ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (243) / 2014

Wioletta Grzegorzewska, Anna Błasiak,

'WYJECHAŁY' (3): 'CZĘSTO SIĘ GUBIĘ MIĘDZY JĘZYKAMI'

A A A
Wioletta Grzegorzewska: Do Anglii wyjechałaś ponad dziesięć lat temu, w grudniu 2003 roku. Jak wyglądał Twój pierwszy tydzień w Londynie?

Anna Błasiak: Był gęsty, bo przyjechałam do pracy jako niania i od razu trzeba było zakasać rękawy. Choć z drugiej strony znałam już wtedy London na wylot – od matury przyjeżdżałam w prawie każde wakacje, żeby szkolić angielski – więc nie miałam poczucia, że jestem w jakimś totalnie obcym, ba, wrogim miejscu. Wręcz przeciwnie. Odwiedzałam stare kąty, spotykałam się z dobrymi znajomymi, zaglądałam do ulubionych muzeów, szperałam w zaprzyjaźnionych księgarniach i sklepach z używanymi CD. To było trochę tak, jakby nagle rozpoczęły się długie roczne wakacje, podczas których trzeba też było trochę popracować...

Wioletta: A jednak te „roczne wakacje” skończyły się i coś zatrzymało cię w Anglii na stałe. Z jakich powodów zdecydowałaś zostać w Wielkiej Brytanii?

Anna: Przez pierwsze kilka miesięcy trzymałam się twardo opcji, że po roku wracam. Zresztą wszystko w Polsce zostawiłam „zawieszone na haczyku” na rok – mieszkanie, pracę, przyjaźnie, całe moje życie. Było do czego wracać. To było bardzo odświeżające doświadczenie, ten cały wyjazd – tak po prostu spakować walizkę i wyjechać, zostawiając cały życiowy „bagaż” za sobą, na etapie, gdy już się człowiekowi wydaje, że nic się nigdy nie zmieni. Albo tylko niewiele. Pojawia się nawet myśl, że już nic NIE MOŻNA zmienić. Takie tam dywagacje w okolicach trzydziestki… Fajnie było sobie udowodnić, że zapuszczenie korzeni w jednym miejscu nie oznacza, że nie można się już nigdzie indziej przesadzić, choćby tymczasowo. Ale z drugiej strony wcale nie chciałam w Anglii zostać dłużej, niż było zaplanowane. Rok to rok. Po roku jest jeszcze do czego wracać. A ja wracać chciałam.

Był wczesny kwiecień, początek wiosny, piękna noc w Londynie, gdzieś tak 4 nad ranem. Jechałam sobie taksówką wzdłuż Hyde Parku i nagle uderzyła mnie myśl, że właściwie to mogłabym tu żyć – nie tylko przejściowo, wakacyjnie, ale na dłużej. Choć nie pozwalałam ani sobie ani nikomu innemu użyć wtedy terminu „na stałe” lub tym bardziej „na zawsze”. To było jak uderzenie pioruna. Zanim jeszcze zdążyłam sobie na poważnie zadać pytanie, czy chcę wracać, w głowie wykluła mi się już decyzja: zostaję!

Gdy już wiedziałam, że nie wracam – a przynajmniej na razie nie – trzeba było zacząć myśleć poważniej o tym, co ze sobą zrobić. Przez cały pierwszy rok nianiowania nie przestałam tłumaczyć książek na polski – głównie dla higieny psychicznej. Teraz zaczęłam myśleć o kolejnych studiach i szukaniu innego rodzaju pracy. Zaczął się długi etap wysyłania papierów do różnych muzeów, ze skutkiem zerowym aż do momentu, gdy skończyłam studia na miejscowym uniwersytecie. Wtedy – tak o tym myślę – wyszłam ze „strefy cienia”...

Wioletta: W jednym z wierszy napisałaś: „Gdy przyjeżdża następny skład/ linii Great Western / znowu jestem znikąd. / Zaczynam wrastanie od nowa.” Czy czujesz się podobnie jak Twoja liryczna peelka? Proces wrastania w obcy kraj nigdy się nie kończy albo trwa bardzo długo. A może  to właśnie Anglia jest teraz Twoim miejscem na Ziemi?

