Wydanie bieżące

1 października 19 (211) / 2012

Jarosław Gontek,

LIVING WITH (IN?) THE PAST

A A A
Z wielką niecierpliwością czekałem na kolejny koncert legendy brytyjskiego rocka, zespołu Jethro Tull. Zaraz, zaraz…, na zakupionym bilecie zaanonsowany był występ Ian Anderson’s Jethro Tull. Jednak tak naprawdę niewiele to zmieniło. Niekwestionowany lider zespołu i twórca większości repertuaru, Ian Anderson, Szkot urodzony w 1947 w Dunfermline, swój pierwszy zespół założył w wieku 16 lat. Zespół funkcjonował pod nazwami The Blades, The John Evan Band oraz The John Evan Smash do 1967 roku, kiedy to rozwiązał się krótko po przeprowadzce do Londynu. Wkrótce do Andersona i Glena Cornicka dołączyli Mick Abrahms i Clive Bunker. Nowy zespół zmieniał nazwy z występu na występ, między innymi jako Ian Henderson’s Bag Of Blues (nazwisko przekręcone przez ich ówczesnego agenta), Candy Coloured Rain czy Navy Blue, co umożliwiało im koncertowanie w tych samych klubach po kilka razy. Ostatecznie pozostali przy nazwie Jethro Tull, pochodzącej od imienia i nazwiska XVIII-wiecznego farmera, wynalazcy siewnika, zaproponowanej przez ich agenta, studenta historii.

Historia zespołu rozpoczęła się w lutym 1968 roku, kiedy to został zaproszony do udziału w koncercie z okazji ponownego otwarcia Marquee Club w Londynie. Ich kolejne występy, między innymi na pierwszym otwartym festiwalu rockowym w londyńskim Hyde Parku, gdzie suportowali Pink Floyd, oraz na Sunbury Jazz Festival, zaowocowały podpisaniem kontraktu z Islands Records. Przez kolejne lata zespół, w różnych składach, wydał 21 albumów studyjnych (ostatni w 2003 roku) oraz 9 koncertowych. Piątym w dorobku był album „Thick as a Brick”, pozostający do dziś szczytowym osiągnięciem zespołu. Skrócona wersja suity stała się obowiązkowym punktem każdego koncertu Jethro Tull. Najlepsze lata zespołu to okres 1971-1978, kiedy to, poza wyżej wspomnianym albumem, powstały: „Aqualung”, „A Passion Play”, „Minstrel in the Gallery”, „Songs from the Wood” oraz „Heavy Horses”. Absolutnie szczytową formę zespół zaprezentował na słynnym koncercie z Madison Square Garden z 9 października 1978 roku, jednym z pierwszych wydarzeń muzycznych transmitowanych przez satelitę na cały świat, który latem 1979 roku był wyemitowany również na antenie telewizji polskiej, w czterech (o ile mnie pamięć nie myli) odcinkach. Sam Ian Anderson wydawał także swoje solowe płyty. W okresie od 1983 roku do 2012 roku ukazały się 4 płyty studyjne oraz wydawnictwo koncertowe. „Thick as a Brick 2: Whatever happened to Gerald Bostock?” to piąty album w dorobku Andersona. Powstał w 2012 roku dla uczczenia czterdziestej rocznicy ukazania się albumu „Thick as a Brick”.

