ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (241) / 2014

Wioletta Grzegorzewska, Agnieszka Piśkiewicz,

'WYJECHAŁY' (2): 'PO ŚRODKU BARYKADY'

A A A
Wioletta Grzegorzewska: Odległość pomiędzy twoimi rodzinnymi Szczekocinami a Rosh Haayin w Izraelu wynosi mniej więcej 2406 kilometrów. Jaki splot wydarzeń sprawił, że wyemigrowałaś tak daleko?

Agnieszka Piśkiewicz: Gdybyśmy miały narysować taką oś czasu wyznaczającą jednocześnie wspomnianą przez ciebie odległość, znalazłoby się na niej co najmniej kilka kluczowych wydarzeń i zwrotów, które zadecydowały o tym, że jestem dziś w Izraelu. Jedno z nich, które dla mnie nigdy nie straciło nic ze swej tajemniczości i siły, wydarzyło się w 1943 roku w obozie Płaszów, kiedy nie było na świecie jeszcze ani mnie, ani moich rodziców:

Do grupy mężczyzn ustawionych w szeregu i wcześniej przypadkowo wybranych strzelił obozowy niemiecki oficer. Ciała wpadały do wykopanego z tyłu rowu, oficer, popijając whisky, odszedł po wykonanym zadaniu, wtedy pojawiła się grupa Sonderkommando, by przygotować teren do kolejnej egzekucji, to znaczy by ułożyć ciała według wyznaczonego schematu, polać je benzyną i podpalić. Tymczasem w zakrwawionym stosie zauważyli oznaki życia u jednego z mężczyzn, więc wyciągnęli go na zewnątrz. Ten zaś był przekonany, że nie żyje i że tak wygląda życie po śmierci. Nie widząc innego wyjścia, zdezorientowani członkowie Sonderkommando zaprowadzili go do oficera, który wcześniej strzelał, a ten kazał im odesłać go z powrotem do obozu i dać mu dzień wolnego. Mężczyzna miał 19 lat, nazywał się Izyk Mendel Borensztajn i pochodził ze Szczekocin, małego sztetla w połowie drogi pomiędzy Częstochową a Kielcami, którego społeczność żydowska do wybuchu drugiej wojny światowej stanowiła średnio pięćdziesiąt procent mieszkańców. W tych samych Szczekocinach prawie czterdzieści lat później urodziłam się ja. W tych samych, a jednocześnie zupełnie innych, bo bez żydowskich cmentarzy, macew, synagogi, żydowskiej społeczności, ale przede wszystkim bez śladu pamięci po nich. Dopiero w wieku dwudziestu ośmiu lat ze zdumieniem odkryłam, że remontowany właśnie budynek przeznaczony na restaurację i sklep drogeryjny, który pamiętam jako magazyn skupu zboża, był przed wojną synagogą, teren z prywatnym domem i do niedawna stojącymi tam miejskimi szaletami był żydowskim cmentarzem, a wszystkie domy na rynku przed wojną należały do Żydów.

Wioletta: Jak się o tym wszystkim dowiedziałaś?

Agnieszka: W wieku osiemdziesięciu lat, jako jedyny ocalały z całej rodziny, Izyk Mendel Borensztajn zgodził się po długich namowach ze strony swoich dzieci polecieć z nimi do Polski, by pokazać im ich korzenie i miejsce, w którym dorastał. To, co zastał, wprawiło go w bolesne zdumienie, które przerodziło się w decyzję o podjęciu kroków w celu przywrócenia pamięci i szacunku miejscom obrządku religijnego. Tak właśnie poznałam Yossiego Bornsteina. 

Wioletta: Kim jest Yossi Bornstein?

Agnieszka: Yossi jest starszym z dwóch synów Izyka. Kilka razy w roku przyjeżdżał do Szczekocin. Nie umiał wyjaśnić logicznie tego mocnego poczucia przynależności, silnego związku i potrzeby odwiedzania miasteczka jego przodków, które towarzyszyły jego chęci zbudowania czegoś dobrego i trwałego ponad zastanym tu zniszczeniem i profanacją. Poznałam go w moim byłym liceum, miałam tłumaczyć jego spotkanie z moim byłym nauczycielem języka polskiego, na prośbę tego ostatniego. Oboje z Yossim mieliśmy od pierwszej chwili silne poczucie i przekonanie, że to coś znacznie więcej niż miłość od pierwszego wejrzenia, coś znacznie potężniejszego i głębszego, i coś, czego już nie oddamy. A sprawa nie była łatwa, bo prócz tych 2406 kilometrów dzieliło nas jeszcze 21 lat więcej Yossiego, religia, kultura, język i sposób życia, a na dodatek byliśmy już z kimś związani. Od początku jedynym pewnikiem w całym zamieszaniu było to, że to ja zostawię swój kraj. I tak trzy lata temu i trzy lata po poznaniu Yossiego, a prawie siedemdziesiąt lat po wydarzeniach w Płaszowie, w grudniu 2010 roku rozpoczęłam swoje życie w Izraelu. 

