ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (65) / 2006

Aneta Głowacka,

RÓŻNORODNOŚĆ PRZEDE WSZYSTKIM

A A A
W atmosferze nadmorskiego lata i Jarmarku Dominikańskiego, który szczelnie opanował uliczki starego miasta, zakończył się X Festiwal Szekspirowski. Ponieważ była to edycja jubileuszowa, organizatorzy obiecywali moc teatralnych wrażeń: interpretacji Szekspira, które wykroczą poza tradycyjne odczytania, wniosą odmienne rozwiązania sceniczne od tych, do których przyzwyczajona jest europejska publiczność. Jak było zapowiedziane, tak też się stało. Obok inscenizacji rozpisanych na scenę pudełkową, pojawiła się propozycja utrzymana w konwencji cyrku czy spektakl rozegrany za pomocą środków teatru wschodniego. Nowością tegorocznej edycji był również konkurs, w ramach którego pięciu jurorów w składzie: prof. Russell Jackson, dr Valentina Ripałowa, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, prof. Andrzej Żuławski i Władysław Zawistowski przyznało pięć nagród – nagrodę główną w wysokości 10 tys. złotych i cztery nagrody po 5 tys. złotych.

Faworytem tak jurorów, jak i trójmiejskiej publiczności niespodziewanie okazał się „Sen nocy letniej” w wykonaniu Teatru Yohangza z Korei Południowej. Mówię niespodziewanie, bo o ile Koreańczycy stworzyli barwne, technicznie dopracowane widowisko, ich spektakl, osadzony w kulturze i estetyce Wschodu, nie sięgał do głębokich pokładów tekstu Szekspira. Był raczej lekką, przyjemną w odbiorze formą, która idealnie wpisuje się w gorący wieczór nadmorskiego lata. Jung Ung Yang, reżyser spektaklu, pożenił Szekspirowską opowieść o miłosnych pomyłkach spowodowanych czarami z rodzimą mitologią, okrawając historię z wątku ślubu Hipolity i Tezeusza i aktorskich wygłupów ateńskich rzemieślników. W roli Puka pojawili się bracia bliźniacy, nieznośne duszki Duduri, które lubią płatać ludziom psikusy. Tytania zamieniła się rolą z Oberonem i pod imieniem Gabi zajęła się sprowadzaniem swojego wiarołomnego małżonka Dot na drogę małżeńskiej cnoty. Zamiast Spodka z oślimi uszami w chaszcze ateńskiego lasu zaplątała się Ajumi – staruszka zbierająca zioła, którą siła czarodziejskiego kwiatu zamieniła w świnkę. Nie muszę dodawać, że Dot zakochał się w niczego nieświadomej kobiecie. Kiedy jednak czar prysnął i bohater uświadomił sobie, że z taką pasją wielbił świński ryjek, powrócił do sprytnej małżonki.

Miłosnym komplikacjom uległa również czwórka bohaterów znanych z Szekspira, dla których letnia noc okazała się największą miłosną próbą. Tak jak w przypadku władców lasu, tak i tym razem metamorfozie uległy również imiona, które zyskały koreańskie brzmienie. Hang (Lizander), Byock (Hermia), Roo (Demetriusz) i Ick (Helena) pojawili się wśród oszczędnej, skomponowanej na wschodnią modłę scenografii – biały czworokąt i drewniana rama, przypominająca okno, stanowiły przestrzeń gry i granice scenicznego świata – gdzie bohaterowie odtańczyli bolączki własnego serca, często wykonując wręcz akrobatyczne sztuczki. Niebieski kostium Hanga i czerwony Byock odwoływały się do koreańskiego symbolu pełni (niebieski i czerwony są dopełniającymi się połówkami yin i yang), zielony Roo informował o złym charakterze właściciela, zaś żółty Ick mówił o szczęściu, chociaż paradoksalnie dziewczyna zakosztowała go dopiero pod wpływem czarów.

Symbolika kolorów i imion, twarze aktorów ubrane w malowane farbą maski, połączenie tańca, śpiewu i muzyki – aktorom towarzyszył akompaniament wykonywany za pomocą tradycyjnych instrumentów: bębnów i gongów – stworzyły interesujące, barwne widowisko, które dowiodło, że latem najlepiej bawimy się wśród orientalnych błyskotek, a teatr to nie tylko forma poważna. Ludyczny aspekt wschodniego teatru podkreśliła również zgotowana widzom przez aktorów komunia fatyczna. Nie pojawiła się, co prawda, tradycyjna uczta, ale jej funkcję z powodzeniem spełniły fosforyzujące krążki, które aktorzy rzucali w stronę publiczności.

