Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (264) / 2014

Piotr Przytuła,

"INTERSTELLAR", CZYLI JAK ZROBIĆ FILM SF PO KUBRICKU I NIE ZWARIOWAĆ

A A A
W swoim nowym filmie Christopher Nolan po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem kompromisów – schlebiając potrzebom współczesnego widza łaknącego spektaklu, jednocześnie zaspokaja jego intelekt. Owszem, wiele jest tu naukowych uproszczeń i może jeszcze więcej patetycznych sentencji, jednak nie są one w stanie przesłonić zamiaru reżysera, którym jest przypomnienie masowej widowni zakurzonych nieco zasad: po pierwsze, science fiction zawsze operowała metaforą i odwoływała się do metafizyki; po drugie, podróż kosmiczna to najlepszy test na człowieczeństwo.

Nie pomylę się chyba zbytnio, gdy powiem, że nam, widzom, znającym inteligencję Nolana i zaciekawionym epickimi zwiastunami filmu, towarzyszyły sięgające stratosfery oczekiwania, że oto otrzymamy kolejne wiekopomne dzieło na miarę „2001: Odysei kosmicznej”. Reżyser „Memento” podkreślał w wywiadach, że to właśnie klasyk Stanleya Kubricka stanowi dla niego punkt odniesienia w kreowaniu filmowych narracji. I rzeczywiście – fascynację tę widać w „Interstellar” bezspornie. Liczni recenzenci filmu wymienili już chyba wszystkie nawiązania, począwszy od poruszającego się z wolna centryfugalnego statku kosmicznego i podróży przez tunel czasoprzestrzenny, po sztuczną inteligencję prowadzącą rozmowy z załogą (u Nolana znacznie bardziej przyjazną ludziom) i wiele innych. „Odyseja…” była jednak bezsprzecznie dziełem nowatorskim, wytyczającym ścieżki rozwoju kinematografii. Czy także w tym względzie „Interstellar” nawiązuje do filmu Kubricka, a Nolan napisał własny rozdział historii gatunku?

W filmie zastajemy pokryty pyłem świat kończących się zapasów żywności – populacja została znacznie uszczuplona, a ostatnie przynoszące plony zboża (kukurydza) niszczone są przez śnieć. W obliczu groźby wyginięcia gatunku, ludzkość zwraca się ku gwiazdom. Jest to oczywiście zbyt górnolotne stwierdzenie, gdyż apatyczni mieszkańcy Ziemi ani myślą o kosmicznych mrzonkach, skupiając się na podtrzymaniu kurczących się zapasów jedzenia. NASA dawno straciła poparcie ludzi, którzy woleliby, aby pieniądze przeznaczone na program kosmiczny skanalizowane zostały do sektora rolniczego.

Jednym z tych, którzy musieli przebranżowić się w farmerów, jest były pilot, Cooper (Matthew McConaughey). Po odkryciu grawitacyjnej anomalii w swoim domu (zapisane są w niej współrzędne geograficzne) trafia on do tajnego ośrodka kosmicznego, przygotowującego ostatnią wyprawę ludzi w kosmos. W wyniku niegrzeszących logiką zdarzeń (bez zbędnych pytań i szkoleń powierza się misję ratowania świata dopiero co spotkanemu farmerowi, który, nie wiedzieć czemu, jako jedyny nadaje się do znalezienia planety zdatnej do zamieszkania) rozpoczyna się podróż do odkrytego w okolicach Saturna tunelu czasoprzestrzennego.

Oczywiście, jak to u Nolana, nic nie jest tym, czym wydawało się na pierwszy rzut oka. Toteż „Interstellar” to film o czymś więcej niż wyprawa między gwiazdy. Drugie dno być może znacznie łatwiej niż młodzież „wyłapią” rodzice. Z pewnością warte zastanowienia jest stwierdzenie Coopera: „Żyjemy po to, by stać się wspomnieniami naszych dzieci”. „Interstellar” będzie zatem filmem o sile rodzinnych więzi. O tym, że bez względu na odległość i czas, ich obecność będzie wyczuwalna. Cooper, przekazujący swojej córce, Murph (Jessica Chastain), wiadomość z innego wymiaru, jest niczym duch zmarłego rodzica, który nawet po śmierci komunikuje się ze swymi najbliższymi.

Z jednej strony mamy więc coś duchowego, ponadfizycznego i wymykającego się ludzkiemu poznaniu, z drugiej zaś, te niemal religijne dywagacje Nolana kłócą się z zaprezentowanym w filmie antropocentrycznym przekonaniem, że nie ma żadnych bogów, żadnych wysokorozwiniętych obcych. Wormhole, który pojawił się w Układzie Słonecznym, nie był prezentem od kosmitów, tylko od nas samych z przyszłości. To my kiedyś, dzięki rosnącemu w geometrycznym tempie rozwojowi, staniemy się bogami, których nie będzie już ograniczać ani przestrzeń, ani czas.

