ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (224) / 2013

Marta Połap,

DOGVILLE II

A A A
Studium przypadku ludzkiej nienawiści i zbiorowej zbrodni niejednokrotnie usytuowane jest na obrzeżach społeczeństwa, w zamkniętym kręgu małych wiosek, w odizolowanych przestrzeniach.

W obliczu wielkich zbrodni przy pytaniu „skąd zło” równie często pojawia się kwestia społecznego przyzwolenia i zbiorowej odpowiedzialności. Jak w „Dogville” Larsa Von Triera, w którym na niemal laboratoryjnie sterylnej scenie wyłożone są mechanizmy zachowania społeczeństwa, na których łaskę i niełaskę skazana zostaje młoda przybyszka (świetna kreacja Nicole Kidman). Wyważony głos w tle opisuje nam dramatyczną sytuację dziewczyny ze spokojem narratora filmów przyrodniczych, my sami coraz mniej potrafimy identyfikować się z mieszkańcami Pieskiego Miasta – zezwierzęconych, nieludzkich. Uciekinierka nie chce potępiać mieszkańców miasteczka, którzy przed jej przybyciem wiedli żywot ludzi poczciwych, nie potrzebujących żadnej wyższej instancji, która stałaby na straży moralności. To ona zakłóciła wcześniejszy spokój i to ona stworzyła warunki, w których krystaliczni mieszkańcy ukazali swoje okrutne oblicze. Czy tak jest w istocie? Czy można usprawiedliwiać każde ludzkie bestialstwo, czy trzeba nam być bezwzględnym sędzią? A może należałoby pogodzić się z tym, że w każdym z nas tkwi uśpiony morderca (co udowodnił chociażby Stanley Milgram, badając posłuszeństwo ludzi wobec autorytetów).

Od Dogville niedaleko przecież do Jedwabnego, do miejsca, które w szerokiej opinii publicznej kojarzone jest jednoznacznie, jest „naznaczone”. Po czterech latach poszukiwań, wywiadów i dziennikarskiego dochodzenia autorka reportażu „My z Jedwabnego”, Anna Bikont, stwierdza: „Z początku myślałam o Jedwabnem jak o małym, zapyziałym miasteczku, któremu przypadł w udziale ciężki los dźwigania niewygodnej prawdy. Dla większości mieszkańców ciężar niezasłużony – ani w tym nie uczestniczyli, ani nawet stąd nie pochodzą. Z czasem jednak przyzwyczaiłam się myśleć o nim jako o krainie zła niczym Tolkienowski Mordor” (s. 490). Jedwabne stało się nie tylko platformą dyskusji o „polskości” i „antysemityzmie” czy o stanie wiedzy historycznej przeciętnego Polaka (ukazując braki w wiedzy, zarówno o zdarzeniach godnych potępienia, jak i tych chwalebnych) – stało się również przenośnią dla ciążącej przeszłości i szerzej nieodkrytych obliczach wojny. Mordercy zostali osądzeni, lecz rozprawa dalej trwa. Czy ludziom nieznającym realiów wojny dane jest prawo sądu?

Nie będę opisywała samej, znanej już, książki, której lektura funduje wewnętrzną bitwę sumienia i dramatyczne opisy – z całą pewnością nie jest to książka „na dobranoc”. Ważniejszy jest dla mnie rezonans, jaki wywołała. Od pierwszego wydania „My z Jedwabnego” upłynęło już siedem lat, praca autorki została doceniona, m.in. otrzymując nagrodę Książki Europejskiej w Brukseli. Wiele zmieniło się od tamtego czasu – książka nie tylko podtrzymała wielopłaszczyznową dyskusję o stosunkach polsko-żydowskich wzbudzoną przez Jana Tomasza Grossa, ale też stała się inspiracją dla wielu akcji, prób udowodnienia, że Polska nie jest przecież siedliskiem antysemitów. Rafał Betlejewski wysłał sygnał zwrotny w postaci akcji „Kocham Cię Żydzie!” w 2004 roku, której kolejną odsłoną był happening „Płonie stodoła”, zwracający uwagę na kwestię żydowską i adresowany do młodszego pokolenia. W 2008 roku Tadeusz Słobodzianek wydał luźno oparty na historii z Jedwabnego i uhonorowany Nagrodą Literacką Nike dramat „Nasza klasa”. Słobodzianek snuje w nim pajęczą sieć historii, w którą uwikłani są przypadkowi ludzie, niemający wpływu na to, że pojawili się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Opowiada o złapanych w lepką pułapkę wojny, która otoczyła ich swym ciasnym ściegiem zdarzeń, czyniąc ich swoimi, iście tragicznymi, ofiarami. Każda postać cierpi, na każdej ciąży „fatum”. Tego obustronnego cierpienia w czytanym dziś reportażu Bikont zwyczajnie mi brakuje. Oczywiście, słyszę już zarzut – mówienie o cierpieniu morderców to jak ich usprawiedliwianie. Być może nie chcę przyjąć gorzkiej prawdy, kiedy fakty mówią same za siebie? Czy jednak nazywanie Jedwabnego „Mordorem” nie jest sprowadzeniem ludzi tam żyjących do roli baranka, niosącego grzechy wszystkich grzeszników czasów wojennych? Lub raczej, czy Jedwabne nie jest naszym polskim „kozłem ofiarnym”? Czy nie powinno się traktować tę historię jako opowieść ku przestrodze o świecie bez zasad i uznanych przez nas wartości? Jaki to był świat wiemy dobrze, niekoniecznie sięgając do reportażu Bikont. To świat znany nam z opowieści naszych dziadków – świat makabrycznie nieopisywalny. Słowa nie mają znaczenia wobec takiej klęski człowieka, jaką były wojny światowe. Wszystkie słowa nie liczą się, są puste i jednoznaczne, jak „człowiek i zwierze//miłość i nienawiść”, „pojęcia są tylko wyrazami”. Słobodzianek tworzy swoje postaci niejako poprzez Tadeusza Różewicza: „Jednako waży cnota i występek widziałem: // człowieka który był jeden // występny i cnotliwy”. Jak więc odnieść się do przeszłości, jeśli konfrontacja z prawdą, nawet tą niewygodną ma nas oczyścić, lecz jest ona nieopisywalna i nieustannie niezrozumiała?