Wioletta: W tym samym roku opublikowałaś w Polsce biografię „B-94. Siła ocalałego. Izyk Mendel Bornstein. Opowieść prawdziwa”. Jak wspomniałaś w przedmowie, książka ta między innymi była efektem kilkugodzinnego wywiadu, jaki przeprowadziłaś z Izykiem Mendlem Bornsteinem w styczniu 2008 roku. Czy mogłabyś opowiedzieć o tej publikacji?

Agnieszka: To również niezwykłe wydarzenie w moim życiu. Sama książka powstawała dość długo, przez jakiś czas nie czułam, że jestem właściwą osobą do jej napisania i Yossi musiał mnie do tego przekonywać. Sama idea miała jednak swój początek już przy naszym poznaniu, kiedy poprosiłam Yossiego, by opowiedział mi o swoim ojcu. Dla mnie, która właśnie odkryła inną twarz swojego małego, nudnego miasteczka, było to jak dotknięcie czegoś nierzeczywistego, zmartwychwstałego. O Holokauście, Auschwitz, polskich Żydach uczyliśmy się w szkole, czytaliśmy książki, oglądaliśmy filmy. A tymczasem stanął przede mną ktoś namacalny, syn ocalałego, który przeżył te wszystkie straszne wydarzenia i w dodatku miał swoje korzenie w tym samym miasteczku, w którym ja dorastałam, myśląc, że tak dobrze je znam. A ponad tym wszystkim i tak już niezwykle intensywnym łączące nas uczucie.  

Wioletta: Czyli to Yossi pierwszy opowiedział ci historię swojego ojca?

Agnieszka: Tak. Zaczął od Płaszowa, kiedy wybuchła tam epidemia tyfusu, zbierając żniwo około osiemdziesiąt procent obozu. Izyk też zachorował, czołgał się do toalety i leżał osłabiony większość czasu w łóżku, ale jako jeden z nielicznych przeżył. Potem, po przeniesieniu do Płaszowa II, wydarzyła się ta historia z egzekucją, o której wspomniałam na początku naszej rozmowy. Yossi opowiadał, że ojciec, relacjonując to wydarzenie, mówił o rękach, które czuł na swoim ciele, popychających go do rowu. W kolejnym obozie Izyk zabrał trochę chleba po rozładunku pociągu, chcąc podzielić się z innymi więźniami, ale został złapany i dotkliwie pobity za karę. Oprawcy byli przekonani, że go wykończyli. Tymczasem udało mu się doczołgać do obozu. Wkrótce potem znalazł się w transporcie do Auschwitz, z którego postanowił uciec wbrew sprzeciwiającym się pozostałym osobom w wagonie. Kiedy udało mu się wyskoczyć, Niemiec stojący na dachu pociągu zaczął do niego strzelać, ale kule go i tym razem nie dosięgnęły.

Po dwóch dniach ukrywania się zatrzymali go dwaj Niemcy, którzy postanowili zamknąć go w pobliskim więzieniu, skąd nazajutrz został odprowadzony z pozostałymi więźniami do Auschwitz, gdzie wytatuowano mu numer B-94. Tam po jakimś czasie podczas pracy na zewnątrz upadł z powodu ogromnego bólu. Kiedy podbiegli Niemcy, był pewien, że go zabiją, w końcu nie mógł pracować. W dodatku od razu dostał kilka bolesnych ciosów. Do uszu dobiegły go słowa modlitwy za zmarłych, którą zaczęli zmawiać znajdujący się w pobliżu więźniowie. On natomiast znalazł się w karetce, a potem w szpitalu, gdzie został bez znieczulenia zoperowany na przepuklinę. Po kilku dniach decyzją doktora Mengele został pomocnikiem operującego go lekarza. Po kilku miesiącach udało mu się przeżyć marsz śmierci i znalazł się w Austrii, w podobozie Mathausen-Gunskirchen. Kiedy amerykańcy żołnierze zabierali go do szpitala, był w stanie wycieńczenia i ważył zaledwie 28 kilogramów. Kiedy usłyszałam w skrócie tę historię, znajome ze szkoły słowa: Holokaust, Auschwitz, Mengele, marsz śmierci nagle nabrały zupełnie innego znaczenia. Poza tym, tymi niesamowitymi przeżyciami można obdarzyć kilka osób! Usłyszawszy, że Izyk spisuje swoje wspomnienia, zapytałam, czy mogłabym je przetłumaczyć na język polski. Yossi wtedy powiedział z przekonaniem: „Nie tylko przetłumaczyć. Poszukuję od jakiegoś czasu kogoś odpowiedniego do opisania historii mojego ojca i czuję, że to powinnaś być ty”. W pierwszej chwili się wystraszyłam i długo oponowałam. Po pierwsze, nie jestem pisarką, po drugie, myślałam, jakim prawem ja? Urodzona tyle lat po wojnie, nie-Żydówka, nie mam prawa. Ale kiedy Yossi zaczął mówić o spotkaniu z Izykiem, zrobieniu wywiadu, pomyślałam: spróbuję. Powiedziałam mu wtedy: „Pod jednym warunkiem, jeśli zobaczysz, że jednak nie jest to, o czym myślałeś i idzie to nie w tym kierunku, od razu mi bez sentymentów o tym powiesz.”

