Wydanie bieżące

1 lutego 3 (219) / 2013

Paulina Wakar,

CWANIAKI Z „SUSZARKAMI”

A A A
Jeśli Wojciech Smarzowski okiem swej kamery przygląda się policjantom z drogówki, to można się spodziewać, że będzie przaśnie, brutalnie i śmiesznie. Miłośnikom „Wesela” i „Domu złego” z pewnością trudno nie zareagować entuzjazmem na taką kombinację. Radość może zmącić jedynie pytanie: czy oczekiwania po kultowych już filmach reżysera nie są zbyt wysokie, czy aby nie zbyt pięknie się to wszystko zapowiada? Wkrótce okazuje się jednak, że można odetchnąć – Smarzowski wciąż trzyma wysoką formę.

Autor „Róży” potrafi pokazać brud i ohydę świata, w przeciwieństwie do wielu polskich twórców filmowych, którzy ten ambitny zamiar przekuwają w obrazy o sile rażenia rośliny doniczkowej. W „Drogówce”, swym najnowszym dziele, Smarzowski potwierdza tę umiejętność – znów z powodzeniem wciąga nas w ponury, ale fascynujący świat, tym razem stołecznej policji drogowej. Duża w tym zasługa aktorów. Przy obsadzie ról reżyser zdaje się wierny zasadzie, że lepsze jest wrogiem dobrego – nie szuka, nie eksperymentuje, ale sięga po umiejętności tych, którzy już się w jego filmach sprawdzili. Dzięki temu, aktorów takich jak chociażby Marian Dziędziel, Bartłomiej Topa czy Arkadiusz Jakubik trudno nie kojarzyć z jego nazwiskiem.

„Drogówka” to opowieść o grupie policjantów, zawierająca cały zestaw elementów, z których każdy z osobna mógłby zmarnować potencjał tematu. Są tu więc stereotypy o policjantach: że sprzedajni, że dobrymi manierami nie grzeszą, że po godzinach w swoich stuningowanych furach robią za macho, zaliczając na boku panienki. Jeśli do stereotypu dochodzi morał, sytuacja staje się naprawdę niebezpieczna. Ale, o dziwo, Smarzowski łączy tę mieszankę o dużym ryzyku zakalca z powodzeniem. Siłą jego najnowszego filmu, oprócz aktorskich kreacji, jest tempo, a także dialogi czyniące bohaterów żywymi postaciami, a nie sztucznymi wentylami słuchu twórcy.

Policjanci Smarzowskiego są jak smerfy w krzywym zwierciadle. I tak, zamiast Ważniaka, Marudy czy Śpiocha, mamy seksoholika Petryckiego (doskonały Arkadiusz Jakubik), lichwiarza Lisowskiego (Marcin Dorociński), alkoholika Trybusa (bardzo dobry Jacek Braciak), rasistę Banasia (Eryk Lubos). Oczywiście jest też Papa Smerf, czyli komendant Gołąb (Marian Dziędziel) i nawet Smerfetka (Julia Kijowska). Chłopaki trzymają się razem, ale bez przesady, każdy ma swoje życie i gdy kumpel wpadnie w tarapaty, żaden za niego szat darł nie będzie, co najwyżej „przekima na chacie” w zagraconym gościnnym, i to tylko przez jedną noc. W poważne kłopoty wpadnie sierżant Ryszard Król (Bartłomiej Topa) i to właśnie historia o policjancie, który na własną rękę próbuje oczyścić się z zarzutu morderstwa, stanowi oś filmu.

Chłopaki z drogówki potrafią się skonsolidować jak rzadko kiedy, gdy chodzi o dziewczyny. Oczywiście te za pieniądze, bo te na stałe, z dziećmi, w mieszkaniach do remontu, to osobny temat. Do domu rozpusty chłopcy idą razem, ale pierwszy i najchętniejszy jest Petrycki. Kreacja obdarzonego zmysłem komediowym Jakubika to prawdziwy cymes. Jego Petrycki – mąż żonie, ojciec dzieciom, erotoman gawędziarz i to do tego czynny – może zawsze, wszędzie i z każdą. Seks bezsprzecznie determinuje jego życie, ale bynajmniej nie czuje się on ofiarą w szponach nałogu. Przeciwnie, zawsze wesoły, uśmiechnięty, nawet ochraniając religijną demonstrację, potrafi zagaić skandującą nabożne hasła dziewczynę krótko i węzłowato, a co najważniejsze: skutecznie.

