Wydanie bieżące

15 października 20 (260) / 2014

Katarzyna Adamek-Chase, Marta Zagórska,

RZUT OKA NA PODŚWIADOMOŚĆ

A A A
Katarzyna Adamek-Chase jest jedną z niewielu artystek od lat związanych z Zabłociem. Wychowana w Krakowie przychodziła tu jeszcze w latach 80., kiedy okolica była całkowicie zindustrializowana i nieprzyjazna. Na tej przestrzeni czas odcisnął swoje piętno parokrotnie – mieściła się tu między innymi Fabryka Wyrobów Emaliowanych Oskara Schindlera (dzisiaj część Muzeum Historycznego Miasta Krakowa). Po studiach w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych artystka postanowiła zrewidować swój stosunek do zmieniającego się miejsca. Właśnie na Zabłociu wynajęła pracownię, która stanowi miejsce pracy, ale i groteskową pointę wypracowanego przez lata języka artystycznego. Adamek-Chase maluje człowieka takim, jakim widzą go jego własne demony – obwarowanego kulturą i konwenansem. Człowieka, który rozpaczliwie poszukuje sprawiedliwości w naturze. Człowieka, który jest jednocześnie policjantem i złodziejem, bałwochwalcą i marzycielem.

Marta Zagórska: Kraków w warunkach polskiej kultury to jak orbitujący wokół Warszawy księżyc. Miasto o własnych tradycjach i istotnym znaczeniu dla naszej tożsamości już od jakiegoś czasu przestało być artystycznie atrakcyjne. Twórcy wolą przenieść się do stolicy i marzyć o wystawach w tamtejszych galeriach. Skąd pomysł, by wrócić na rodzinny grunt?

Katarzyna Adamek-Chase: Kraków jest miejscem, w którym żyję. Nasz związek jest bardzo naturalny – tu się urodziłam. Później przyszły studia na Wydziale Grafiki krakowskiej ASP. Nie czułam energii tego miejsca, dopóki z niego nie wyjechałam. Emocjonalnie nie czuję się silnie związana ani z miastem, ani z tutejszym środowiskiem artystycznym, choć przyznam, że nie bez sentymentu wspominam spotkania z Jackiem Jędo, który nadał rytm mojej dalszej edukacji artystycznej, Tadeuszem Borutą i Jerzym Kucią, którzy strofowali moje i tak powściągliwe ego. Kraków jest moim własnym palimpsestem, który pokryłam niewidzialnym tuszem. Są tu ślady moich pierwszych kroków jako muzyka, fotografa i malarza. To tu ziściły się moje pierwsze marzenia. Świadomość otoczenia pozwala mi skupić się na człowieku – wychwycić zachowania i wrażenia, które, choć zaskakujące, są również na wskroś typowe. Poza tym świat nieco się zmienił. Możemy się teraz swobodnie komunikować, dlatego mit Warszawy-stolicy zasadniczo już nie istnieje. Jest to po prostu kolejne miejsce, w którym można wygodnie żyć. Możliwe, że migracja artystów do Warszawy jest spowodowana nieco większym przyzwoleniem i otwartością tamtejszego środowiska na inicjatywy artystyczne.

M.Z.: Zdecydowałaś się na wyjazd i stypendium w Universitat Politecnica de Valencia w Hiszpanii. Mimo dość powściągliwej natury, często odwiedzasz miejsca, które z różnych przyczyn trudno uznać za przyjazne. Skąd słabość do podróży?

K.A.-C.: Wyjazdy biorą się nie tyle z chęci zmiany otoczenia, co z konieczności przekraczania kolejnych granic. Nie mogę mówić o człowieku, sama nie będąc świadoma, kim on właściwie jest, jak funkcjonuje i do czego zmierza. Tymczasem okazuje się – i to wiem z własnego doświadczenia – że w sytuacjach skrajnego napięcia psychofizycznego potrafimy przetrwać bardzo długo. Ba, niektórzy z nas czerpią z tego przyjemność, co w świecie przyrody jest bardzo rzadką cechą. Podróże to nowy krajobraz, nieznana wcześniej perspektywa, ale przede wszystkim konieczność zaufania samemu sobie i rezygnacji z wygodnych, pospolitych wyborów. Stypendium w Walencji nie trwało długo, natomiast sama perspektywa studiowania w miejscu, gdzie na sztukę patrzy się oczyma Valezqueza, Picassa i Dalego, naturalnie towarzyszy mi nadal. Powiedziałabym nawet, że pokora względem natury pozwala uznać również własne ograniczenia na gruncie sztuki.

