ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (239) / 2013

Aneta Głowacka,

PO CO SĄ MATKI?

A A A
Figura matki jest jednym z silniej zakorzenionych w kulturze archetypów. Równie często pojawia się w sztuce, odmieniana przez najróżniejsze przypadki, warianty i konfiguracje. Słowniki symboli, mitów i tradycji kultury potwierdzają ten stan rzeczy rozbudowanym katalogiem, z którym przychodzi mierzyć się przyszłym maturzystom. W pewnym sensie rolę kompendium na temat kulturowych reprezentacji matki pełni również tekst Piotra Rowickiego, który na scenie Teatru Nowego w Zabrzu wystawiła Katarzyna Deszcz. „Matki” mają formę eseju dramatycznego, w którym autor – przywołując motywy, obrazy, postacie, słowa popularnych piosenek i dziecięcych wyliczanek – rozprawia się z figurą matki Polki. A ta nieodmiennie oznacza nadmierną koncentrację na rodzinie i dzieciach, często wychowywanych bez udziału męża, którego obecność sprowadza się zwykle do stale reprodukowanej opowieści o zarabianiu pieniędzy i partnerowania żonie na ślubnym zdjęciu. Statystyczna polska matka – obsadzona w tej roli w czasach PRL-u – najczęściej zapomina o sobie, ignoruje własne potrzeby i przyjemności, które czasem realizuje, czytając gazetę albo wymykając się do fryzjera w tajemnicy przed rodziną. W zamian za to stale myśli o dzieciach, zawsze gotowa zaspokoić każdą ich potrzebę, przy okazji przytłaczając niewyczerpalnymi pokładami miłości, troski i jedzenia. Co zwykle rodzi frustrację, zwłaszcza gdy matka nieopatrznie daje upust rodzicielskim emocjom w obecności kolegów.

Portret matki Polki, który rysuje Rowicki, jest, rzecz jasna, karykaturalnie wykrzywiony. Autor składa go z różnych kulturowych reprezentacji i stereotypów, utrwalanych przez tradycyjną socjalizację. Polska matka, w chustce na głowie, z różańcem i szmatą w ręce, w najbardziej naturalnej dla siebie pozycji, czyli na kolanach, nie prezentuje się dobrze na tle swoich odpowiedniczek z innych krajów, które częściej się uśmiechają (Czeszki) albo są bardziej niezależne i wyzwolone (Francuzki). Nie zmienia to jednak faktu, że tak jak one podlega prawom smutnej ekonomii, która oznacza, że bez względu na szerokość geograficzną indeks win przypisywanych matce mógłby zająć wiele tomów akt sądowych. I tak jak one jako ostateczną broń ma na podorędziu w zasadzie tylko jeden frazes, że: „matka zawsze jest tylko jedna”.

Reżyserka zabrzańskiego spektaklu zachowała antyiluzyjny charakter sztuki. Rozprawę z figurą matki – zgodnie z literą tekstu, sceny rodzinne przeplatane są wykładami ironicznego eksperta, Matkoznawcy (Krzysztof Urbanowicz) – umieściła na tle ściany z paździerzowej płyty. Wycięte w różnych miejscach, otwierające się klapki, drzwi i okna sugerują zmianę przestrzeni: podwórko przed blokiem, z którego matki wołają dzieci na obiad, salę sądową, gdzie orzeka się o winie matki, czy muzeum, w którym jako relikt przeszłości dzieci próbują umieścić przez nikogo niechcianą rodzicielkę. Pomysł reżyserki i scenografa, Andrzeja Sadowskiego, by na scenę wprowadzić paździerzową płytę, jest dla mnie czytelny – nawiązuje do zgrzebności epoki, z której pochodzi portretowana przez Rowickiego matka, uczestniczka kolejek po relaksy, sofiksy i wyroby czekoladopodobne. Pomysł jest czytelny, chociaż sama płyta okazuje się niewdzięcznym materiałem na scenę – niepotrzebnie spłaszcza i zubaża teatralną przestrzeń, wydaje się wręcz, że wysysa energię z aktorów. Zamiast zabawnej, miejscami ironicznej, a nawet przejmującej narracji, otrzymujemy wychłodzony emocjonalnie, pozbawiony wyrazu fresk. Być może tekst Rowickiego, z apriorycznie założoną tezą o toksyczności matczyno-dziecięcych relacji, skazuje całe przedsięwzięcie na plakatowość, a ulepione ze stereotypów i kulturowych klisz dramatis personae blokują stworzenie pełnokrwistych postaci. Z drugiej jednak strony, „Matki” są wdzięcznym materiałem do poszukiwań w zakresie formy – tekst posiada duży potencjał muzyczny (autor bawi się rymem i rytmem), który niestety nie został wykorzystany.