Smarzowski umiejętnie korzysta z trudnego narzędzia, jakim są stereotypy. Nie zbacza na manowce przewidywalnego moralitetu ani pełnej wydumanych wolt, a w rezultacie niewiarygodnej i również sztampowej, opowieści, ale sprawnie komponuje efektowną tragifarsę. Nie używa bowiem klisz tam, gdzie sięganie po nie jest dziś tak ryzykowne, że wręcz niedozwolone – chodzi o wymiar relacji damsko-męskich. Mimo iż jego chłopcy z drogówki mają wyraźny szowinistyczny sznyt, kobiety z ich otoczenia nie są przedstawiane jako ich ofiary. Chociażby pani Petrycka (Ewa Konstancja Bułhak) – z mężem, który żadnej nie przepuści, byłaby idealną nieszczęśnicą łączącą role matki Polki i kuchty, patrzącej nieprzytomnym wzrokiem znad parującej zupy przez okno w mrówkowcu. Ale Smarzowski nie idzie tą drogą. Żona Petryckiego temperament ma podobny do męża. Jej podejrzeń nie wzbudza niespożyta chuć ślubnego – ta bowiem i jej dostarcza niekłamanej przyjemności w małżeńskim łożu – ale jego... trzeźwość. Kiedy Petrycki wraca do domu bez alkoholowego chuchu, żona jest zmartwiona i pyta, czy aby wszystko w porządku.

Policjanci nie pochodzą więc z Marsa, a ich żony, kochanki, dziwki z Wenus; wszyscy żyją w jednym świecie. Podczas gdy bohaterowie uganiają się po Warszawie za piratami drogowymi, ich kobiety nie zastanawiają się, czy mężowie zatrzymują posła, czy też drużynę prostytutek, wręczających w ramach łapówki rabat na swe usługi, z którego chłopaki nie omieszkają skorzystać. U Smarzowskiego słaba płeć w zdradach nie ustępuje mężczyznom, o czym przekona się boleśnie niejeden funkcjonariusz.

Świat reżysera, mimo szaleństwa, jakie go trawi, dąży jednak do równowagi – nieumiarkowanie, pycha, zdrada oraz pogarda zostaną ukarane. I właśnie w momentach, kiedy los dosięga bohaterów, karząc każdego według jego największej słabości, twórca moralizuje. I po raz kolejny wymyka się schematom. Za grzech każdemu przyjdzie zapłacić, ale u Smarzowskiego przeznaczenie opiera się pokusie meblowania świata na czarno-biało; zamiast zaganiać dobrych i złych do swoich kątów, dopada poszczególnych bohaterów z finezją. Najefektowniej ukarany zostanie oczywiście ten, który grzeszy w sposób najbardziej spektakularny. Konsekwencje wypadku, którego padnie ofiarą, będą bardzo bolesne. Mowa jednak nie o byle jakim, ale o iście Tarantinowskim wypadku, przypominającym słynną scenę z „Pulp Fiction”, kiedy auto podskakuje na wyboju i pistolet Vincenta Vegi niefortunnie wypala.

Smarzowski wykorzystuje potencjał pozornie błahych sytuacji, czyniąc z nich ważne momenty filmowej opowieści. Sięganie po wydarzenia z gatunku tych niedorzecznych i niewiarygodnych w swej banalności, o których mówi się, że gdyby nie zdarzyły się naprawdę, nikt by ich nie wymyślił, okazuje się bezbłędnym posunięciem, mającym ważny udział w budowaniu autentyzmu ekranowych historii. W „Drogówce” sierżant Ryszard Król dowiaduje się, że żona ma przed nim sekrety w chwili, kiedy wcześniej wraca do domu. Mężczyzna stoi przy kuchni, próbując obiadu, a ona, nie zauważając go, przechodzi obok naga, wywabiona z kąpieli dzwonkiem telefonu kochanka. Scenę o podobnym rodowodzie odnajdziemy w „Domu złym”. Świeżo upieczona żona (Katarzyna Cynke) głównego bohatera Edwarda Środonia (Arkadiusz Jakubik), niosąc zupę, ni z tego, ni z owego nagle pada martwa, co niweczy małżeńską sielankę i staje się początkiem jednej z najmroczniejszych historii w polskim kinie XXI wieku.

Oglądany na ekranie policyjny mikrokosmos wciąga tak bardzo nie dlatego, że daje nam, widzom, spektakularną opowieść o stróżach porządku, twórczo wykorzystującą schematy, w jakie lubimy wtłaczać policjantów. „Drogówka” ma rzadko spotykany nerw, który sprawia, że filmowy świat nie tylko żyje, ale pędzi jak kierowcy po warszawskich ulicach, mający w głębokim poważaniu ograniczenia prędkości i mandaty.
„Drogówka”. Scenariusz i reżyseria: Wojciech Smarzowski. Obsada: Marian Dziędziel, Marcin Dorociński, Arkadiusz Jakubik, Eryk Lubos, Bartłomiej Topa i in. Gatunek: dramat / kryminał. Produkcja: Polska 2013, 118 min.