M.Z.: Właśnie wróciłaś z Gwatemali, widziałaś Stany Zjednoczone i spory kawałek Europy. Nie zaprzeczysz, że miejsca te przewijają się w mniejszym lub większym stopniu w twojej twórczości. Dlaczego tak rzadko człowiek pojawia się w niej in persona?

K.A.-C.: Miejsca, które odwiedzam, i ludzie, których spotykam, są jedynie prototypami późniejszych płócien. Pełnią rolę inspiracji, jednak z rzadka pojawiają się w moich pracach w formie niezmienionej. Taka już jestem, że myślę obrazami i to one są moim alfabetem. Tworząc w ten sposób, jestem w stanie pewne wrażenie wyeksponować, a nie podporządkować je danemu zdarzeniu. Masz rację, że sylwetkę człowieka traktuję bardzo oszczędnie. Pojawia się ona zasadniczo tylko w dwóch cyklach tematycznych. Pierwszym jest „Taniec”, w którym ciało ludzkie pełni funkcję uprzednią w stosunku do ruchu, przez co schodzi na dalszy plan. Kolejnym są „Domy” („Houses”), gdzie podkreślam paradoks świata pełnego obietnic, dążenia do doskonałości (choć niektórzy pewnie użyją określenia „konsumpcjonizm”), przesłaniającej użyteczność i rzeczywistą potrzebę. Właściwym bohaterem mojej twórczości jest sam widz. Przeżycie estetyczne bierze się zatem z dostrzeżenia związku między obrazem a sobą samym.

M.Z.: Posiłkujesz się w czasie pracy teorią gier. Jak zatem odniesiesz się do słów Joanny Mazur, która całą twoją twórczość łączy właśnie nowoczesną formą opowiadania widzowi historii – aktywizowania go na drodze manipulacji? Nie dręczą cię wyrzuty sumienia?

K.A.-C.: Wszyscy jesteśmy graczami. O wyrzutach sumienia można byłoby mówić w dwóch przypadkach: gdyby zasady gry faworyzowały część graczy lub gdyby dopuszczały możliwość oszustwa. Podświadomość wszystkich nas stawia na równi, z czego w większości nie zdajemy sobie sprawy. Surrealiści kierowali się ku podświadomości, by dać upust swojej kreatywności, wyswobodzić się spod jarzma mody, norm i poprawności. Niekoniecznie interesowała ich zbiorowość, którą jednak traktowali jako sumę nieuświadomionych instynktów. U mnie jest nieco inaczej, bo oto wyłania się obraz człowieka w podobny sposób reagującego w pewnych konkretnych sytuacjach, co może dowodzić, że nasze decyzje są determinowane biologicznie. Drugi przypadek nazywany bywa „dylematem więźnia”; zakłada on, że oszustwo wszystkich graczy prowadzi do straty. Sztuka niczego nie ogranicza, może jedynie wzbogacić. To nie ja manipuluję, a raczej widz poddaje się temu, co podpowiada mu intuicja.

M.Z.: Surrealiści dostrzegali podświadomość między jednym a drugim koszmarem sennym, co w postaci niepokojącej symboliki manifestowało się chociażby w sztuce Dalego, Magritte’a i Ernsta. Twoja strategia pozostaje trudna do rozszyfrowania, bo obok mrocznych, sennych przestrzeni, można w niej wskazać pełne wyrazu światy fauny i flory.

