ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (247) / 2014

Tomasz Kaczorowski,

CHOROBA NA ŚMIERĆ

A A A
Twórczość Sary Kane to w dużej mierze poszukiwanie formy organicznie związanej z treścią. „4.48 Psychosis”, ostatni i niezwykle osobisty utwór brytyjskiej dramatopisarki, który podejmuje temat rozpadu umysłu osuwającego się w otchłań „patologicznego smutku”, jest jak chaotyczny kolaż ponurych myśli i skrajnych emocji, zachęcający inscenizatorów do eksperymentu (wystarczy przypomnieć, że tekst sztuki nie zawiera żadnych wskazówek scenicznych i nie określa nawet liczby występujących w niej postaci).

Grzegorz Jarzyna (podpisujący się pod autorstwem inscenizacji znakiem +) wprowadził do pierwowzoru dramatu pewne zmiany, które mogą czynić sam tekst bardziej uporządkowanym. Jednak daremnie szukać w spektaklu pozorowanej klasycznej fabuły. Pełno w nim za to obrazów (niekoniecznie niemych), które można jedynie odczuć. Reżyser wydobywa z tekstu Kane niemal cały jego emocjonalny potencjał, a Magdalena Cielecka, która wciela się w postać cierpiącej na depresję pisarki, osiąga wyżyny aktorskiej ekspresji, malując posępne psychotyczne pejzaże tak wyraziście i przekonująco, że bezpieczny estetyczny dystans między widzem a prywatnym piekłem bohaterki zmniejsza się miejscami do absolutnego minimum.

Widmo autodestrukcji wisi w powietrzu od samego początku spektaklu, i chyba nie trzeba znać biografii Kane, żeby wiedzieć, jak to się skończy. Katastrofa jest nieunikniona, niczym w „Melancholii” Larsa von Triera. „Choroba na śmierć” paradoksalnie nie paraliżuje bohaterki – kobieta ze wszystkich sił stara się wydostać z pułapki szaleństwa, jest porywcza, targają nią sprzeczne impulsy. Szuka bliskości i zrozumienia, ale przyjaciel milczy, spotkanie z kochanką zostaje przerwane przez wybuch agresji, a rozmowa z lekarzem, zamiast koić, drażni. Błyskawice lęku, gniewu, poczucia winy i niemożliwego do zaspokojenia pragnienia miłości raz po raz rozdzierają panujący na scenie półmrok. Wołanie o pomoc trafia w pustkę, desperacja kobiety narasta. W najbardziej drastycznym obrazie półnaga Cielecka z zabandażowanymi nadgarstkami kilkakrotnie uderza o mur, zostawiając na nim krwawe ślady.

W spektaklu nie brakuje spokojniejszych momentów (od czasu do czasu ze sceny padają nawet wisielcze żarty), ale nie sposób nazwać ich „chwilami oddechu”. Z wygłaszanych przez Cielecką poetyckich monologów nieustannie sączy się ta przytłaczająca wizja świata, zgodnie z którą nic nie ma sensu. W finale udręczona bohaterka jest już tylko świetlistą twarzą na czarnym tle, która z hipnotyzującą mocą powtarza: „patrz, jak znikam”, i chociaż znajduje się przede mną, mam wrażenie, że spada w dół, a ja doznaję czegoś na podobieństwo zawrotu głowy.

Jarzyna uzyskuje efekt onirycznej głębi, kiedy ilustrując „kruszącą się” duszę, wprowadza na scenę małą dziewczynkę, która kładzie się obok bezbronnej, nieprzytomnej po przedawkowaniu pisarki, a później starą kobietę, powoli zataczającą krąg wokół bezbrzeżnie zmęczonej życiem bohaterki. W mistrzowski sposób przenosi do spektaklu zawarte w sztuce ciągi liczb. Głos z offu odejmuje od stu kolejne siódemki, zapowiadając tragiczny koniec (przy czym geneza tych fragmentów tekstu wiąże się ze stosowanym w szpitalu psychiatrycznym ćwiczeniem na koncentrację uwagi); w pewnym momencie wyświetlane przez projektor liczby zaczynają leniwie ześlizgiwać się po ścianie, a kiedy tempo ich spadania gwałtownie wzrasta i kolumny cyfr spływają po ciele zatrwożonej Cieleckiej – robi to naprawdę piorunujące wrażenie.

Oszczędna, chłodna  scenografia Małgorzaty Szcześniak współgra na zasadzie kontrastu z sugestywnym, bogatym w metaforykę językiem Kane, sprzyjając zarazem odbiorowi „4.48 Psychosis” jako intymnego, przejmującego wyznania. Jej głównymi elementami są: stół, przy którym odbywają się spotkania bohaterki z innymi postaciami dramatu, wyodrębnionymi przez Jarzynę (z czasem zamienia się on w stół operacyjny, na którym pisarka czeka na „chemiczną lobotomię”), ruchoma, przezroczysta ściana (element tyleż funkcjonalny, co zagadkowy) oraz szpitalne umywalki na dalszym planie. Na zmysły silnie oddziałują industrialne, wydobywające się jakby spod ziemi dźwięki autorstwa Piotra Domińskiego i Pawła Mykietyna oraz pulsujące światło, reżyserowane przez Felice Ross.

Czy „4.48 Psychosis” wykracza poza ramy wstrząsającego dramatu jednostki i konfrontuje publiczność z jakąś ogólnoludzką prawdą? Jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że jeśli inscenizacja Jarzyny dostarcza tego typu doświadczeń, to ich sednem jest pewność śmierci – oczywistość, którą tak chętnie tłumimy. Koniec końców wszyscy rozbijemy się o mur. Uświadomienie sobie sytuacji granicznej, jaką jest śmierć, obnaża naszą bezsilność, samotność, nasze nienasycenie. Rozpacz wydaje się naturalną reakcją, a autodestrukcja – uzasadnioną pokusą. „Wpadłam w tak głęboką depresję wywołaną faktem własnej śmiertelności – pisze Kane – że zdecydowałam się popełnić samobójstwo”.
Sarah Kane: „Psychosis: 4:48”. Reżyseria: +. Scenografia: Małgorzata Szczęśniak. Muzyka: Piotr Domiński, Paweł Mykietyn, +. Reżyseria świateł: Felice Ross. Grafika komputerowa: Marcin Wiktorowski. Obsada: Magdalena Cielecka, Katarzyna Herman, Mariusz Benoit / Lech Łotocki, Rafał Maćkowiak / Sebastian Pawlak, Waldemar Obłoza / Janusz Habior / Adam Woronowicz. Premiera: 8 lutego 2002 r. w Teatrze Polskim w Poznaniu; 22 lutego 2002 r. w TR Warszawa.