Anna: Myślę, że jest jakaś pierwotna mądrość w przywiązaniu człowieka do miejsca. Może życie powinno się przeżywać tam, gdzie się człowiek urodził? Bo wystarczy raz przenieść się z miejsca na miejsce, by już zawsze być znikąd, trochę spomiędzy, jedną nogą tu, drugą tam. Nie ma powrotu. Dla mnie taki proces nastąpił po raz pierwszy – choć na mniejszą skalę – gdy przeprowadziłam się na studia do Warszawy. Pamiętam, jak mi było w tej Warszawie przez pierwsze parę lat źle, jak się odgrażałam, że wrócę na północ, kupię sobie dom na wsi i będę tam hodować przysłowiową rzodkiewkę. Ale gdy jechałam nad morze do rodziców, to po dwóch dniach zaczynałam się męczyć, bo tempo życia było tam już dla mnie zbyt wolne, bo brakowało mi mojego radia, teatrów, muzeów, moich ludzi, moich miejsc. Bo już nie byłam stamtąd. Najnormalniej w świecie brakowało mi Warszawy.

Przeprowadzka do Anglii to był podobny proces, tylko na dużo większą skalę. Na początku fascynacja, zachłyśnięcie się tym co nowe, inne, wszystkie te zdziwienia i osłupienia, szok kulturowy, potem żmudne wrastanie, wiele rozczarowań, no i świadomość, że – no właśnie – nie ma powrotu. Nigdy nie wrócę do Polski, bo już nie jestem stamtąd. Ale nie jestem też i stąd. I nigdy nie będę – brytyjski paszport niczego nie zmienia. To wrastanie jest oczywiście procesem, ale procesem z góry skazanym na porażkę, przynajmniej częściową. Nie wiem wcale, czy zostanę w Anglii na zawsze, ale wiem na pewno, że już prędzej zacznę znowu od zera jeszcze gdzieś indziej na ziemi, niż wrócę do Polski. Bo już nie jestem stamtąd. No i mam już teraz wyidealizowany, nostalgiczny obraz życia w Polsce – mocno przekłamany, wiem to doskonale – którego nie miałabym ochoty konfrontować z rzeczywistością. Teraz już chyba mogę nawet powiedzieć, że z Polski nie jestem nawet bardziej, niż nie jestem z Anglii. To jednak jest stopniowalne. A czy tutaj wrosnę na tyle, by poczuć się „stąd”? Myślę, że to nie jest możliwe. Co nie znaczy, że nad tym nie pracuję...

Wioletta: Jako tłumaczka wciąż żyjesz między językami, wywlekasz je na wszystkie strony, jesteś zmuszona do nieustannych porównań składni, słownictwa, idiomów. Czy doświadczenia związane z emigracją i pracą translatorską zmieniły twoje podejście do polszczyzny?

Anna: I tak, i nie. Często się gubię między językami. Coś mi się na przykład śni, i śni mi się w niewłaściwym języku. Osoby, miejsca, sytuacje występujące w tym śnie, gdyby miały miejsce poza snem, działyby się w tym drugim języku. Albo opowiadam komuś o przeczytanej książce i czasem muszę się mocno zastanowić, żeby odpowiedzieć na pytanie, czy czytałam ją po angielsku, czy po polsku.

A jednocześnie, jako tłumaczka, osoba na co dzień operująca w dwóch językach, muszę być na język wyczulona. Od zawsze bawiłam się w wyłapywanie translatorskich nieścisłości w trakcie oglądania filmów czy telewizji etc.. Teraz po prostu robię to w obie strony, a nie tylko na polski. Niestety – przyznaję się bez bicia – coraz częściej wyłapuję takie językowo-tłumaczeniowe błędy również u siebie. I tego naprawdę nie znoszę! Ale, cóż, to cena, jaką płacę za językowe rozpięcie. Ostatecznie operuję dwoma językami nie tylko na poziomie codzienności, ale też kreatywnie. Gdy siadam do pisania, to za każdym razem muszę podjąć decyzję, czy będę pisać po polsku, czy po angielsku. Zdarza mi się też zacząć coś w jednym języku, by po chwili, prawie niezauważenie, przejść na ten drugi, bo… bardziej tu pasował.