K.A.-C.: Pracuję w ramach cykli tematycznych, które tylko formalnie mogą sprawiać wrażenie odległych. Cykle pozostają otwarte, dlatego zdarza się, że uzupełniam je o nowe dzieła – prawidłowości i wyobrażenia, które wcześniej nie zajęły mnie na dłużej lub których do końca nie rozumiałam. Sen niezmiennie dostarcza mi inspiracji, jednak pozostaje tylko drogowskazem. Lubię pracować w nocy, gdy jest już cicho i spokojnie. Stąd moja słabość do tematyki lunarnej i skojarzeń, w których zestawiam pozornie odległe, choć ciągle funkcjonujące w przyrodzie mikro- i makroświaty. Natura zawsze sprzyjała przemyśleniom, choć mam wrażenie, że zaniedbywana jest przez sztukę współczesną. Pokazuję, że na jej gruncie można budować interesujące znaczeniowo kompozycje.

M.Z.: Nad czym obecnie pracujesz? Nie masz czasem ochoty znów poeksperymentować z fotografią?

K.A.-C.: Fotografem zostaje się na całe życie, niemniej aparat towarzyszy mi głównie w czasie długich spacerów. W tej chwili nie myślę jeszcze o kolejnej wystawie zdjęć, natomiast wróciłam do rysunku, rozpoczynając zupełnie nowy cykl prac. „Struktury” są wielkoformatowymi płótnami z dużą ilością szczegółów, które są moim własnym sposobem opowiadania o upływającym czasie. Podobną narrację znają chociażby drzewa i struktury tektoniczne. Przygotowanie pracy trwa długo, jednak efekt wart jest tych dni spędzonych w skupieniu.

M.Z.: Nie boisz się, że w dobie nadprodukcji obrazów twoja twórczość zwyczajnie się nie obroni? Rynek sztuki pozostaje demokratyczny; artysta musi w nim myśleć również w kategoriach eksponowania nie tyle samej sztuki, co siebie samego. Czy warto inwestować w rozgłos?

K.A.-C.: Artyści konkurujący ze sobą tworzą wiele patologii, które rzutują później na cały rynek sztuki i nie tylko. Mogłabym w tym miejscu wspomnieć o kilku wystawach, które za sprawą krótkowzroczności i arogancji do dziś odbijają się czkawką w całym świecie artystycznym. Kara za złe sprawowanie spada jednak nie na kuratorów, mecenasów i artystów, a niestety na samych widzów. Stąd tak ogromna przepaść w definiowaniu tego, co piękne i estetycznie płytkie. Demokracja tylko potęguje problem, bo nie daje głosu autorytetom, przez co cofnięte zostają one do hermetycznej niszy. Korzystam z mediów społecznościowych i dbam o reprodukowanie swoich prac na fotografiach. Nie zamykam się w czterech ścianach pracowni, co sytuuje mnie w kręgu artystów raczej aktywnych. Z drugiej strony, nie mam też zamiaru zgadzać się na świat podyktowany chęcią finansowego sukcesu niepopartego rzeczywistym wkładem w rozwój społeczności.

M.Z.: Niestety osąd jakiegoś zjawiska formułowany jest obecnie częściej na podstawie przypadkowych opinii aniżeli własnej refleksji. Jak dalece można posunąć się w eksponowaniu sztuki? Czy twoim zdaniem istnieje tabu, którego nie powinno się poruszać?

K.A.-C.: Jeżeli chce się mieć zdanie na temat wystawy, trzeba obejrzeć ją na własne oczy. Nie wystarczy czytać komentarzy w internecie. Niestety, bywa odwrotnie i ludzie bardzo łatwo dają się zaślepić. Sztuka jako temat zastępczy będzie ubożeć, zwłaszcza jeśli osoby pełniące funkcje decyzyjne w instytucjach kultury nie będą potrafiły pokierować zdezorientowanym tłumem. Kontrowersyjna problematyka, zwłaszcza ta oscylująca wokół religii i seksualności, zawsze będzie elektryzować. Z drugiej strony, pozostawienie tych tematów bez komentarza byłoby oznaką ignorancji i obojętności względem ważnych kulturowo obszarów ludzkiego życia. Sądzę, że kluczem jest jakość komunikatu – jeżeli obraz, rzeźba, czy zdjęcie mimo odważnego przedstawienia pozostaje przede wszystkim wartościowe poznawczo, to jego formę również uznać można za zasadną. Czy przeżycie estetyczne będzie przez to bogatsze? Na to pytanie odpowiedzieć znacznie trudniej.