ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (63-64) / 2006

Robert Ostaszewski,

MARO, ZAŁÓŻ CZAPKĘ!

A A A
Miałem nie pisać...
Miałem nie pisać polemiki z tekściczkiem Piotra Mareckiego „Plotka… o Robercie Ostaszewskim” („Gazeta w Krakowie” z 17.07.2006). Dlaczego? Założyłem sobie, że w tym cyklu felietonów będę pisał wyłącznie o książkach, nie wdając się w polemiczne przepychanki. Poza tym tekściczek redaktora „Ha!artu” to plotka, czyli – przepisuję ze słownika – „nie sprawdzona lub kłamliwa pogłoska, wiadomość powtarzana z ust do ust, najczęściej szkodząca czyjejś opinii”, czyli ściema (i niech nikt mi w tym przypadku nie mydli oczu Boyem!). Jednak postanowiłem mimo wszystko napisać – z trzech głównych powodów. Po pierwsze, alergicznie reaguję na używane przez Mareckiego słowo „mafia” i na spiskową teorię wszystkiego à la PIS, która – niestety – ma coraz większą rzeszę zwolenników także w świecie kultury. Po drugie, padają w tym tekściczku poważne oskarżenia, więc moje milczenie mogłoby zostać uznane za przyznanie się do winy. Po trzecie, Marecki w zapale pozwala sobie na niezbyt czyste chwyty retoryczne, pewne rzeczy przemilcza, inne przekręca, wypada więc dorzucić sprostowanie.

O co biega? Marecki zdemaskował mnie jako w dwójcy jedyną „mafię”, którą tworzą Ostaszewski-krytyk i Ostaszewski-prozaik; ten pierwszy „kosi konkurencję”, szczególnie swoich rówieśników, aby „oczyścić pole” temu drugiemu. Ciekawa kombinacja! O „koszeniu” będzie jeszcze, a teraz prześledzę kilka „złotych myśli” Mareckiego.

Redaktor „Ha!artu” pisze: „I wszystko byłoby OK, gdyby nie mały szczegół, który od dawna już trapił w środowisku literackim wszystkich. Mianowicie znakomity Ostaszewski krytyk na nieszczęście postanowił parę lat temu zostać także pisarzem”. Kogo właściwie, jakich wszystkich? Wiem, że od zawsze trapił Wojtka Kuczoka, który nie raz, nie dwa w rozmowach ze mną mówił wprost, że nie podoba mu się moje łączenie ról. I ja – jak to idzie w jednej z najnowszych reklam – oczywiście szanuję go i jego opinię. Kilka osób pytało mnie, jak radzę sobie z łączenie krytyki i pisania prozy. Ot i wszystko. Nie sądzę jednak, żeby całe środowisko literackie żyło tym problemem, jak sugeruje Marecki. Nie jest prawdą, że postanowiłem zostać pisarzem parę lat temu. Pisałem prozę zanim jeszcze zacząłem skrobać recenzje, mniej więcej w tym samym czasie debiutowałem w pismach literackich jako prozaik i krytyk. Nie jest więc tak, że nagle po tym, jak stałem się jako tako rozpoznawalny jako krytyk, wymyśliłem sobie, że machnę również prozę. Sądzę, że Marecki jako współautor „Tekstyliów” doskonale o tym wie.

Dalej Marecki pisze: „O Ostaszewskim prozaiku wypowiadał się nie będę, bo jego twórczość to temat tabu - po prostu o niej się nie rozmawia”. Tabu? Dla kogo? Jakoś nie zauważyłem, żeby ludzie mieli szczególne problemy z formułowaniem opinii na temat mojej prozy – jednym się podoba, innym nie, normalka. Moja proza może być więc tabu dla Mareckiego, albo może dla środowiska ha!artowców, choć i to nie bardzo, skoro wzmianka o niej znajduje się w „Tekstyliach”. Czyli – kolejna retoryczna ściema, efektowne zdanko, które niewiele znaczy.

W dopisku Marecki dorzuca: „w ostatnim czasie krakowski komentator publicznie radził rozstać się z fachem prozaika wielu debiutantom”. „Wielu” brzmi lepiej niż „dwóm albo trzem”, to fakt, tyle tylko, że tych, którym tak radziłem, bez trudu mogę policzyć na palcach jednej ręki. Poza tym – czy biegam po Krakowie, wołając, że X albo Y nie powinni pisać? Czy rozgłaszam to w radiu czy telewizji? Otóż nie, zdarza mi się, że podczas prywatnych rozmów dworuję sobie z kolegów po piórze, mówiąc, żeby dali sobie spokój z pisaniem. Być może mam specyficzne poczucie humoru, być może moja ironia bywa dla niektórych dotkliwa, być może bywam złośliwy, jednak nikt, kto pozostaje przy zdrowych zmysłach, nie bierze tego rodzaju żartów na poważnie. Dlaczego? Otóż dlatego, że ani ja, ani żaden krytyk nie jest w stanie dać komuś „papiery na pisanie”, albo je zabrać. To, czy ktoś wyda książkę, czy nie, zależy jedynie od tego, czy jest w stanie przekonać do własnego tekstu wydawcę. A sukces wydanej książki w dużo większym stopniu zależy od sprawnie poprowadzonej akcji promocyjnej niż od opinii krytyków (Marecki powinien coś o tym wiedzieć).