Czy mój stosunek do polskiego się zmienił? Na pewno, choćby dlatego, że od dziesięciu lat w Polsce nie mieszkam. I choć czytam dużo po polsku, oglądam filmy, staram się być na bieżąco, to jednak brakuje mi kontaktu z normalnym, codziennym językiem ulicy. On się bardzo przez te 10 lat zmienił. Zmieniał się, a ja w tym nie brałam udziału. Mam tego bolesną świadomość. Zdarzają mi się nawet w związku z tym chwile paniki. Staram się jednak z tą paniką walczyć i myśleć o procesie wychodzenia z języka w sposób konstruktywny, pozytywnie. Taki wykoślawiony polski można przecież twórczo wykorzystać, obrobić. Zawsze miałam skłonność do neologizmów, to jakby kolejny etap tego samego procesu, prawda? Zresztą dzięki temu, że moje podejście do polszczyzny się zmieniło, w pewnym sensie jestem jej bardziej chłonna. Czytam w sposób mniej bierny, niż kiedyś, uczę się przy tym, wychwytuję co ciekawsze smaczki i je sobie zakodowuję na później.

Wioletta: Po siedmiu latach emigracji mam problem z kolejnością zaimków zwrotnych w zdaniu, nadużywam zaimków osobowych: ja, ty, oni; na siłę szukam orzeczenia w zdaniu, czasem nie rozumiem młodzieżowego żargonu, na przykład określenia: świerszcze – cisza w rozmowie, tani-armani jako ciucholand. Czy ciebie też dziwią jakieś nowe polskie słowa albo idiomy? Jakie konkretne zmiany zachodzą w twoim „języku pierwszym” – jakby powiedział Henryk Bereza?

Anna: O, tego jest tyle! Bez internetu i słownika miejskiego chyba bym zginęła! Taki zmulant, czyli tępak, albo prześliczna pakerhala jako siłownia czy lol w żal, czyli szczęście w nieszczęściu. Mogłabym tak długo...

Niektóre z tych językowych wynalazków są po prostu piękne, a przed innymi staję jak przed ścianą w osłupieniu i za nic nie jestem w stanie się przebić. To ciekawy proces, który przez ostatnie dziesięć lat – czyli ten okres, kiedy mieszkam już w Anglii – nabrał ogromnego przyśpieszenia. Albo może tylko mnie się tak wydaje, bo patrzę na to z boku?

Ta nowa polszczyzna ma oczywiście dużo zapożyczeń ze współczesnej lingua franca, czyli angielskiego (choć raczej w jego amerykańskim niż brytyjskim wydaniu), lecz, co ciekawe, wyspiarski Ponglish – również przecież połączenie polskiego i angielskiego – rozwija się w zupełnie innym kierunku, bo opiera się na dosłownym tłumaczeniu angielskich słów, często idiomów na polski, często połączonym z polską transkrypcją części angielskich wyrażeń. Tu też zdarzają się cudeńka, takie jak dawać hedejka, czyli sprawiać kłopoty, albo iść na rytajet, czyli na emeryturę. Lubię też Saisnburaka/Sainsburacza i Teskacza czy Wątrobowo (Liverpool) i Glasgowice.

Oczywiście dlatego że mieszkam w Anglii, Ponglish jest mi bliższy niż zmiany zachodzące w polszczyźnie w Polsce, bo po prostu w tym tutaj biorę udział, jestem tego częścią...

Wioletta: Podobno Anders Bodegård czytał na głos tekst przed przystąpieniem do tłumaczenia go na język szwedzki. Czy ty też praktykujesz takie metody, aby dobrze wsłuchać się w oryginał?

Anna: Całkiem często, to rzeczywiście bardzo, ale to bardzo pomaga. Wychodzą wtedy pięknie wszystkie aliteracje i onomatopeje, wszystkie rytmy i melodie tekstu. Po co to sobie wyobrażać, gdy można to wysłyszeć.

Czytam też tekst później, w trakcie tłumaczenia, wielokrotnie, żeby zweryfikować przekład. Czytam sobie i innym, żeby sprawdzić, jak go odbierają, czy coś nie zgrzyta, czy tekst brzmi tak, jak powinien.

Ostatnio przy pewnym tłumaczeniu tyle się naczytałam na głos, że gardło mi wysiadło!

Wioletta: A czy podczas pracy nad przekładem kryminału „21:37” Mariusza Czubaja też miałaś jakieś translatorskie przygody lub potyczki z językiem?