Czterdzieści lat to bardzo dużo, nawet dla zespołu, który nigdy nie zatracił swojego charakterystycznego brzmienia. Z oryginalnego składu z 1972 roku pozostał tylko Ian Anderson. Zabrakło nawet wieloletniego, etatowego gitarzysty Jethro Tull – Martina Barre. Z drugiej strony to w końcu Ian Anderson’s Jethro Tull, a Barre tylko raz współpracował przy solowych projektach kolegi. Do nagrania „Thick as a Brick 2” Anderson zaprosił Johna O’Hara – klawisze, Davida Goodier – bas, Floriana Ophale – gitara, oraz Scotta Hammonda – perkusja. Na koncertach lidera wspomógł dodatkowo trzydziestolatek, aktor i wokalista – Ryan O’Donnell. Ma on za sobą spor muzycznych doświadczeń. Występował m.in. w 2009 roku w scenicznej wersji rockopery „Quadrophenia” zespołu The Who. Warto przypomnieć, że suita „Thick as a Brick” w warstwie tekstowej jest historią ośmioletniego geniusza Geralda Bostocka, a jej kontynuacja przedstawia jego dalsze losy, czyli Pan Bostock czterdzieści lat później.

Sierpniowy występ Ian Anderson's Jethro Tull w Zabrzu był moim trzecim kontaktem „na żywo” z charyzmatycznym liderem i muzyką jego grupy. Jako wieloletni fan, od czasu wspomnianej retransmisji koncertu w TVP z 1979 roku, nie mogłem odmówić sobie tej przyjemności, tym bardziej że po raz pierwszy od lat miała być odegrana w całości suita „Thick as a Brick” wraz z jej kontynuacją.