Wioletta: Jak wyglądała praca nad biografią?

Agnieszka: Biografia musiała być pisana w języku angielskim, wspólnym wszystkim, którzy obserwowali proces jej powstawania i niejako w nim uczestniczyli. Izyk wychował się w Polsce w domu religijnym, w którym mówiło się w jidysz, a ożenił się z francuską Żydówką, więc nie pamiętał już na tyle dobrze języka polskiego, którego ponadto nie znał nikt z jego rodziny.

W styczniu 2008 roku poleciałam do Nowego Jorku, żeby spotkać się z Izykiem Bornsteinem i jego rodziną. Było to niezwykłe wydarzenie, w wyjątkowych okolicznościach czasu podarowanego na poznanie się przed samym wywiadem, czyli kolacją i obiadem szabatowym u jego ultraortodoksyjnej córki. Podniosłe chwile, palące się świece, uroczyste stroje, dziesięcioro dzieci, część już ze swoimi rodzinami, kobiety po jednej stronie stołu, mężczyźni po przeciwnej, polsko-żydowskie dania, a w tle historia Izyka łącząca nas wszystkich przy tym dużym stole.

Izyk mówił dużo, od początku uruchamiały mu się wspomnienia związane ze wspólnym dla nas miejscem. Mówił o dzieciństwie w Szczekocinach, o pałacu, parku, rosnących tam owocach, o pierogach z jagodami i o szkole. Podczas samego wywiadu, który trwał sześć godzin, Izyk trzymał się chronologii. Zaczął od dzieciństwa w Szczekocinach, poprzez wojnę, rozstanie z rodziną, przyjazd do Izraela, założenie własnej rodziny, służbę wojskową i emigrację do Stanów Zjednoczonych. Był świetnie przygotowany i wiedział dokładnie, co i jak mówić, tak, że zadawałam tylko pytania z prośbą o wyjaśnienie czy poszerzenie wypowiedzi. Bywały trudne chwile, kiedy wspomnienia dotyczyły rozstania z rodziną, a następnie z bratem, czy bezpośrednich cierpień zadanych przez nazistów, jak na przykład pobicie w Auschwitz. Wtedy drżał mu głos, w oczach miał łzy i w widoczny sposób próbował zatrzymać napływającą falę emocji. Po powrocie do Polski otrzymałam przetłumaczony z hebrajskiego na angielski tekst, który Izyk napisał o swoim życiu. Spisałam cały wywiad, połączyłam go niejako z tekstem Izyka, dodałam wszystkie nowe informacje pochodzące z naszych luźnych rozmów oraz to wszystko, co przekazała mi jego rodzina: żona i dzieci. Dostałam też video z podróży do Polski. Potem zaczęłam układać to w jakąś opowieść, jakąś całość. Tytuł był wybrany już znacznie wcześniej przez Izyka i Yossiego, który stał za projektem i nad nim czuwał. To Yossi też zasugerował, żeby książkę połamać czasowo, żeby wydarzenia nie następowały chronologicznie, a ja zaproponowałam, żeby zacząć od przyjazdu do Polski po sześćdziesięciu latach od wyzwolenia. Następnie odbyło się ponowne spotkanie z Izykiem u niego w domu w Harrisburgu, gdzie pokazałam mu wstępne prace nad książką, które on zaaprobował.