Anna: Z Czubajem największa zabawa była przy przekładzie różnych specyficznie polskich smaczków. No, bo co zrobić z taką na przykład „popiełuszką”? Każdy Polak w pewnym wieku, nawet jeśli nie zna policyjnego slangu czy grypsery, wydedukuje, że chodzi o bagażnik samochodu. Nic nie trzeba dopowiadać, wyjaśniać. No i teraz weź coś z tym zrób w tłumaczeniu! Przypis nie wchodził w grę i ostatecznie, po rozmowie z wydawcą i autorem, stanęło na tym, że dodajemy zdanie w tekście, które skrótowo objaśnia kulturowe i historyczne odniesienia. A takich kwiatków było tam więcej! Były też liczne odniesienia do Polski, za komuny i nie tylko, różne wielkie płyty, domy towarowe i dworce z lat 70. i 80., katowickie osiedla, warszawskie Pragi, cmentarze żołnierzy radzieckich itp. itd. Byli też a to Krzysztof Krawczyk (a konkretnie jego fryzura), a to Piotr Szczepanik, a to Doda i Michalczewski, a to sacropolo…

Był też inny problem, poważniejszy i trochę niespodziewany. Tytuł powieści „21:37” to – tak się przynajmniej wydaje na początku – odwołanie do dokładnej godziny śmierci Jana Pawła II. Potem jednak okazuje się, że to mylny trop i chodzi o cytat z Biblii, z Księgi Ezechiela. W polskim tekście Czubaj korzysta z Tysiąclatki. Okazało się jednak, że we wszystkich bardziej popularnych tłumaczeniach Biblii na angielski – od Wycliffa przez Króla Jakuba po wszystkie nowsze przekłady – stosuje się inny podział na wersy, w efekcie czego rozdział 21. w ogóle nie ma wersu 37! Ostatecznie użyłam innego przekładu, Complete Jewish Bible. Nie było to rozwiązanie idealne, ale uznałam, że to najmniejsze zło.

Wioletta: Przełożyłaś też na język polski kilkadziesiąt książek dla dzieci i młodzieży. Czy taka literatura z jej magicznymi światami wymaga szczególnego, użyłabym nawet słowa „czulszego”, podejścia od tłumacza?

Anna: Myślę, że tak. Choć pewnie wielu tłumaczy innego typu literatury by się ze mną nie zgodziło…

Książki dla dzieci, szczególnie tych młodszych, zmuszają tłumacza do odgrzebywania pokładów „dziecka w sobie”. Bez tego się nie da. Trzeba się wyluzować, często trzeba odejść od tekstu oryginalnego bardziej niż w przypadku prozy dla dorosłych. Jest też przy tym dużo świetnej zabawy – z wymyślaniem odpowiednich imion dla bohaterów, z językowymi wywijańcami, rymowankami, wygrywaniem podwójnych znaczeń słów i idiomów.

Pamiętam jedne moje wakacje w Londynie, gdy jeszcze mieszkałam w Polsce. Tłumaczyłam wtedy książkę Anthony’ego Horowitza z serii o braciach Diamentach. Jeździłam po mieście autobusami, wiecznie pochylona nad notatkami do książki, szukając odpowiednich słów, wyrażeń. Horowitz dużo bawi się językiem, często ogrywa idiomy. Jest w książce, gdy bohater znajduje się na wielkim polu pszenicy w Holandii i zaczynają do niego strzelać. A on wtedy dowcipkuje na temat Shredded Wheat…

Tytuł książki po angielsku to „South by South East”. Duża część akcji opiera się na założeniu, że chodzi o podróż pociągiem liniami South East. A na samym końcu dowiadujemy się, że Tim Diament się przesłyszał, i tak naprawdę chodziło o aukcję (fikcyjnego) obrazu Salvadora Dali zatytułowanego „Tsar’s Feast.” Czyli:  nie „South by South East”, a „Sotheby’s. Tsar’s Feast”.

Dużo tam było takich translatorskich zagwozdek.

Wioletta: Twoje wiersze skojarzyły mi się z twórczością francuskiego poety Philippa Jaccotteta, tak jak on próbujesz przemycić w krótkich formach intensywne chwile z twojego życia. Czy mogłabyś opowiedzieć o lirycznych poszukiwaniach, inspiracjach?