Ponoć czas leczy rany, ale w przypadku relacji polsko-żydowskich ta rana ciągle się sączy, czego w ostatnim czasie dowiodła wrzawa wokół filmu „Pokłosie”. Jak pisze Bikont, „pamięć to pole bitwy”, a wojna, jak widać, wciąż nie wygasła. Jest to zarazem wojna polsko-polska, jak i polsko-żydowska. Biorą w niej udział tak Polacy, w większości wierzący w Przedsiębiorstwo Holokaust, jak i Żydzi zarzucający Polakom krzewienie martyrologicznych mitów i przywiązanie do patriotycznych legend, posługując się jednocześnie dokładnie tym samym językiem. Pojawia się wątek niesprawiedliwości wobec Sprawiedliwych i milczenie o bohaterach, jednak wielu uważa to za wykręt od meritum sprawy Jedwabnego – o jednoznaczne przyznanie się i bicie z żalem w pierś. Śledztwo IPN-u z 2004 roku wystawiło już swoja opinię – „sprawcami sensu stricto byli Polacy” (zob. s. 532). Jest jednak druga strona medalu. Konstanty Gebert vel Dawid Warszawski uważa historię Henryka Sławika za alternatywę dla tych, którzy „którzy chcieliby widzieć stosunki polsko-żydowskie czasu wojny jedynie przez pryzmat Jedwabnego”. Śledztwo IPN-u wskazuje fakty, pogromu zanegować się nie da. Reportaż Bikont jest niezwykle cenny ze względu na jej zaangażowanie i próbę zrozumienia mieszkańców Jedwabnego, choć nadaje to jej narracji ton bardzo emocjonalny i nadto osobisty (historia pogromu poprzeplatana opisem bar micwy, wielokrotnie podkreślany związek Bikont z kulturą żydowską, radykalna ocena mieszkańców itd.).

Każdy z nas jest trochę „skrzypkiem na dachu” – chwiejemy się, balansując na cienkiej, czerwonej linii prawdy, szukając oparcia w tradycji. Próbujemy być obiektywni, ale zaczynamy wplątywać się w różne wątki historii, a w ostateczności gubimy siebie i nie wiemy już, co myśleć, co jest słuszne. Jak Tewje Mleczarz mierzymy się z sytuacjami, które wystawiają naszą moralność i światopogląd na próbę. Nie potrafimy się określić, miotając się pomiędzy jedną, a drugą „stroną”. Bo z jednej strony pogrom to fakt, okropna tragedia, straszny czyn, ale z drugiej strony – jak wierzymy – nie tylko tacy ludzie żyli na terenach łomżyńskich… Zasadniczo, pytanie jest jedno – o granice. Jak je wyznaczyć? Jedwabne, miejsce na „obrzeżach”, postawione pod sąd, niebezpiecznie balansuje na granicy odkupionych win a nieskazanych zbrodni. Z perspektywy młodego pokolenia, Jedwabne to synonim uwikłania w przeszłość, więc jedynym wyjściem okazuje się być odcięcie się od „Ojcowizny”, by dać szansę „Synczyźnie”. Czy to możliwe? Na jakiej podstawie budować mamy (mam tu na myśli moje pokolenie, moich rówieśników) tożsamość narodową, skoro ta wydaje się nie istnieć? Nie ma „Polaka” – śmiem wątpić w patriotyzm w dobie wszechobecnego kosmopolityzmu. Jest natomiast w naszym państwie wiele różnych odcieni polskości – narodowiec, wszędobylski kosmopolita, lewak, pisowiec, Ślązak, Żyd i parę innych kategorii. Problem Jedwabnego to więc również problem tożsamości, to papierek lakmusowy ujawniający powietrze zakwaszone wzajemnymi zarzutami, pomówieniami, oszczerstwami i milczeniem w tych kwestiach, o których powinniśmy mówić stale. Wiele jest głosów, że jeśli poczuwamy się do dumy państwowej, powinniśmy też poczuwać się do państwowego wstydu. Co jednak, jeśli to dumy brakuje przede wszystkim? Czy obok akcji (skądinąd potrzebnej i świetnej) „Kocham Cię, Żydzie!”, nie powinniśmy krzyknąć „Kocham Cię, Polaku!”? Bo czy na świecie Polaka ktoś kocha?

Skrzypek na dachu nie ma racji bytu. Tradycja w realiach postmodernizmu ma znaczenie drugorzędne. Priorytetem jest przepisywanie historii i analizowanie jej z różnych perspektyw. Czy wszyscy podejmiemy naukę o historii i nauczymy się szacunku do drugiego człowieka? Choć żyjemy w czasach pokoju, pojednania ciągle brakuje. Nie da się przecież zapomnieć, że to ludzie ludziom…
Anna Bikont: „My z Jedwabnego”. Wydanie II. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.