A potem nagle przyszła białaczka, pogorszenie stanu zdrowia i Izyk znalazł się w szpitalu. Ja w tym czasie byłam w ciąży i pracowałam nad książką. Nosiłam w sobie jego wnuka, jego krew, jego geny i ich pamięć, i czułam, że ma to ogromne znaczenie dla całego procesu, że to najbardziej zbliżyło mnie do napisania tej książki i do samego Izyka. I tak się działo: kiedy rosło we mnie nowe życie, które mogło powstać tylko dzięki jego ocaleniu, i kiedy kształtowała się książka, Izyk powoli nas opuszczał.

Ciągle posyłałam mu pytania wynikające z moich wątpliwości. Jego sąsiadka, której syn przygotował o nim krótki film w ramach szkolnego projektu (i którego tytuł zapożyczyliśmy jako drugi człon nazwy książki – „Siła Ocalałego”; „The Spirit of the Survivor”) zadawała moje pytania w szpitalu Izykowi i mailem posyłała mi jego odpowiedzi.

Izyk nie doczekał jednak wydania książki. Zmarł 11 grudnia 2008 roku, podczas gdy pierwsze wydanie w języku angielskim ukazało się kilka miesięcy później, już w roku 2009. W 2010 wydaliśmy książkę w moim tłumaczeniu na język polski, w 2012 w języku hebrajskim, a w 2013 w języku japońskim. Obecnie tłumaczona jest na język rosyjski.



[Izyk Mendel Bornstein i Agnieszka Piśkiewicz po przeprowadzonym wywiadzie, Nowy Jork, 20 stycznia 2008 r.]

 

Wioletta: To niesamowite, że historię tego bohaterskiego więźnia sześciu obozów nazistowskich, żołnierza Izraelskich Służb Obrony, mogli poznać czytelnicy z różnych kręgów kulturowych. Jak do tego doszło, że została ona opublikowana także w Japonii i jak była tam odebrana?

Agnieszka: Yossi współpracuje również z firmami japońskimi i czasami podróżuje do Japonii. Podczas jednej z wizyt jego wspólnik zaproponował mu spotkanie z japońskim dziennikarzem, byłym pracownikiem wywiadu i politykiem, Sato Masaru.  Poza swoim krajem nie jest on zbyt znany, ale w samej Japonii określany jest mianem jednego z najpłodniejszych i najchętniej czytanych  japońskich  intelektualistów XXI wieku.

Samo spotkanie było też osnute tajemniczością. Jak to opowiedział Sato: „Osobą, która przedstawiła mnie Yossiemu Bornsteinowi był Israel Green, były pracownik Mosadu, którego ojciec był również ocalałym z Auschwitz. Niezwykle rzadko Israel Green doprowadza do spotkań  różnych osób, co jest charakterystyczne dla pracowników agencji wywiadowczych. Ale Israel twierdził, że ja i Yossi nadajemy na tych samych falach, więc powiedziałem, że z przyjemnością go poznam.”

Sato był niezwykle poruszony historią Izyka, a po przeczytaniu książki napisał na ten temat trzy artykuły. Zasugerował też wydanie książki w Japonii oraz zaproponował, że napisze do niej wstęp. Następnie pojawił się Kazumitsu Kawai, przewodniczący japońskiego ruchu religijnego Makuja, którego członkowie są zafascynowani Izraelem i Żydami, i zajął się tłumaczeniem i wydaniem książki.

Jest to historia ciekawa, dlatego że widać w niej, w jak niezwykły sposób splatają się ze sobą ludzkie losy, tak odległe pod względem umiejscowienia, a bliskie z powodu doświadczeń. Historia Izyka z małego polskiego miasteczka zawędrowała aż tak daleko i zainspirowała ważnego japońskiego intelektualistę do spisania historii swoich rodziców, która jest również niezwykła, a ma nawet kilka wspólnych motywów. Matka Sato ocalała jako jedna z siedemnastu osób po bitwie pod Okinawą. Kiedy weszło wojsko amerykańskie, zaledwie czternastoletnia trzymała w ręce granat, gotowa go odbezpieczyć i została w ostatniej chwili powstrzymana przez żołnierza z Hokkaido. Całe życie powtarzała Sato, że to dzięki temu on znalazł się na tym świecie. Jego ojciec z kolei był japońskim kamikadze, który został już wyznaczony do lotu, kiedy nadszedł rozkaz o zaprzestaniu walk i zakończeniu wojny.