Anna: To są zawsze momenty, takie migawki, gdy nagle coś zupełnie zwykłego, codziennego, często widzianego tysiąc razy przybiera inne barwy. Nagle coś się z czymś wizualnie, dźwiękowo albo zapachowo rymuje i staje nowe. Chodzi o uchwycenie tych mikroolśnień, złapanie ich jak na wędkę. One są zwykle bardzo „ruchliwe” i błyskawicznie uciekają. Nauczyłam się więc nosić przy sobie kawałek papieru i coś do pisania, żeby je od razu zapisywać. A od paru lat coraz częściej po prostu wklepuję takie migawkowe notatki w telefon, by potem nad nimi pracować, już na spokojnie je obrabiać. I zwykle dopiero wtedy się przekonuję, czy z takiej notatki lub garści notatek będzie wiersz, czy nie. Bywa różnie.

Wioletta:  Jakie jest Twoje ulubione miejsce w Anglii?

Anna: Różne nadmorza. Lubię brytyjskie wybrzeże za to, że potrafi być tak różne, tak zmienne i zróżnicowane, takie dramatyczne czasami. Kocham polskie białe, piaszczyste plaże, tam się wychowałam, ale teraz uczę się brytyjskich plaż, piaszczystych i kamienistych, uczę się skalistych klifów, zatoczek, uczę się Turnerowskiego światła w Thanet. Tu jest więcej kontrastu, więcej dramaturgii, czasem trochę wystylizowanej, ale i tak mocnej.

 



 

Wiersze Anny Błasiak

 

(NIE) MOJE WIELKIE, GRECKIE WESELE

Zaczęło się dwa dni przed czasem.

W niedzielę od rana

czterdzieści baranów na rożnach. I kokoretsi.

Muzyka i taniec między

rozstawianymi stołami

na osiemset osób.

 

Dookoła milczące góry

i niesłyszalny szum morza gdzieś w tle.

 

Język starożytny. Język znajomy. Język niezrozumiały.

Gwizdy w tańcu. Ouzo i piwo. Upał.

Turecka krew, czarne oczy. Przytup.

Ciemne chustki na głowach.

Bracia, kuzyni, wujowie.

 

Przerażeni.

 

***

Wiem

jaki długi między nami

drut telefoniczny.

Kilometrami wiem.

 

U was zawsze pada,

u mnie różnie.

 

Wahadło bliskości,

Wahadło odległości.

Różnie.



***

Siedziałam na korzeniu platana.

Powoli wrastałam.

Jeszcze jedna gałąź.

 

Ktoś przechodził obok.

Nie zauważył różnicy.



METRO MORZE

przedzieram się

jak statek

pomiędzy ludzkimi rafami

kołysana dźwiękiem

ze słuchawek

 

morza ciągną się w

nieskończoność peronów

a potem znowu i znowu

 

na chwilę zamknięty

ludzki ocean

jak słona woda

przywieziona z wakacji

w słoiku



***

Krzywizna wycięcia zaplecka –

twoje ciało.

Małżowinowa brodawka.

Rocaille urastał w palce tkliwe.

 

Czułam je

leżąc w łóżku.

Chcę tu zawsze

spać.



***

Rozwijam to niebo

jak nitkę niebieską z kłębka.

I nawet się nudzę chwilami.

 

Na szczęście zapominam,

że w środku kryje się przebiegły koniec.



***

Czasami, gdy w nocy

obudzi mnie łoskot pociągu

za oknem

zaczynam się nagle zapuszczać

w to miasto.

 

Gdy przyjeżdża następny skład

linii Great Western

znowu jestem znikąd.

Wrastam od nowa.



RAKARZ

Na szczęście

kieszenie mam

zawsze pełne

rachunków ze sklepów,

starych biletów, guzików nie od pary.

 

Inaczej tyle słów

by się ode mnie uniezależniło.

 

***

W butach na traktorze

przemycam kamyki z podjazdu.

 

Gdyby częściej,

wychodziłabym cały Nieborów.

          

AMNEZJA, UPARCIE

Co wieczór uczę się tu dnia

na pamięć.

 

Rano znów nic nie pamiętam.
Fot. Lisa Kalloo.