Ten ostatni odgrywa w filmie główną rolę, podobnie zresztą jak w całej twórczości Nolana. Grany przez Michaela Caine’a profesor Brand stwierdza nawet, że nie boi się śmierci, ale czasu. Czas jest czynnikiem najbardziej oddalającym Coopera od powrotu do dzieci. Poza tym pojawiają się w filmie eksperymenty zastosowane wcześniej w „Incepcji”. Na jednej z orbitujących wokół Gargantui planet mamy do czynienia z innym niż ziemski upływem czasu – jedna godzina na Planecie Millera to siedem lat ziemskich (odwrotnie niż na kolejnych poziomach snu w „Incepcji”).

Jak zwykle, wyprawa w kosmos okazuje się testem ludzkich charakterów i lustrem dla natury homo sapiens. Pojawia się cała gama postaw i motywacji. Grana przez Anne Hathaway córka profesora Branda (autorka najbardziej krytykowanego cytatu o miłości pokonującej czas i przestrzeń) reprezentuje idee poświęcenia się dla dobra gatunku, a doktor Mann (Matt Damon) to klasyczny przypadek pojawiającego się filmach o kosmicznych eksploracjach samolubnego sabotażysty, który utracił wiarę w powodzenie misji. Natomiast głównym motorem działań Coopera jest miłość i tęsknota za najbliższymi. Wszystkie jego poczynania ukierunkowane są na uratowanie rodziny i jak najszybszy powrót do niej.

Skomplikowane charaktery, zapętlona narracja i niejednoznaczne motywacje bohaterów skontrowane zostały subtelną, acz zapierającą dech w piersiach i perfekcyjnie wykonaną stroną wizualną. Dopiero epickie widowisko fantastycznonaukowe pozwoliło Nolanowi w pełni rozwinąć skrzydła. W rezultacie otrzymaliśmy efektowną planetę w całości pokrytą wodą, wygenerowaną przez superkomputery (inspirującą naukowców) wizualizację czarnej dziury i, z drugiej strony, ciekawie wyglądające, monolityczne roboty, a także ascetyczne, niemal monochromatyczne, utrzymane w retrofuturystycznej estetyce wnętrza kosmicznych pojazdów, będące hołdem dla kamieni milowych science fiction, takich jak seria „Obcy”.

Wyjątkową oprawę muzyczną film zawdzięcza oczywiście stałemu współpracownikowi Christophera Nolana, Hansowi Zimmerowi, który stał się już chyba gwarantem znakomitej jakości ścieżki dźwiękowej. Według opinii niektórych internautów, wiadomo, że film będzie „dobry”, jeżeli muzykę do niego skomponuje właśnie Zimmer. Instrumentarium znane z poprzednich dokonań kompozytora zostało w „Interstellar” silnie wzbogacone klawiszami – tyle tutaj syntezatorów i organów, że ścieżka przypomina niekiedy muzykę kościelną. Oprócz niewątpliwych doznań estetycznych, zabieg ten ma jeszcze przynajmniej dwie zalety: po pierwsze, muzyka organowa (dla której naturalnym środowiskiem wydaje się wnętrze kościoła lub katedry) koresponduje z poruszanymi przez reżysera wątkami metafizycznymi; po drugie, Zimmer stworzył dzieło naprawdę odrębne i zdecydowanie odróżniające się od poprzednich kompozycji.

„Interstellar” (ujęty w ramy filmografii Nolana) ujawnia dodatkowe pokrewieństwo autora „Mrocznego Rycerza” z Kubrickiem – jednemu i drugiemu przyświeca chyba podobna koncepcja sztuki reżyserskiej, tzn. stworzenie możliwie najlepszego filmu w danym gatunku. Pytanie, czy reżyser „Prestiżu” osiągnął prestiż reżysera „Odysei…”, jest trudne i prawdopodobnie pozostanie bez odpowiedzi jeszcze przez wiele lat. Tak samo trudno było jednak w 1968 roku, kiedy nikt nie przewidywał, że oparta na prozie Arthura C. Clarke’a realizacja stanie się miarą i punktem odniesienia dla wszystkich powstałych po niej filmów (nie tylko) fantastycznonaukowych. A przecież już same porównania z wiekopomnym dziełem Kubicka są dla „Interstellar” dużą nobilitacją.
„Interstellar”. Reżyseria: Christopher Nolan. Scenariusz: Christopher Nolan, Jonathan Nolan. Obsada: Matthew McConaughey, Anne Hathaway, Jessica Chastain, Michael Caine. Gatunek: science fiction. Produkcja: USA / Wielka Brytania 2014, 169 min.