Spektakl rozpoczyna się dobiegającą z głośników piosenką „Our House” zespołu Madness, która staje się rodzajem ironicznego komentarza do kreowanych na scenie zdarzeń. Wokół leżącej na szpitalnym łóżku sparaliżowanej Matki (Danuta Lewandowska) zbiera się konsylium złożone z jej dzieci, które mają zdecydować o dalszych losach kobiety. Okazuje się, że chora matka jest dla wszystkich utrapieniem, opieka nad nią przekracza bowiem standardową aktywność służącą podtrzymaniu rodzinnych więzi, a sprowadzającą się do wyrecytowania dziecięcego wierszyka na różne okazje. Brak dojrzałości w relacjach skutkuje również fałszywym obrazem, który na temat dzieci tworzy sobie matka. Okazuje się, że Anna (Joanna Romaniak) nie jest stewardessą w British Airways, biegle władającą trzema językami, ale hostessą w British Tabacco, a do tego lesbijką. Krzysztof (Dariusz Czajkowski) to zawodowy żołnierz; niestety, jego życie rodzinne nie przypomina sielanki, którą w wyobraźni pielęgnuje matka, jak bowiem sam przyznaje, żona założyła mu sprawę o znęcanie. Wreszcie Piotr (Mateusz Lisiecki), szanowany ksiądz, w rzeczywistości jest alkoholikiem. Matka nie zna prawdy o własnych dzieciach, bo zawsze je idealizuje. Jak stwierdza Matkoznawca: „Matka z definicji w nic nie uwierzy”.

Skoro zatem nikt nie chce zabrać matki do siebie, pojawia się karuzela alternatywnych rozwiązań. Dzieci najpierw przewożą ją do muzeum, w którym ma zostać zdeponowana obok eksponatów – tak jak i ona – przywołujących codzienność PRL-u: tekturowego biletu kolejowego, naboi do syfonu i makatki z cepelii. Jednak matka, przytwierdzona do ścian gabloty, w którą zamienia się szpitalne łóżko (warto podkreślić pomysłowe wykorzystanie tego elementu scenografii), nie zgadza się z wyrokiem dzieci, którym nie pozostaje nic innego, jak postawić ją przed sądem. Tutaj kolejne razy wymierza jej Pas ojca (Andrzej Kroczyński), który wypunktowując jej grzeszki i przyjemności, utrwala wizerunek kobiety poświęcającej się dla rodziny. Kiedy jednak okazuje się, że zamiast doglądać innych, matka sama potrzebuje opieki, zaczyna przeszkadzać dzieciom. Nie mieści się w wykreowanym przez popkulturę wizerunku zawsze młodej, atrakcyjnej fizycznie, niezależnej finansowo i życiowo kobiety sukcesu, czego nie zmieni nawet specjalne urządzenie do formatowania ludzi. Wobec braku widoków na zmianę, dzieci podejmują decyzję, by oddać matkę na „statek do zabijania”; ostatecznie najbardziej przebojowi i wartościowi bohaterowie książek z dzieciństwa wychowywali się bez matek. Niestety statek, ku utrapieniu dzieci, okazuje się statkiem porodowym.

Scena na porodówce posłużyła autorowi do zestawienia obok siebie kilku kulturowych reprezentacji macierzyństwa, które, mimo wielu różnic, łączy wspólny mianownik – skupienie na dziecku. Pojawia się więc Matka Boska, obok niej Demeter cierpiąca po stracie córki, zamordowana przez synów bohaterka filmu Pawła Sali, Matka Teresa od Kotów i wreszcie antywzór macierzyństwa, Matka Wyrodna Suka. Reżyserka poprowadziła grę aktorów w kierunku typowości i przerysowania. Matka Boska (Joanna Falkowska) jest posągowo łagodna, okryta błękitną szatą, przypomina odpustową figurkę. Demeter Andrzeja Kroczyńskiego, w kolorowej tunice i w wianku na głowie, wydaje się groteskowa. Matka Teresa od Kotów (Marian Wiśniewski) to zahukana, niezdarna pięćdziesięciolatka. Wreszcie Matka Wyrodna Suka Renaty Spinek jest inkarnacją wyobrażeń na temat stereotypowej, wulgarnej matki prostytutki, która na swój sposób kocha własne dziecko. Kobiety wiele dzieli, łączy natomiast fakt posiadania potomstwa. Owa wspólnota losu pomaga im zewrzeć szyki i z „Bogurodzicą” na ustach rozpocząć walkę o szacunek z wyrodnymi dziećmi. Bitwa w pewnym sensie kończy się zwycięstwem matek, albowiem dogmat, że każdy ma swój początek w matce, jest – póki co – nie do podważenia. Na koniec matki, ustawione w pozach woskowych figur, wjeżdżają na scenę na platformach (zabawny komentarz do tekstu). Każda jest swoim własnym pomnikiem. A główna bohaterka? Reżyserka zmieniła nieco zakończenie. W tekście Rowickiego matka zasypia lub też umiera. W spektaklu Katarzyny Deszcz zakończenie nie jest tak wyraźne. Matka wystylizowana na Violettę Villas, stojąc w oknie, śpiewa z playbacku pieśń o matce, tymczasem jej krnąbrne dzieci powoli znikają w fałdach długiego, spuszczonego po ścianie welonu. Czyżby reżyserka próbowała zasugerować, że, niezależnie od relacji łączących nas z matką, i tak jesteśmy skazani na kiczowatą ckliwość?
Piotr Rowicki: „Matki”. Reżyseria: Katarzyna Deszcz. Scenografia: Andrzej Sadowski. Ruch sceniczny: Jarosław Staniek. Konsultacje muzyczne: Marzena Mikuła-Drabek. Obsada: Danuta Lewandowska, Joanna Romaniak, Dariusz Czajkowski, Mateusz Lisiecki, Krzysztof Urbanowicz, Andrzej Kroczyński, Marian Wiśniewski, Joanna Falkowska, Renata Spinek. Teatr Nowy w Zabrzu. Prapremiera: 14 września 2013.