ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (230) / 2013

Robert Ostaszewski,

BLURB A SPRAWA POLSKA

A A A
Felieton
Miałem już nigdy nie pisać o blurbach, bo dawno temu postanowiłem, że nie będę zwracał uwagi na reklamiarskie parateksty umieszczane na okładkach książek, gdyż zwyczajnie nie ma to większego sensu. Oczywiście, bywa, że dostarczają mi sporo łatwej rozrywki, wywołują uśmiech, o który jakże ciężko w czasach głębokiego kryzysu na rynku wydawniczym. Specjaliści (a może nawet starsi specjaliści, kto wie…) z działów promocji i marketingu wydawnictw wysilają się przecież, jak mogą, uprawiając radosną twórczość i stosując się zapewne do przykazań zawartych w zmyślnych amerykańskich poradniczkach w rodzaju „Jak ustrzelić jelenia, aby kupił książkę, której i tak nie przeczyta”, aby tylko stworzyć coś, co w ich mniemaniu będzie atrakcyjną i reklamowo nośną zajawką książki. Efekty tych starań, jak już wspomniałem, zazwyczaj bywają głównie zabawne. Poza tym wartość tekstów opakowujących powieść czy zbiór opowiadań jest najczęściej nikła (swoją drogą, ciekaw jestem, czy ktoś przeprowadził badania, w jakim stopniu obecność blurbów na okładce przekładał się albo i nie na sprzedaż danego tytułu).

Miałem wiec o blurbach nie pisać, ba, nawet nie wspominać, ale napiszę, a wszystko to przez Macieja Stuhra. Co ma Stuhr Maciej do literatury, oprócz tego, że ostatnio wydał zbiór felietonów o powalająco oryginalnym tytule „W krzywym zwierciadle”? Nawet mniejsza o to, że każdy lekko rozgarnięty aktor w tym kraju napisał, pisze lub pisał będzie książkę. Taka karma, taki system. Blurby to inna sprawa, poważniejsza. Zaraz wyjaśnię. Na początek historia polskiego blurba.

Może w tym przypadku nie należy zaczynać od Sokratesa, Platona i Arystotelesa oraz innych klasyków rocka – jak to zwykł robić Dwojga-Imion-Markowski – ale warto wrócić do przeszłości. Dawno, dawno temu, za górami… i tak dalej… w ostatniej dekadzie poprzedniego wieku, a nawet tysiąclecia na okładkach książek rodzimych prozaików pojawiały się zdanka reklamowe sygnowane przez krytyków literackich albo kolegów po literackim fachu. Było to zacne, godne i czasami nawet skuteczne. Nie sądzę na przykład, żeby Tomek Tryzna (swoją drogą, jakie chaszcze, łopiany i rozległe osty kryją teraz tego autora…) zaistniał tak mocno, gdyby nie rekomendacja świętej pamięci Czesława Miłosza. Ale – jako stwierdził kiedyś polsko-niemiecki astronom – gorszy pieniądz wyparł lepszy i zamiast specjalistów pojawili się na stronach promocyjnych książek dziennikarze z działów kulturalnych dużych mediów. Dlaczego? Bo mieli nośne, bardziej rozpoznawalne nazwiska niż szeregowi krytycy a nawet pierwszoligowi pisarze? Bez wątpienia, magia dużego nakładu robiła swoje. Bliżej im było do działów promocji wiodących oficyn? Na pewno. Jeszcze niektórzy, niszowi wydawcy, próbowali miejskiej partyzantki. Taki na przykład Marcin Świetlicki z powodzeniem zachęcał do lektury debiutanckiej powieści Doroty Masłowskiej. Ale i tak już było wiadomo, że Westerplatte padło, co więcej, padł nawet niezłomny ośrodek oporu Wizna. I żaden kapitan Raginis nie strzelił sobie w łeb…

Był to wynik prostej kalkulacji, jasnego wyboru. W końcu mało kto kojarzył i kojarzy nazwiska krytyków literackich, a i tytuły naukowe przed nazwiskiem dawno przestały już robić na kimkolwiek wrażenie (no chyba, że w Krakowie…). Ale i dziennikarze z wiodących mediów koniec końców stracili uroczą magię, bo ich pracodawcy – w większości – nazbyt uwikłali się w polityczne gierki. Nastał czas „Pudelka”, para-gwiazdeczek, co to i ugotują, i zagrają w serialu albo w filmie, a nawet przemówią ludzkim głosem o książce. Jakiej bądź.

I tu wracam do Stuhra Macieja. Otóż aktor ów, całkiem przeze mnie lubiany, dał się namówić na napisanie blurba rekomendującego powieść Ignacego Karpowicza „Ości”. Nawet niespecjalnie mnie to zdziwiło, bo książka jest warta grzechu. Każdego. Ale… Zawsze jest jakieś „ale”. Wcześniej na okładce zbioru opowiadań ulubionego przeze mnie Janusza Rudnickiego także zobaczyłem blurba skreślonego przez Stuhra, a oprócz niego książę „Trzy razy tak!” zachwalali miedzy innymi Magdalena Cielecka, Andrzej Chyra czy Robert Więckiewicz. Same tuzy literatury. Właściwie najuczciwiej z nich wszystkich postąpił ten ostatni, bo nawet nie udawał, że tekst przeczytał, wywijając się frazą: „Ten Rudnicki z ‘Wyborczej’? No to inna rozmowa jest!”

Żyjemy w ponurych czasach, kiedy czytelnictwo w naszym pięknym kraju sięgnęło dolnych stanów strefy niskiej, więc wydawać się może, iż każdy w miarę świeży pomysł na wypromowanie rodzimej literatury wart jest uznania. Chyba jednak nie do końca. Nie mam nic przeciwko temu, aby aktorzy uczestniczyli w spotkaniach autorskich pisarzy, czytali fragmenty książek (przecież w większości przypadków robią to lepiej niż sami pisarze), nagrywali audiobooki, w telewizyjnych programach o książkach – nielicznych – opowiadali mniej lub bardziej sensownie o swoich literackich fascynacjach. Może jednak niekoniecznie powinni brać się za pisanie blurbów.

Nasza krytyka literacka już dawno wycofała się na z góry upatrzone pozycje – tak dalekie, że mało kto dostrzega jej aktywność. Błąka się gdzieś między uniwersyteckimi zakamarkami a incydentalnie wychodzącymi periodykami społeczno-literackimi. Może jednak nie należałoby poddawać się bez walki, może warto by zaprotestować. Choćby dla zasady. W końcu żyjemy ponoć w czasach specjalizacji. Może więc wreszcie specjaliści wezmą się za pisanie o książkach.