Wioletta: Książka „B-94…” w jej symbolicznych dla numerologii judaizmu trzynastu rozdziałach jest czymś więcej niż tylko dokumentem o Zagładzie. Po pierwsze opisuje ona codzienne życie, tradycje i obrzędy religijne w przedwojennym sztetlu; po drugie niesie ważne przesłanie związane z ideą naprawiania świata, Tikkum Olam, prawda?

Agnieszka: Izyk często powtarzał: „Wystarczy jeden człowiek, by dokonać zmian”. I właśnie ten jeden człowiek zapoczątkował, świadomie czy nie, lawinę zmian w Szczekocinach.

Trzynastka jest liczbą mistyczną, doskonałą. Poprzez historię Izyka ma szansę dokonać się w nas wszystkich związanych z tą historią pewnego rodzaju przemiana. Dokonuje się ona w nim samym, kiedy zdobywa się na tę trudną podróż i podejmuje się naprawiania tego, co uznaje za złe w Szczekocinach i kiedy wraca po kilku latach zdumiony jak wiele zmieniło się w samych Szczekocinach. Mówi wtedy do kamery: „To niesamowite, co się tu stało. Mam nadzieją, że Bóg podaruje mi wiele lat, żebym mógł tu przyjechać jeszcze wiele razy”. Izyk miał nadzieję, że książkę przeczyta wiele osób. Mówił o obowiązku, jaki odczuwał względem zamordowanego społeczeństwa i swojej rodziny, jak i przyszłych pokoleń – obowiązku mówienia, świadczenia o tym, co się przeżyło i widziało. Bardzo chciał też przekazać obraz Szczekocin przedwojennych, nieznanych mnie czy nowym pokoleniom. Ważne też było dla niego, żeby żydowskie obrzędy i zwyczaje były zrozumiałe dla osób niezwiązanych z tematyką żydowską, stąd pomysł krótkiego objaśnienia terminologii na dole strony, z którego, co oczywiste, zrezygnowaliśmy przy publikacji w Izraelu.

Wioletta: Gdzie w Internecie znajdziemy informacje lub stronę na temat książki „B-94”?

Agnieszka: Yossi założył na Facebooku stronę o tym samym co książka tytule i zamieszcza tam komentarze, jakie otrzymuje od czytelników z różnych części świata. Najczęściej padają w nich słowa o ogromnym wzruszeniu i emocjach towarzyszących czytaniu, i o sile do pokonywania własnych trudności, jaką poczuli zainspirowani historią Izyka. Są to głosy zarówno ze strony żydowskiej, jak i polskiej. Moja szczekocińska koleżanka napisała tak: „Dziękuję za Twoje życie, Izyku Mendlu Bornsteinie. Dziękuję Ci, Aga, za tę książkę. Był to dla mnie zaszczyt – móc ją przeczytać i właściwie poczuć niezwykłą siłę ocalałego. Cieszę się też, że mogłam czytać o żydowskich zwyczajach i religii, o których zbyt wiele nie wiedziałam. Żałuję, że nie mamy już tych wielokulturowych Szczekocin z początku ostatniego wieku, z piękną synagogą, kirkutem i wszystkim innym...”.

Wioletta: Co zmieniło się w Szczekocinach od czasu wizyty Izyka Bornsteina?

Agnieszka: Powoli następuje przemiana wśród szczekocińskiej społeczności. To nie znaczy, że nagle zniknęła niechęć do Żydów, a wszyscy zaczęli żałować tego, co zrobili, czy co stało się z macewami, cmentarzami i żydowskimi sąsiadami. Jest ciągle wiele do zrobienia, a wielu rzeczy nie uda się już naprawić, tak jak wiele ludzi pozostanie na tę przemianę zamkniętych. Ale z całą pewnością powrót Izyka i działania Yossiego otworzyły jakąś tamę i blokadę, wiele osób otworzyło się, zmieniło swoje poglądy czy dowiedziało się czegoś więcej o judaizmie. W 2012 roku, w rocznicę likwidacji getta w Szczekocinach, odbył się marsz pamięci, a jego trasa prowadziła spod ogrodu parafialnego, miejsca, z którego szczekocińscy Żydzi zostali zabrani, pod synagogę i na stary cmentarz żydowski. Uczestnicy marszu, w tym uczniowie i nauczyciele ze szkół oraz przedstawiciele władz miasta, czytali nazwiska rodzin żydowskich mieszkających przed wojną w Szczekocinach. Było to niezwykle przejmujące wydarzenie, które ze względu na miejsca i sposób, w jaki się odbyło, postrzegam jako późny, ale niezwykle potrzebny pogrzeb społeczności żydowskiej Szczekocin, który wyprawili jej współcześni mieszkańcy. Ci ostatni zaś mieli szansę opłakać i pożegnać swoich zamordowanych sąsiadów i oddać im należyty szacunek. Szczekocinianie 1 listopada zapalają znicze na żydowskim cmentarzu, obecnie przy pomniku, wcześniej przy kamieniu symbolicznie położonym w miejscu, gdzie stały szalety. Młodzi ludzie, którzy wracają do domów i rozmawiają ze swoimi rodzicami, którzy budują nowy świat, mają już inne poglądy. Interesują się judaizmem, kilka osób wybrało studia związane z tym kierunkiem, uczą się hebrajskiego czy jidysz, a dzięki kontaktowi ze szkołami w Izraelu i oczywiście zaangażowaniu szczekocińskiej szkoły, jej nauczycieli, młodzi szczekocinianie spotkali młodych Izraelczyków. Przede wszystkim jednak odblokowana została pamięć, zaczęło się mówić o tym, co pozostawało dotąd ukryte, stłumione. I ta fala płynie już swobodnie, co rusz odsłaniając nowe warstwy i pokłady informacji.