Koncert rozpoczął się z zaledwie kilkuminutowym poślizgiem. Właściwie nie tyle koncert, ile przedstawienie. Na scenę weszło kilku facetów z miotłami w rękach, ubranych w brudno-brązowe chałaty i czapeczki na głowie, żywcem wyjęte ze skeczów niezapomnianego Monty Pythona. Pozamiatali scenę, poprzestawiali sprzęt i… wyszli. Po zgaszeniu świateł na ekranie w głębi sceny pojawił się kilkuminutowy film z logo YouTube, z Andersonem odgrywającym kilka różnych ról, w tym lekarza Geralda Bostocka. Ukłonem w stronę polskiej publiczności było polskie tłumaczenie. Pod koniec filmu pojawili się ponownie „sprzątacze”, wzięli do ręki instrumenty lub też zasiedli za nimi i zabrzmiały pierwsze takty „Thick as a Brick”. Trzeba przyznać, że muzyka z tego albumu do dzisiaj nie straciła nic ze swej świeżości. Jest ona jednak, z racji swojej skomplikowanej i wielowątkowej konstrukcji, bardzo wymagająca dla muzyków. Pomimo niewątpliwych umiejętności towarzyszącego liderowi zespołu, niestety, nie do końca sprostali zadaniu. Brakowało witalności, entuzjazmu i wirtuozerii, jaką można chociażby usłyszeć na wspomnianym wcześniej „Bursting Out”. Słychać też było, że nie identyfikują się z muzyką, przez co zabrzmiała ona nieco mechanicznie i sztucznie. Jasnymi punktami byli z pewnością gitarzysta Florian Ophale, którego gra do złudzenia przypominała styl Martina Barre, oraz wokalista Ryan O’Donnell. Warto się nieco zatrzymać przy tym drugim. Z biegiem lat głos Andersona był coraz słabszy i nadszedł moment, w którym nie był w stanie wokalnie podołać starym utworom zespołu. Trzeba przyznać, że zarówno wokalnie, jak też od strony wizualnej, O’Donnell prezentował się na scenie prawie jak dawny Anderson. Wywijał kijem od szczotki udającym flet, wszędzie było go pełno. Jednak wokalnie tym, którzy byli przyzwyczajeni do oryginału, pewnie nie przypadł do gustu. Ryan śpiewa z lekką manierą operowo-operetkową i brakuje mu siły, charyzmy i ekscentryzmu mistrza. Wziął jednak na siebie ciężkie zadanie, bo śpiewał grubo ponad połowę tekstów suity, a gdy głos zabierał lider, śpiewał z nim w duecie lub „dośpiewywał” końcówki tekstu, co brzmiało trochę… dziwnie. Pomimo powyższych krytycznych uwag z mojej strony trzeba jednak przyznać, że pierwsza część koncertu minęła błyskawicznie. Jak to bywało na znanych mi koncertach Jethro Tull, w trakcie koncertu następowała kilkunastominutowa przerwa. Nie inaczej było też tym razem, tym bardziej, że podział wręcz się narzucał. Po przerwie, już od pierwszych taktów nowej części suity słychać było, że ci sami muzycy uczestniczyli w jej tworzeniu w studio. Brzmienie było klarowniejsze, wyczuć można było większy luz i swobodę. A sama muzyka jest prostsza; to właściwie zbiór piosenek, a nie rozbudowana suita, a część wokalna dostosowana do obecnych możliwości lidera. Ryan O’Donnell w trakcie drugiej części koncertu częściej wykorzystywał swój talent aktorski aniżeli udzielał się wokalnie. Tym razem to Anderson był głównym wokalistą. Ciekawa i nieco komiczna jest historia powstania drugiej części suity. W wywiadzie przed jej wydaniem na płycie Anderson przyznał, że gdyby Derek Schulmann (Gentle Giant) nie „suszył mu głowy” przez 1,5 roku, nakłaniając go do kontynuacji historii o Geraldzie Bostwicku, nigdy nie doszłoby do powstania tej muzyki. Poddał się w końcu Derekowi dla świętego spokoju. A było to w trakcie posiłku w restauracji z owocami morza, gdzieś na obrzeżach Chicago. Wkrótce potem zabrał się do pracy. W lutym 2011 roku, po trzech tygodniach, miał już gotowy materiał na płytę. Wspominam o tym, bo ten pośpiech słychać w kompozycjach. Materiał co prawda nie traci z każdym następnym przesłuchaniem, ale też nie zyskuje. Jest to kolejny, solidny album pod nazwą Jethro Tull, który jednak nie osiągnie statusu klasyka. Wracając do koncertu, po odegraniu ostatniej nuty, zespół ukłonił się i wyszedł. Dał się jeszcze nakłonić na bis – świetnie wykonany evergreen „Locomotive Breath”. Koncert zakończył się po godzinie 22.00 i były to ciekawie spędzone dwie godziny, nie tylko dla mnie jako fana, ale też dla każdego wielbiciela muzyki lat 70. Niewiele wspominałem do tej pory o liderze, a należałoby, bo w końcu to on jest spiritus movens tego przedsięwzięcia. Pomimo sześćdziesięciu czterech lat, Andersonowi nie brakuje energii, a ekscentryczne i bardzo brytyjskie poczucie humoru ma chyba wpisane w geny. Już nie biega po scenie jak dawniej, jego charakterystyczna stójka na jednej nodze przeszła już do historii, głos mu mocno szwankuje, ale nadal jest osobowością, dla której warto było i będzie (?) przychodzić na koncerty.

PS. Post scriptum to dobre miejsce na poruszenie trochę wstydliwego i krępującego tematu. Wielokrotnie bywałem w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu i, delikatnie wypominając, sala nadaje się już do remontu. Krzywo powieszone oświetlenie, brudne ściany, nierówna - przykryta czarnym plastikiem - podłoga samej sceny, wyglądają źle i warto byłoby się tym zająć. Tym bardziej, że dobrze nagłośnionych sal koncertowych jest na Śląsku niewiele i dobrze byłoby o nie zadbać.

PS.2. Warto jeszcze dodać, że przy okazji koncertów oraz wydania nowego albumu, wkrótce ukaże się również zremasterowana i bardzo rozbudowania edytorsko wersja „Thick as a Brick”, co powinno ucieszyć fanów Jethro Tull. Płyta ta nie była ujęta w katalogu remasterów Chrysalis, wydawanych w latach 2001-2006, być może ze względu na jej wcześniejsze wydanie z 1998 roku w wersji (jak to się obecnie określa) „deluxe”.
Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu, 24 sierpnia 2012 roku.