ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (246) / 2014

Luiza Stachura,

FAKTURA MIASTA-PALIMPSESTU

A A A
Niespieszne wędrówki po mieście i odcyfrowywanie kolejnych aspektów rzeczywistości, drobnych elementów, z których złożona jest przestrzeń percypowana na co dzień automatycznie, prowadzą do skonstruowania specyficznej mapy topograficznej. To miejsce „ja-odkrywcy”, „ja-widza”. Zakres i strukturę tej rzeczywistości wyznaczają ścieżki „ja-podróżnika”. Jednakże metamorfozy, którym nieustannie podlegają konkretne części składowe przestrzeni, nie są zależne od „ja-obserwatora”. On wyłącznie odnotowuje odchylenia, paralaksy, deformacje. Jest świadkiem działania tego, co nazywamy tak lekko czasem, mechanizmu pokrywania patyną, nadbudowywania i zabudowywania, a wreszcie degradacji aspektów miejsca. Do takiego wymiaru odbierania specyficznej przestrzeni miejskiej prowadzi czytelnika Michał Cichy w impresyjnym szkicu „Zawsze jest dzisiaj”. Trudno bowiem inaczej jak szkicem (czy kartkami z dziennika spacerowicza) nazwać niewielki objętościowo tekst Cichego, ewokujący rozliczne literackie obrazy wędrówek po mieście, na czele z koreańskim utworem „Dzień z życia pisarza Kubo” Pak Tae-wona.

Narrator z „Zawsze jest dzisiaj” zbiera metaforyczne fotografie Warszawy, prowadzi po labiryncie ulic i zaułków. Zmienność stolicy rozpatruje w kilku aspektach, spośród których warto zwrócić uwagę choćby na strukturę podłoża – dosłownie rozumianego jako budulec ulic, zwłaszcza kostkę Bauma, metaforycznie zaś określanej między innymi w języku matematyczno-przyrodniczym (czyli w fizycznym położeniu, w nagromadzeniu bądź atrofii świata roślinnego) oraz w dyskursie tożsamości i pamięci kulturowej, w historiografii pamięci. Historia wpisana w elementy przestrzeni miejskiej będzie stanowić tyleż kontrapunkt opowieści spacerowicza – swoistego przewodnika po Warszawie, ile zasadniczy cel jego wędrówki. Narrator odczytuje bez większego trudu wiele wersów (z) historii zapisanej w przestrzeni, gdyż należy do kręgu wtajemniczonych – nie tylko świadomych, ale przede wszystkim tych, których tożsamość została ukształtowana w oparciu o wiedzę na temat przeszłości. Innymi słowy, nie jest przypadkowym mieszkańcem miasta, gościem, lecz zakorzenionym (ale zakorzenionym w dziejach miasta, co umacnia jego przynależność i integralność tożsamości – zagadnienie niebywale interesujące, zwłaszcza jeśli rozważać je w kontekście na przykład myśli Simone Weil), ale również zadomowionym (czyli – wedle słów samego narratora – kimś machinalnie wykonującym czynności).

Kolejnym aspektem opisu jest oświetlenie – miejsca nasłonecznienia, rejony zaciemnienia, nie tylko jednak, co ważne, gry światło-cienia, ale i feeria kolorów, napięcie między poszczególnymi barwami. Kolorystyka (sama w sobie) elementów rzeczywistości w konkretnym momencie (mitycznym „tu i teraz”, poniekąd niepowtarzalnym, do pewnego jednak stopnia stałym mechanizmie), a następnie zestawienia poszczególnych odcieni, tonów, stanowią znaki ze strony autonomicznego (względem człowieka-statysty) świata, są sygnałem zmiany (niekiedy subtelnej), rotacyjności zjawisk (jak pory roku). Wyczulony i uwrażliwiony na najdrobniejsze odchylenia (kolorystyczne i dźwiękowe) spacerowicz-narrator zaczyna swoją opowieść słowami: „Na dwie godziny przed zachodem słońce nie powinno być aż tak jaskrawe”, a kończy afirmacją bieli idealnej – „Płatki śniegu odbijają światło i dźwięki”, przynosząc doskonałą ciszę. Bo dźwięki to następny istotny aspekt rozważań narratora nad miastem. Kakofonia i zgiełk, o dziwo, niezwykle często ustępują brzmieniom przyrody, szczególnie odgłosom wydawanym przez owady („Kiedy zapada noc, odzywają się świerszcze”) oraz świat roślinny („Spadanie mirabelek to znak zbliżającego się sierpnia). Co istotne, wyostrzenie zmysłów (znamienne, że narrator skupia się na dwóch zmysłach – wzroku i słuchu) zestawiane bywa niejednokrotnie z narkotycznym doznawaniem rzeczywistości, rozchwianiem, dezintegracją, czyli, zdawałoby się, zupełnie innym poziomem doświadczania niż to zapośredniczone przez świadomie skonstruowaną tożsamość.

