Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (264) / 2014

Sabina Strózik,

CIAŁOKSZTAŁT ('HISTORIA CIAŁA. TOM III')

A A A
Ciało dwudziestowieczne, którym sami jesteśmy. Ciało obecne, wszechobecne, rozkwitające, przekwitające, przeszkadzające, będące niczym więcej i niczym mniej. Będące nami samymi, gwarantem istnienia i więzieniem, poza którym nie istniejemy. Czy można spojrzeć z dystansem na coś, spoza czego nie da się wyjść?

Autorzy trzeciego tomu „Historii ciała”, opus magnum, publikacji będącej monografią ludzkiej somy, uczynili sobie z tego tak trudnego i skomplikowanego bohatera przedmiot badań. Jest to nie tylko historia, ale i studium, pozwalające nam boleśnie zrozumieć siebie i swą cielesność, a także spojrzeć nie tylko w jej przeszłość, ale i w przyszłość.

Najtrudniej pisze się o rzeczach nam bliskich, do których nie udało się jeszcze nabrać dystansu. Stąd wynikać może dość nierówna struktura książki. Rozdziały poświęcone zjawiskom najnowszym wypadają blado, posługując się suchym, reporterskim tonem, pozbawionym pogłębionego namysłu i analizy zjawiska. Nie można jednak czynić autorom wyrzutu, świadczy to raczej o tempie zmian, za którymi nie nadąża namysł teoretyczny. I tym bardziej uświadamia nam, przez co musi przejść nasze ciało, czyli – my.

Na mapach ciał

XX wiek zmienił stosunek do proroctw. Kod genetyczny stał się nowoczesną chiromancją. Wyczytujemy przyszłość z ciała. Choć rozdział o genetyce jest bardzo ciekawy, to niestety dla zupełnego laika treść będzie zbyt skomplikowana. Z kolei dla kogoś zainteresowanego tematem uwagi mogą wydać się zanadto uproszczone lub naiwne. Brakuje tu pogłębionej refleksji, obudowy filozoficznej i odnalezienia miejsca człowieka wśród genetycznej machiny, która choć przecież decyduje o naszym jestestwie, cechach osobniczych, kolorze naszych oczu, to wydaje się bezosobowa. Lektura pozostawia nas z poczuciem niedosytu wobec faktu, iż badania genetyczne są profetyczne, bezwzględnie czarno na białym odpowiadają na nasze lęki i niezadane głośno pytania. Przemieniają potencjalny wyrok w bezwzględną pewność. Ujawniają informacje o naszym ciele, w którym choroby, tykającej bomby, jeszcze nie ma, ale już zapisana jest w kodzie genetycznym. I podszeptują, jak zmienią nasze jutro, jak musimy zmodyfikować nasze plany, jak ugiąć się przed czymś, co nie istnieje. Ciało musi ulec, jest zaprogramowane i zależne od wpisanego w nie kodu.

Mięsność – ciało samotne

„Ciało niejako pokrywa się z samym sobą, nie można go już ani zsubiektywizować, ani zobiektywizować. Ono po prostu jest jako kawał mięsa, skrzywiona twarz, sylwetka umieszczona bez powodu tam, gdzie się znajduje” (s. 409) – stwierdza autor rozdziału poświęconego sztukom wizualnym. Omówiona w pierwszym rozdziale medycyna nowoczesna prezentuje jednak pogląd zgoła odmienny – znalazła ona sposób, aby paradoksalnie ciało wyszło poza ramy swego czystego „bycia”, swej „mięsności”. Wynaleziono bowiem ciało teoretyczne, pozbawione najważniejszego atrybutu. Zostajemy z niego wywłaszczeni, aby odzyskać je w nowym wymiarze – zmienionym, niezrozumiałym, bo niecielesnym. Zaskakująco: „Historia ciała w XX wieku jest historią wywłaszczenia i odzyskiwania” (s. 13). Ciało w XX wieku jest równocześnie czymś, co jest nam odbierane – skany, rentgen, genetyczne rozbiory są naszym upośledzonym o strukturę skóry sobowtórem, krewniakiem, a równocześnie i kimś obcym obserwowanym na monitorze. Jednocześnie nadal jest to „ja”, które dzięki dogłębnej penetracji możemy poznać. Długi i szczegółowy rozdział o najnowszej historii leczenia musi skłonić do refleksji daleko wykraczających poza sferę medyczną. Interesujące są zwłaszcza fragmenty o ambicjach lekarzy, żeby być wszechmocnymi i zastąpić pierwiastek boski. Najnowsze metody leczenia rozwinęły się na tyle, że zaprzestano używania słownika religijnego – przywracanie człowieka do życia nie jest już tożsame z cudownym wskrzeszaniem, a staje się reanimacją. Nadal jednak odbywa się na łóżku, w pozycji przypominającej położenie ciała podczas ukrzyżowania, a także zawiera leksykalny pierwiastek duszy powracającej do ciała.