A na marginesie – w gruncie rzeczy Marecki odwraca kota ogonem, w moim felietonie „Metoda na głoda” chodziło mi nie o odbieranie komuś „papierów na pisanie”, ale przede wszystkim o wskazanie niepokojącego zjawiska, które przez większość ludzi ze środowiska jest przemilczane, czyli stopniową dewaluację pojęcia „pisarz” i niepoważne traktowanie literatury. Tak się podziało u nas, że prawie każdy, komu uda się wymęczyć 100 stron tekstu i wydać je w formie książkowej, od razu uważa się za pisarza, od razu w wywiadach odmienia słowo „pisarz” przez wszystkie przypadki. Prawie każdy młody debiutant automatycznie uznawany jest za „młodego, zdolnego”, bo dominuje przekonanie, że nasza literatura jest słabowita, więc trzeba chronić „świeżą krew”. Tacy „pisarze” zapraszani są na spotkania, choć zwykle nie mają absolutnie nic do powiedzenia i urządzają jedynie autopromocyjną hucpę. Przez to poważna dyskusja o literaturze zamiera, niedługo już nikomu nie będzie na niej zależeć, bo też po co strzępić sobie język ględzeniem o dziełkach sezonowych gwiazdek. (Uff, nie lubię tłumaczyć, o co biega w moich tekstach, ale chyba – wzorem Igora Stokfiszewskiego – zacznę dodawać do nich krótkie streszczenia, bo widzę, że coraz więcej osób ma problemy ze zrozumieniem prostych tekstów w języku polski.)

A jak wyglądają moje metody „wykaszania” konkurencji, szczególnie rówieśników – metody, o których Marecki nie napisał zbyt wiele? Pochlebiam sobie, że na miarę moich możliwości pomogłem w wypromowaniu prozy choćby Kuczoka, Mariusza Sieniewicza czy Daniela Odiji. Pisałem dziesiątki recenzji z debiutów, różnych – negatywnych i pozytywnych. Przeprowadzałem z wieloma młodymi pisarzami wywiady, prowadziłem spotkania z nimi, mówiłem o nich choćby na imprezach organizowanych przez Instytut Książki. Z ostatnich rzeczy – przygotowałem dla niemieckiego pisma „Die Horen” prezentację współczesnej polskiej prozy, w której umieściłem fragmenty tekstów m.in. Kuczoka, Michała Witkowskiego, Ewy Schilling, Tomasza Piątka, Radosława Kobierskiego, Sławomira Shuty czy Macieja Dajnowskiego, nie umieściłem natomiast swojej prozy. Również gdy piszę artykuły czy szkice o naszej prozie, pomijam swoje dokonania jako prozaika. I tak oto wyglądają w skrócie metody „wykaszanie” konkurencji w moim wydaniu.

Zastanawia mnie jeszcze jedna sprawa – Marecki od lat wiedział, że jestem zarówno krytykiem, jak i prozaikiem, ale przez lata mu to nie przeszkadzało, o czym świadczy choćby to, że zapraszał mnie do udziału w organizowanych przez siebie spotkaniach. Dlaczego więc nagle dostrzegł we mnie groźnego człowieka mafii, który zagraża literackiemu światkowi? Mam trzy hipotezy. Po pierwsze, Marecki jak każdy felietonista w sezonie ogórkowym mógł nie mieć pomysłu na tekst, wymyślił więc aferę, której nie ma. Po drugie, gdybym przyjął spiskową teorię wszystkiego, której wyznawcą zdaje się być redaktor „Ha!artu”, to powiedziałbym, że mści się on za dwa wcześniejsze felietony w „artPAPIERZE”, w których niezbyt pochlebnie wypowiadałem się o prozach Piotra Czerskiego i Maćka Millera, które wydał, oraz za moje ironiczne uwagi na temat polityki wydawniczej Korporacji Ha!art. Po trzecie, być może Marecki stał się po prostu jedną z ofiar fali upałów.

Najbardziej podoba mi się ostatnia z tych hipotez, więc z dobrego serca radzę: Maro, noś czapkę w upały, bo inaczej stracisz resztkę rozsądku!