Zastanawiające, że w dużej mierze spacerowicz-narrator zwraca uwagę na florę (w pierwszej kolejności na drzewa), a swoje „bestiarium” ogranicza w zasadzie do… owadów i psa „Myszki”. Wybór przyrody jako widzialnej siły sprawczej poniekąd pociąga za sobą konstrukcję całego szkicu, który składa się z trzech odsłon (swoistych aktów prze-twarzania miejsca przez naturę), ponumerowanych przewrotnie: „XI”, „XII” i „I”. Można by, oczywiście, próbować interpretować numerację szkicu w kontekście miesięcy, jednakże opowiadacz skutecznie wyprowadzi czytelnika w pole – na przykład w części „I” zaczyna opowieść od lipca i sierpnia. Natomiast gdyby „XI” łączyć bardzo luźno z miesiącem, to na zasadzie skojarzeń można pokusić się o przywołanie obrazów zmierzchu, schyłku, krańcowości, a w dalszej perspektywie zwijania albo zamierania przestrzeni oraz atrofii „dzisiaj” (czyli specyficznie pojętej „czasowości”), wyrażanych w obumierającym języku. Analogicznie z kolejnymi odsłonami. Swego rodzaju odrodzenie przyszłoby dopiero w części „I” – dostąpienie bieli idealnej, „wigilijnej”, „uroczystej” zwiastuje zarówno potencjalny koniec, jak i możliwy początek.

Czas w szkicu Cichego jest w gruncie rzeczy czasem mitycznym. Poszczególne zjawiska przyrody (cykliczne, chociaż – paradoksalnie – jedyne w swojej konkretnej formie i postaci, „niepowtarzalne”) wyznaczają ramy przestrzeni oraz wpływają na „czasowość”. Ale zaznaczmy od razu, że „czasowość” obejmuje rzeczy i ludzi, bo ludzie (jak przedmioty) mijani przez spacerowicza-narratora są epizodami miejsca, zdarzeniem z istnienia czy dziejowości przestrzeni (ukonstytuowanej z kolei najpewniej przez przyrodę, czyli byt nadrzędny, ale nie absolutny). Inaczej mówiąc, człowiek wydaje się statystą, cieniem, dodatkiem (do) przestrzeni, nie zaś jej konstruktorem czy choćby modyfikatorem, co dobitnie stwierdzi opowiadacz, komentując dzień wyborów do Sejmu: „Rzeczywistość nie przesunęła się ani o mikron pod naciskiem słów, którego tego dnia wypełniały ludzkie umysły i usta”. Zwróćmy uwagę, że narrator prowadzi słuchaczy-czytelników do jednego z wymiarów „czasowości” – takiego, w którym „zawsze” znaczy „dzisiaj”. Podążając za tytułem, można wytyczyć co najmniej dwie paralelne interpretacje całego szkicu. Zawsze jest „dzisiaj”, „teraz”, nie ma innych dni, nie ma przeszłości ani przyszłości, istnieje tylko ta chwila – wiecznie. Ale – z drugiej strony – to, co nazywamy „zawsze”, jest właśnie (wyjątkowo) „teraz”, jest dziś, ale nie będzie jutro, tak jak nie było wczoraj (w tej perspektywie przeszłość i przyszłość istnieją).

Gra znaczeń w tytule zapowiada językową eksplorację przestrzeni przez spacerowicza-narratora. Zewsząd słyszy i wszędzie widzi słowa poszarpane, zdeformowane, pełne literówek, pośpiesznie wypowiadane/wypisywane. Anonse i ogłoszenia, ale i po(d)słyszane wymiany zdań oraz słów stanowią dla niego pretekst do zatrzymania się i chwilowego rozważenia zubożałego, pokaleczonego języka – języka zamierającego. Nie unika Cichy wulgaryzmów i kolokwializmów świetnie wyłączających automatyczny odbiór – momenty liryczne, niekiedy melancholijne, trochę eseistyczne, brutalnie przerywane są „ozdobnikami” współczesności. Historia zmaga się z nowoczesnością, a nowoczesność z historią, równolegle w obszarze językowym oraz w fizycznej postaci miasta, w wyglądzie, formie.

„Zawsze jest dzisiaj” to zapis odczytywania miasta-palimpsestu. Postrzegane na co dzień nadpisane miasto zdaje się w szkicu Cichego miastem statystów, miejscem półproduktów i półjęzyka. Potworkiem teraźniejszości, (po)nowoczesności. Dlatego też spacerowicz próbuje dotrzeć do ukrytego, zabazgranego miejsca przeszłości, prawdziwej (jak mniema) tożsamości, do „pamięci zamordowanego miasta”. Owocność wyprawy można podważyć – narrator doskonale zna miasto pod powierzchnią, niczego nowego dla siebie nie odkrywa. Z upodobaniem i fascynacją codziennie podąża śladami „(przy)krytego” miasta, drobnymi odpryskami, odłamkami prześwitującymi w murze współczesności. Dlatego dla narratora „zawsze” jest „dzisiaj”. I „dzisiaj” jest „zawsze”.
Michał Cichy: „Zawsze jest dzisiaj”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014.