Niezwykle ciekawe są również rozważania, czy obecnie ciało stanowi jeszcze nasz znak rozpoznawczy. Medycyna pozwala nam je prawie dowolnie modyfikować – od usunięcia znamion, odessania nadmiaru, dodania czegoś w miejscach domniemanych braków, aż do całkowitej zmiany wyglądu umożliwia „przepoczwarzenie się”. XX wiek każe zredefiniować wszystkie pojęcia. Żadna ze sfer naszego życia nie ma już jasno wytyczonych granic, nawet śmierć.

Soma będąca przedmiotem analizy autorów książki to właściwie ciało żywe, będące przedmiotem pogłębionej refleksji – jest więc traktowane jako integralna część żyjącego organizmu, narzędzie. Ciało martwe, pozbawione atrybutu duszy czy świadomości, w zależności od przekonań, przestaje być przedmiotem zainteresowania, a pozostaje przedmiotem. Martwe ciało zostaje wepchnięte w kategorię zabitych na wojnie, zamknięte w statystykach milionów zamordowanych i poległych w walce I i II wojny światowej. Ciało musi więc być żywe, żeby móc mieć własną historię. Jest to jednak znamienne, iż w XX wieku, kiedy śmierć i starość wypycha się ze świadomości zarówno masowej, jak i jednostkowej, zwłoki nie znajdują miejsca w tak obszernej antologii ciał. Choć przecież zwłoki, zanim stały się truchłem, szczątkiem wcześniejszego bytu, miały swą historię. Jak pisze Jolanta Brach-Czaina: „Trzeba dotknąć zmarłego ciała. Trzymać je w rękach. Wówczas świat może błysnąć przed nami na chwilę. A cóż dopiero, gdy pomyślimy o przekraczaniu mięsności, która przecież niewiele ogarnia” (Brach-Czaina 1992: 249).

Sama śmierć owszem, pojawia się w książce, ale jest jedynie pretekstem do ukazania, jak obecnie się ją redefiniuje i jak przesuwa się jej granice. Trudno odnaleźć granicę śmierci, występuje bardziej w sferze sporów prawnych nienadążających za rozwojem medycyny mającej ambicję wyrwać ciało ze szponów nieodwracalnego. Autorka rozdziału „Ciało wobec medycyny”, z uwagi na tematykę bardzo skupiona na cielesnej powłoce, nagle przy sprawach ostatecznych ucieka się do nomenklatury prawniczej, gdzie zwłoki gubią się w paragrafach, stają się terminem, niewygodnym kazusem, który trzeba zakwalifikować, problemem do rozwiązania, niekoniecznie – zrozumienia. To ukazuje, jak wielkie problemy mają legislatorzy niepotrafiący nadążyć za współczesnymi zmianami. Godność śmierci staje się prawnie respektowanym wymogiem, sztucznie obwarowanym zasadami, niezwiązanym jednak z majestatem odejścia, pozbawionym czynnika ludzkiego. Nie wiadomo nawet, kogo de facto przepis ma chronić – czy zmarłego, czy nas, czujących się niewygodnie z pozostałością po kimś, z jego kłującym w oczy odejściem i równoczesną obecnością. Nawet w tych fragmentach, gdzie zbliżamy się do definiowania śmierci, uwaga zostaje skupiona na tym, co z ciała można jeszcze odzyskać i wcielić w Innego. Nacisk kładzie się na możliwość transplantacji, czyli utrzymywania ciała za wszelką cenę, choćby rozczłonkowanego, funkcjonującego w innym ciele. Nawet XX-wieczna sekcja zwłok nie jest już stricte sekcją, ponieważ w większości przypadków zaglądamy w żywy organizm, jednak w sposób pozbawiony okrutnych znamion wiwisekcji.