Wioletta: Przenieśmy się na chwilę myślami ze Szczekocin do Izraela i porozmawiajmy o twojej emigracji. W maszynopisie twoich wspomnień pod tytułem „Po środku barykady. Sceny z życia z ziemi świętej-przeklętej” przeczytałam: „Zostałam gojowskim Żydem-tułaczem – pomyślałam któregoś razu na lotnisku czy to Ben Guriona, czy Fryderyka Chopina, po których tułam się od kilku lat. Polska, Izrael, Polska. Nie wiem, gdzie wracam, a gdzie wyjeżdżam. Nie wiem, gdzie jest mój dom”. Czy wciąż żyjesz w stanie zawieszenia pomiędzy dwoma tak odmiennymi krajami?

Agnieszka: Myślę czy obawiam się, że to zawieszenie może pozostać już na zawsze, a wiąże się z tym kilka czynników. Wyjechałam może nie w późnym wieku, jako trzydziestojednolatka, ale byłam mocno w polskiej rzeczywistości osadzona i emigracji nie planowałam. Miałam pracę w dwóch częstochowskich szkołach średnich, która naprawdę dawała mi radość i satysfakcję. Byłam mocno związana z przyjaciółmi, miałam jakieś plany, mniej więcej ugruntowaną pozycję, i to wszystko nagle uległo radykalnej zmianie. Z perspektywy czasu czuję, jakby moje życie było podzielone na dwa etapy, dwie części. I w 2007 roku nadszedł czas na część drugą, dostałam nowe życie i nowe wcielenie, tyle że nie wymazano mi pamięci o poprzednim, więc o tyle to trudniejsze.

Wioletta: Jak odbierasz swój nowy kraj?

Agnieszka: Kraj, do którego wyjechałam, Izrael, nie jest, mówiąc krótko, typowym, zwykłym krajem. Nie chodzi tu tylko o jego egzotykę, o klimat czy społeczeństwo, ale o trwający od początku powstania tego kraju konflikt. Rzeczywiście w codziennym życiu tego nie widać. Szybko można przyzwyczaić się do tego, że przed wejściem do każdego większego sklepu czy miejsca publicznego trzeba pokazać torebkę czy plecak strażnikowi, do widoku żołnierzy w newralgicznych miejscach, nawet do muru oddzielającego Autonomię Palestyńską. Niemniej jednak w chwilach większego zagrożenia czy wzmożonych walk, jak na przykład miało to miejsce w ubiegłym roku w Gazie, pojawia się większy strach i niepewność zwłaszcza, jeśli jest się rodzicem. To nie tyle strach o siebie i swoje życie, jak właśnie o dziecko. Czy na pewno podjęłam słuszną decyzję? Czy nie narażam go, nie pozbawiam zwykłego, bezpiecznego życia? Kiedyś będzie musiał pójść do wojska, a służbę wojskową w Izraelu ze względu na trwający konflikt należy rozpatrywać w nieco innych kategoriach. Pomimo że jest krajem demokratycznym, otwartym i przyjmującym corocznie ogromne liczby turystów, Izrael nie jest krajem dla każdego. Jest to państwo żydowskie, a ja Żydówką nie jestem, więc napotykam tu mnóstwo utrudnień biurokratycznych. Na początek wiza, o którą trzeba się starać (na lotnisku dostaje się pozwolenie na trzymiesięczny pobyt), dobrze wniosek dokumentując i uzasadniając. Wiąże się z nią też pozwolenie na pracę. Dalej uczestnictwo w życiu codziennym – w jakimkolwiek stopniu byłoby się związanym z religią, to ona wyznacza porządek i styl tego życia. Tak więc na przykład, nie wchodząc w oczywiste sprawy obchodzenia świąt, czwartek stał się dla mnie piątkiem, piątek sobotą, a sobota niedzielą. Nowy rok to nie koniec grudnia, a okolice września. Dalej, język – zupełnie nieznany i niepodobny do innych, o obcym alfabecie. Poza tym moje prywatne okoliczności wyjazdu nie sprzyjały budowaniu poczucia pewności, bo pomimo przekonania o słuszności wyboru czy ciekawości nowego życia, wiązało się z tym też poczucie winy i strach przed nieznanym.

