ma sobie – wśród aktorów po pięćdziesiątym roku życia – równych. Na szczęście sceny akcji montowane są sprawnie i z wyczuciem, dzięki czemu całość wygląda znacznie naturalniej niż w pierwszej części „Niezniszczalnych”.

Do nielicznych wad, które wpływają na odbiór, dodałbym jeszcze kompletny brak wulgaryzmów. Pomimo iż zasiadając do seansu akceptuje się sztafaż przynależny kinu akcji, z całkowitym brakiem wiarygodności i realizmu na czele, to moment szczególnego zagrożenia, w którym typowi macho nie „rzucają mięsem”, uznaję za zupełnie nierzetelny. Spora w tym zasługa ortodoksyjnego baptysty Chucka Norrisa, który stanowczo sprzeciwił się wykorzystaniu rynsztokowego słownika (obiekcji wobec urządzonego w filmie festiwalu przemocy nie zgłoszono)… Cieszyć może z kolei przywiązanie do szczegółów, będące atrakcyjnym rozwiązaniem, interesującym zwłaszcza dla zapaleńców doszukujących się rozmaitych „smaczków”. Strój Barneya Rossa stylizowany na kostium Johna Spartana z „Człowieka demolki” (to zresztą nie jedyne nawiązanie do tego filmu), Gunner noszący koszulkę z podobizną Dartha Vadera, hasełka z wozów bojowych, zaczerpnięte z „Adrenaliny” strzelanie „z palca” (wykorzystane w zwiastunie): wszystko to wywołuje niesamowitą frajdę. Funkcjonowanie tak licznych odwołań prowokuje jednak także do refleksji: czy jako „samodzielny”, oglądany przez widza niezorientowanego w kinie akcji film, będzie on tak dobry jak dla entuzjasty tego modelu kina? Zapewne nie… Z drugiej strony, poprzez nagromadzenie elementów humorystycznych (jak żarty z wizerunku znanego wszystkim Chucka Norrisa), „Niezniszczalni 2” powinni być gratką nie tylko dla fanatyków.

Na zakończenie przytoczę jeden z lepszych tekstów, które znalazły się w filmie: na widok zdezelowanego samolotu Stallone reaguje: „Powinien stać w muzeum”. Schwarzenegger błyskawicznie ripostuje: „Jak my wszyscy…”. Byłoby dobrze, gdyby każde muzeum posiadało tak wciągającą, pełną akcji i wywołującą silne emocje ekspozycję. Simon West wywiązał się z postawionego przed nim zadania na tyle dobrze, na ile pozwoliły dane mu możliwości (ze sprawnością aktorów, budżetem i wytycznymi Chucka Norrisa na czele). Pomimo niedoróbek, film może zagrać na emocjach widzom mocniej związanym z kinem akcji. Dla wszystkich innych „Niezniszczalni 2” będą po prostu jedną z wielu produkcji, wyróżniającą się tylko ciekawą obsadą. Myślę, że za najbardziej optymistyczny akcent można przyjąć zjawisko, które przybrało na sile jeszcze przed premierą najnowszej części cyklu. Sezon na spekulacje związane z doborem kolejnych Niezniszczalnych, kwestia tego, kogo tym razem zaprosi Stallone do udziału w projekcie, został rozpoczęty. Wiadomo już, że zainteresowany współpracą jest Nicolas Cage. Kto następny? Wesley Snipes, Jackie Chan czy może Steven Seagal, na którego drodze do tej pory stawały osobiste animozje czy to z producentem (w przypadku pierwszej części), czy Jean-Claude’em Van Damme’em?
„Niezniszczalni 2” („The Expendables II”). Reżyseria: Simon West. Scenariusz: Sylvester Stallone, Richard Wenk. Obsada: Sylvester Stallone, Jason Statham, Jet Li, Dolph Lundgren, Chuck Norris, Jean-Claude Van Damme, Bruce Willis, Arnold Schwarzenegger, Terry Crews, Randy Couture, Liam Hemsworth, Scott Adkins, Nan Yu. Gatunek: film akcji. Produkcja: USA 2012, 102 min.