Nie tylko śmierć została wyparta ze świadomości, ale także starość. Ciało nie musi być prawdziwe, ale musi być piękne. Może być syntetyczne, nadmuchane, dowolnie modyfikowane wraz ze zmieniającą się modą. Pozbawione zostaje również zapachu na rzecz wyrafinowanych, złożonych woni wzorowanych na naturze (kwiaty, owoce, nuty drzewne), ale niebędących ludzkimi. Ciało staje się sterylne.

Na szczególną uwagę zasługują fragmenty opisujące te aspekty medykalizacji, w których czysto cielesne aspekty połączone są z człowieczeństwem i wytworami kultury. Pierwsze zdjęcie rentgenowskie przedstawiało dłoń żony wynalazcy urządzenia z widoczną, odcinającą się wyraźnie, krótką linią obrączki (s. 49). Ciało poddane badaniu jest zaledwie zarysem, podczas gdy dowód związania węzłem małżeńskim jest najwyraźniejszą częścią prześwietlenia. Wspomniany w książce Hans Castrop (s.50), bohater „Czarodziejskiej Góry”, legitymował się zdjęciem rentgenowskim swych płuc, ukazującym małą, wilgotną plamkę, będącą powodem uwięzienia. Wszak najważniejsze informacje o nas samych zawarte są w tabelach wyników, wykresach obejmujących nasze funkcje życiowe. Czy mamy o sobie coś więcej do powiedzenia?

Interakcja

„XX wiek obciążył autonomiczną jednostkę indywidualnym ciałem. Ceną za tę ewolucję był wzrost samotności” (s. 41). Jest więc jednostka równocześnie częścią większego planu, jak i indywidualnym trybikiem, boleśnie odczuwającym swoją odrębność i bezradnie poszukującym swego miejsca, poczucia przynależności, „zabliźnienia się” z drugim człowiekiem.

Ciało jest stopione z tkanką społeczeństwa, ale także wydarte z bezpiecznych pieleszy wspólnoty i bezbronne wystawione na pastwę samotności. Ciało jest jednostkowe – nawet w tytule opracowania przydaje mu się atrybut pojedynczości i przypisuje jakąś jedną, choć rozległą i wielowątkową, opowieść.

Historia ciała jest historią człowieka. Człowieka integralnego, ale zagubionego, wciągniętego w wir XX-wiecznych wojen, poddanego eksperymentom, wystawionego na pokaz, ocenianego, zmierzonego spojrzeniem i ocenionego wobec medycznych standardów, wiecznie dopasowywanego do danych zawartych w tabelach. Nawet ciało sensualne, intymne pozbawione jest intymności, poddane presji wzorów promowanych przez pornografię, niebacznych na integralną potrzebę ciała: czułość. Ciało więc zawsze pozostaje samotne, wystawione na widok, oceniane i porównywane nawet w tych momentach, gdy powinno czuć się ukryte, spokojne i swobodnie oddające się naturalnym, nieskrępowanym odruchom.