Przez jakiś czas czułam się jak na wakacjach – morze, palmy, słońce, egzotyka i do tego moja nieznajomość nowego terenu, w związku z czym trzeba było się mną zaopiekować niczym małym dzieckiem. A potem ten okres ochronny się skończył i zostałam rzucona na głęboką wodę. Powoli ta ślepa fascynacja innością i egzotyką zaczęła ustępować złości i rozpaczliwemu poszukiwaniu tego, co znajome i swojskie, aż pojawiło się poczucie osamotnienia i ogromna tęsknota. Czyli klasyczny culture shock.  

Wioletta: Po pierwszych reakcjach związanych z szokiem kulturowym w życiu emigranta nadchodzi zwykle etap odnajdowania punktów stycznych z nowym krajem.  Czy zakorzeniasz się powoli w Izraelu?

Agnieszka: Mimo tego rozdarcia i tęsknoty na pewno w jakimś stopniu tak. To zakorzenianie i poważne życie zaczęło się tak naprawdę z chwilą, kiedy mój syn poszedł do przedszkola. Zaczęły się spotkania z przedszkolankami i rozmowy z nimi, z innymi matkami czy z dziećmi, koleżankami i kolegami Daniela. To musiało się już odbywać w języku hebrajskim, którego znajomość w tej chwili stała się koniecznością, a nie atutem.

Znajomość języka również zakorzenia, dodaje siły i poczucia pewności i łączy z nowym krajem i jego kulturą. A potrzeba opieki nad dzieckiem sprawia, że zapominamy o sobie i budujemy w sobie tę siłę potrzebną do funkcjonowania. Po etapie złości nadchodzi równowaga i budowanie własnej, autonomicznej postawy. Często obserwuję u siebie nieznane mi wcześniej oblicza i zachowania. Kilka razy usłyszałam też od znajomych komentarze dotyczące mojego zachowania w danej sytuacji, że otóż stałam się Izraelką.

Wioletta: Jak radzisz sobie z tęsknotą za Polską?

Agnieszka: W pojawiających się chwilach osamotnienia i tęsknoty pomaga mi kilka przekonań. Najważniejsze chyba to uświadomienie sobie, czego nie miałabym i co ominęłoby mnie, gdybym została w Polsce. Spoglądanie z dystansu i perspektywy czasu na to wszystko, co się wydarzyło, i pamiętanie, że to niewiarygodna przygoda. Ponadto, w dzisiejszej dobie rozwoju techniki mogę robić wiele rzeczy dających mi namiastkę polskości bez konieczności udawania się tam, w tym kontaktować się łatwo z rodziną i przyjaciółmi, czytać polskie gazety i dowiadywać się o nowych książkach. Pociesza mnie też myśl, że zawsze mogę wrócić lub że kiedyś będę mogła bywać w Polsce częściej. Czyli generalnie skupianie się na tu i teraz i niewybieganie za daleko w przód.

Wioletta: W takim razie zapytam przekornie: czego życzyłabyś sobie na przyszłość?

Agnieszka: Przede wszystkim, żeby moje dzieci były bezpieczne i szczęśliwe. Nie wiem, na ile takie życzenie związane jest z tym miejscem, a na ile wynika po prostu z matczynej troski. Ponadto, żeby były związane z Polską i żeby mówiły po polsku. A sobie życzyłabym większej niezależności, sukcesu w zbudowaniu czegoś własnego, swobodnego poruszania się w tej w malejącym stopniu, ale ciągle obcej nieco rzeczywistości.