Najlepszym reżyserem okazał się Jacek Głomb (spektakl „Otello”). Teatr Modrzejwskiej z Legnicy ponownie zaprosił widzów w przestrzeń nieteatralną. Tym razem wystąpił w XIII-wiecznym kościele im. św. Jana, który już kilkakrotnie podczas poprzednich edycji festiwalu oddziaływał na widzów magią swojej surowej przestrzeni. W wypadku Jacka Głomba werdykt jury okazał się pewnym zaskoczeniem. Przeniesienie historii Otella w realia podróży Krzysztofa Kolumba i przygód Sindbada Żeglarza nie poraziło nowatorstwem i odwagą interpretacji. Okazuje się jednak, że wystarczy rozpiąć kilka płócien, ustawić drewniane podesty, a za ścianą symbolizującą burtę postawić wiadro z wodą, by efekt zanurzania marynarza w morskiej wodzie miał swój realny kształt. Okaże się wtedy, że Otello z Karaibów jest spektaklem, na który czeka się z napięciem w nadmorskim mieście, nawet jeśli motywacje bohaterów nie do końca są jasne, a widowisko, rozwijające się wokół kolejnych opuszczeń żagli, zaczyna nużyć swoją jednostajnością. Nagrodę za najlepszą rolę kobiecą otrzymała Ewa Galusińska, odtwórczyni Desdemony. Chociaż w moim odczuciu gra tej aktorki doskonale komponowała się z drewnem, z którego była wykonana atrapa statku, właściwie decyzja jury nie powinna dziwić, utrzymana bowiem była w jednej, wskazanej powyżej poetyce. Szkoda tylko, że nie doceniono Doroty Kolak w roli zbolałej, ale i okrutnej Tamory („Tytus Andronikus” w reżyserii Moniki Pęcikiewicz).

Niepodważalnie najlepszym w roli męskiej okazał się Anna Mele z Teatru Awara z Turkmenistanu, który na malutkiej scenie w Malarni zaprezentował monodram „Lear” na podstawie Szekspirowskiego dramatu. W przypadku występu Anna Mele właściwie można powiedzieć, że to teatr w najczystszej postaci. Do opowiedzenia historii o miłości do córek, o odrzuceniu i upadku, aktor wykorzystał tylko swoje ciało, kolorowy dywan, kilka satynowych chustek i kupki piasku, które przesypywane z ręki do ręki, zamykane w płaszczyźnie materiału, rozrzucane po powierzchni sceny znaczyły drogę jego człowieczeństwa. Zaplątywane wokół drewnianych wieszaków chustki opowiadały o niezwykłej, nie dającej się zwerbalizować miłości do córek. Przekroczenie linii dywanu oznaczało wchodzenie w kolejne fazy życia Leara, a na koniec opuszczenie teatralnego świata i ciała tytułowego bohatera. Prostota, niezwykły szacunek dla teatru i widza, na zawsze odcisnęły się w mojej pamięci jako znaki szczególne tego turkmeńskiego spotkania z teatrem.

Niezatarte piętno pozostawił również zdobywca nagrody specjalnej, Narodowy Teatr z Craiovej z Rumunii. Silviu Purcarete, jeden z bardziej znanych rumuńskich reżyserów, kojarzonych z falą twórców odreagowujących w teatrze reżim Ceauşescu, przeniósł „Wieczór Trzech Króli” z Szekspirowskiej Ilirii w abstrakcyjną przestrzeń opuszczonej biblioteki. Zamiast rzędów książek, które deponują siłę duchową i umysłową narodu, puste regały zdobiły ogrodowe krasnale. Ustawione w równe rzędy zdawały się w ironiczny sposób komentować mieliznę duchową plączących się między meblami ludzi. W rozmowie reżyser przestrzegał przed odczytywaniem tego spektaklu według politycznego klucza, jako upraszczającego jego interpretację. Z pewnością „Wieczór Trzech Króli” miał o wiele mniej wspólnego z Rumunią z czasów rządów dyktatora niż pokazany w Gdańsku siedem lat temu „Tytus Andronikus”, w którym wszechobecne telewizyjne monitory inwigilujące bohaterów nie pozwalały zapomnieć, że tragedia Tytusa rozgrywa się w chorej rzeczywistości. Jednak w tegorocznym spektaklu wyzierająca z każdego kąta melancholia, przefiltrowana przez groteskowe szkiełko, wiele mówiła nie tylko o odwróconej rzeczywistości na koniec karnawału (zamiany płci i ról społecznych), która wprowadza w post zwiastujący śmierć, ale i o duchowości rumuńskiego narodu. Ten ostatni, obciążony dekadencją czasów marnych, zdawał się tonąć w morzu zepsucia i chocholego otępienia.
Jubileuszowa edycja, chociaż zapowiadała się na teatralną gratkę, niestety nie pozostawiła w pamięci arcydzieła, nawet jeśli na takie zapowiadał się „Otello” Luca Percewala z Monachijskiego Kammerspiele. Być może letnia aura sprzyja widowiskom bardziej rozrywkowym, i jest to klucz stosowany przez organizatorów: pokazać spektakle, które wprowadzą w wypoczynkowy nastrój publiczność zmęczoną słońcem albo kluczeniem między rozstawionymi w centrum miasta kramikami.
X Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski. Gdańsk, 2-12 sierpnia 2006.