„Historia ciała” jest antologią ciał różnorodnych – przesadnie pięknych, nadmiernie wysportowanych, dumnie prężących się na billboardach i skrzętnie skrywanych, owładniętych wstydem, pogrążonych w postwojennej traumie, noszących w sobie obóz koncentracyjny (wpisany w udręczone ciało niczym tatuaż z numerem). Każdy znalazł tu swe miejsce, każde z ciał ma szansę tu zaistnieć. Zarówno femme fatale, jak i kobieta z brodą. Każde z ciał opisane jest rzetelnie i z dbałością, a razem tworzą katalog osobliwości boleśnie ludzkich.

Monstruarium

Imponujący jest dział poświecony miejscu monstrum w XX-wiecznej wyobraźni. Monstrum, które z ciemnych zakamarków różnorodnych freak shows po latach upokorzeń i ostracyzmu powróciło do społeczeństwa i zyskało należny szacunek. Autorzy zwracają jednak uwagę, że prawdziwe monstra żyją gdzie indziej – w niezdrowo skupionym spojrzeniu każdego, kto nie chce odwrócić wzroku i syci się dystorsją, zmianą, przesunięciem czy asymetrią. Syci się podwójnie, bo ciesząc się równocześnie swoim, wobec takiego porównania, symetrycznym ciałem.

Najbardziej znamiennym elementem rozważań nad monstrum jest jego jednostkowość. Ciało chore/seksualne/wysportowane było rozpatrywane masowo, mogło stać się udziałem każdego. Pochód osobliwości, galeria monstrów okazuje się indywidualna, wymieniana po nazwisku, opisana nie tylko katalogiem ułomności, ale i zidentyfikowana. Przywrócono im tożsamość i obnażono mechanizm perfidnego wykorzystania. Autor rozdziału z niejaką czułością wyłuskuje historie kolejnych nieszczęśników, którym prawie przez cały XX wiek odmawiano godności i sycono się ich nieszczęściem. Ciało monstrum nie może być wysportowane, zwykłe, tym bardziej seksualne. Może być jedynie wybrykiem natury, której ułomnością syci się widz. Jeśli jest już seksualne, to tylko w perwersyjny, nieodzownie połączony z defektem sposób. Stanowi pożywkę dla głodnych prawdziwych monstrów – obserwatorów.

Drżące ciało

Wiek XX przynosi znaczące zmiany także w sferze, która wydawałaby się odporna na rewolucje. Redefiniuje bowiem znaczenie intymności i sposoby odczuwania przyjemności. Następuje zmiana nomenklatury – oceny moralne zastąpione zostają przez kryteria normalności i anormalności. Seksualność uwolniona od swojej głównej niegdyś funkcji, prokreacji, wybucha w pełnej odzyskanej wolności, staje się hedonistyczna.

Miniony wiek przenosi także podniety ze świata słowa i wytwarzanych przez nie wyobrażeń do sfery, w której panuje zmysł wzroku. Nie trzeba sobie nic wyobrażać, można podziwiać hologramy, nagrania, wdzięczne substytuty, coraz doskonalsze w imitowaniu drugiego ciała, wolnego od mankamentów, przywiązań, ograniczeń. Ciało seksualne rozrasta się, spełnia zachcianki, jest ich, nomen omen, ucieleśnieniem, choć – bez ciała przecież.

Fragmenty książki opisujące ciało seksualne i przybierane przez nie formy dostarczają szczegółowych analiz współczesnych wersji przyjemności. Brakuje jednak prognoz i związanych z nimi refleksji. Wobec tak szerokiego spectrum możliwości na usta ciśnie się pytanie o miejsce moralności i kierunek, w którym zmierza rozwój seksualności. Czy nowoczesne środki przekazu pogłębią tylko samotność ciała rzeczywistego poszukującego bliskości ciał wirtualnych, będących złudną obietnicą bezwarunkowej akceptacji, zaprogramowaną na dostarczenie skrojonych na miarę spełnień?