 

 

Fragmenty pamiętnika Agnieszki Piśkiewicz pt. „Po środku barykady”:

 

W ciągu kilku dni spadło na Izrael kilkadziesiąt rakiet i wojsko już odpowiada ostrzałami. Na zagrożonych i atakowanych terenach Izraela zamknięto szkoły. – Będzie coś poważnego, mówią mi, bo do H. już trzy razy dzwonili z wojska, a on był w jednostce z psami, więc skoro ich potrzebują... Nie wiem, co to dokładnie ma oznaczać. – Nie martw się, tutaj nie dolecą ich rakiety. Mam w głowie kilka scenariuszy. Najważniejsze jest, żeby wszystko się działo, kiedy jesteśmy razem, żebym mogła schować Daniela do mojej kangurzej kieszeni.

Jeden ze scenariuszy to zaadoptowana na miejscowe potrzeby wersja filmu Roberta Benigniego – „Życie jest piękne”. Otóż w razie zaostrzonego konfliktu, mieszkańcy zobowiązani są (powiadomieni wyjącymi syrenami) udać się do schronów. Od kilku lat w każdym nowo wybudowanym mieszkaniu takie potrzeby spełnia jeden z pokojów, o wzmocnionych ścianach i oknie z ciężką, żeliwną klapą, którą należy zamknąć. Tak się składa, że w naszym domu ten pokój jest na co dzień pokojem zabawek Danielka, a on sam nie zdaje sobie zapewne sprawy, do czego jest przeznaczony. Tak więc w razie eskalacji nieporozumień pomiędzy władzami mam zamiar odgrywać różne role, używając stosu maskotek i zabawek znajdujących się w pokoju-schronie, tak by Daniel świetnie się bawił, nie mając pojęcia na przykład o gazie na ulicach (przerobiłam już w myślach mój kunszt aktorski z maską przeciwgazową na twarzy, jeszcze nie wiem, co robi się z twarzą trzyletniego chłopca). 

Tymczasem przyglądam się jak sobie śpi spokojnie, tu jest bezpieczny. Jest ze mną. Taki mały polski Izraelczyk, syn Polki i byłego żołnierza armii izraelskiej, wnuk polskiego Żyda, ocalałego z sześciu obozów nazistowskich.

 

– Spadła rakieta na Rishon  – mówi od wejścia Danielle, chwytając za telefon. – Moi rodzice tam mieszkają. Halo? Ima? Ma kore ?

Rakieta w Rishon LeZion? Jak to? Przecież to całkiem niedaleko od nas. W Rishon LeZion jest Ikea i tam się jeździ po brakujący sprzęt domowy. To nie jest jakieś miasto przy granicy. Strefa Gazy, Gaza, Zachodni Brzeg – mimo że ten ostatni znajduje się zaledwie kilka kilometrów od Rosh Haayin, wszystko brzmi jak z innego świata. Innego Izraela. A sama wojna jest przecież czymś odległym i abstrakcyjnym. Kojarzy się z drugą wojną światową w Polsce, ewentualnie z perspektywą trzeciej, o której mówi się w różnych kręgach i niedotyczących mnie bezpośrednio konfliktach.

– Poszli do schronu, mówi Danielle. Co będzie? Patrzy na mnie.

Nie wiem, co mam myśleć. Jeśli ona jest zaniepokojona, która żyje w tej rzeczywistości od urodzenia, to jak ja powinnam się czuć? Na razie jestem po prostu zdziwiona, jakby to działo się poza mną, czy było nie do końca prawdziwe.

– Oni chcą ziemi, oni po prostu chcą tej ziemi. I ją dostaną w końcu. Jeszcze nie to pokolenie, ale następne czy jeszcze kolejne, i ją dostaną.

Oni. Palestyńczycy. Wrogowie.

W domu Yossi tłumaczy mi rodzaje alarmu: rosnący i malejący na przemian to informacja, że należy niezwłocznie udać się do schronu, a jednostajny oznacza, że można już wyjść.

– Tutaj, gdzie jesteśmy, masz półtorej minuty, więc pamiętaj, bez stresu i paniki. Jest czas. Ja wezmę Daniela, ty po prostu idź do pokoju.

Czyli moja wizja scenariusza podobnego do „Życie jest piękne” staje się realna.

Tylko że rzeczywistość wygląda bardziej ponuro od przewidywań. Dosłownie. Pokój z zasłoniętą w międzyczasie żelazną klapą na oknie wypełnił się jakąś mieszanką mroku i strachu, a zabawki, od których uginają się półki, nie ocieplają atmosfery. Wręcz przeciwnie, robi się po prostu smutno. Zwłaszcza, kiedy wchodzę tam z Danielkiem.

– O, noc?

– Nie, kochanie, jest dzień. Tylko zasłoniliśmy po prostu klapę w oknie.