Zamiast założeń przyszłego rozwoju otrzymujemy podsumowanie, które zawiera prawdę, ale w formie raczej uproszczonej i naiwnej, stawiającej dziewczęta w pozycji bezbronnych ofiar męskiego pożądania, podczas gdy duża część rozdziału poświęcona jest zwróceniu uwagi na fakt, iż kobiety wreszcie zyskują władzę nad własną seksualnością i jako novum przyznaje im się prawo do rozkoszy. W konkluzji natomiast zasugerowana zostaje manipulacja kobiet przez mężczyzn, szantażujących odejściem, jeśli partnerki nie spełnią ich seksualnych zachcianek. Kobiety stawia się natomiast w pozycji oddających swe ciało w celu zatrzymania przy sobie ukochanego: „Kobiety, jak się wydaje, przywiązują większą wagę do uczuciowego wymiaru swego zaangażowania seksualnego niż mężczyźni” (s. 116). Ciało w spotkaniu z drugim ciałem może natomiast zaspokajać jedną z najsilniejszych potrzeb – potrzebę dotyku: „Dotyk bowiem jest jedynym z pięciu tradycyjnych zmysłów, który zawiera w sobie immanentną wzajemność: nie można dotykać, nie będąc dotykanym” (s. 385).

Ciało mówiące

Niezwykle interesująca jest wzmianka o ciele mówiącym poprzez, według słów Marcela Prousta: „zmysł mięśniowy”, „zmysł wewnętrzny” (s. 168). Ciało posługuje się innym językiem: skurcze, napięcia mięśni stają się swoistym alfabetem Morse’a wysyłającym wiadomość nie tyle w świat, co samemu sobie. Jest to więc inny język ciała niż ten, któremu poświęcono rozliczne opracowania. Nie chodzi tu o język, nad którym staramy się zapanować, by nie wyjawić od razu naszego nastawienia do drugiego ciała, naszej zbytniej ostrożności, entuzjazmu, odrazy, pożądania czy strachu, i który musimy zdusić lub też zamaskować, by ciało nie wyjawiło tego, czego staramy się nie powiedzieć. Warto odnotować, że w publikacji żaden z autorów nie wspomina o nim ani słowem. Ciało pozostaje w tym ujęciu nieme, niezdolne do artykulacji.

Pracujemy jednak nad ciałem bardziej niż kiedykolwiek: „»Rozwijanie« ciała stało się dzisiaj dla wielu istotą pewnego intymnego doświadczenia – najlepszym przykładem zgłębienia tożsamości” (s. 183). Praca nad ciałem zastąpiła pracę nad duszą. Jest substytutem religii, poznania, tożsamości. Książka kończy się konkluzją doskonale wyrażającą niezwykle trafnie postawioną diagnozę: „ciało stało się ważniejsze od naszej duszy – stało się ważniejsze od naszego życia” (s. 410).

Niema spowiedź

Ostatni tom monumentalnego dzieła francuskich historyków i filozofów zapewnia pasjonującą lekturę, ale musi też budzić niepokój. Czytając kolejne rozdziały, przeglądamy się w lustrze. Patrzymy na nasze ciało, przyglądamy się, podlegamy diagnozom. To my jesteśmy przedmiotem tej analizy. Nie stanowiliśmy obiektu interpretacji w poprzednich tomach, gdzie opisywane zjawiska mogły wzbudzać historyczną ciekawość, ale nie strach pacjenta, który stoi w obliczu osaczającego, wszechstronnego spojrzenia na każdą ze sfer, w jakich funkcjonujemy.

A jest to spojrzenie doprawdy całościowe, wdzierające się w każdy zakamarek, rozpychające się. Nic się przed nim nie ukryje, wszystko zostanie wyjawione. Ciało XX-wiecznego człowieka nie ma dla autorów tajemnic, wyjawia jak na spowiedzi wszelkie sekrety. Dusza, jeśli jest, na szczęście pozostaje jednak nietknięta.
LITERATURA:
J. Brach-Czaina: „Szczeliny istnienia”. Warszawa 1992.
Historia ciała. Tom III: Różne spojrzenia. Wiek XX” Red. Jean-Jaccques Courtine. Przeł. Krystyna Belaid, Tomasz Stróżyński. Słowo/obraz terytoria. Gdańsk 2014 [seria: Historie].