ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (266) / 2015

Oskar Kalarus,

ZAPASY Z OSOBOWOŚCIĄ (FOXCATCHER)

A A A
Przed seansem „Foxcatchera” nigdy nawet nie słyszałem o osobach takich jak Mark i Dave Shultz, nic nie wiedziałem o Johnie du Poncie i, biorąc pod uwagę właściwe dla mózgu odfiltrowywanie wiadomości, które nie mają dla nas większego znaczenia, za parę miesięcy te nazwiska znów niewiele mi będą mówiły. Zaryzykuję przy tym stwierdzenie, że właśnie taka niewiedza jest optymalna przy pierwszym kontakcie z filmem Bennetta Millera, bo próba samodzielnego rozgryzienia, w jakim kierunku zmierza oglądany przez nas dramat, najbardziej sprzyja budowaniu napięcia.

Świat sportowców jest mi całkowicie obcy i w ogóle nie budzi mojego zainteresowania, więc ocenę wierności przedstawienia historycznych wydarzeń pozostawiam w tym przypadku osobom, które mają w tej dziedzinie większą wiedzę. Nieobca była mi natomiast dotychczasowa twórczość reżysera filmu. Miller ma w swoim dorobku, poza „Foxcatcherem”, jedynie dwa pełnometrażowe filmy fabularne: „Capote”, ukazujący portret jednego z najbardziej znanych amerykańskich pisarzy XX wieku, oraz „Moneyball” – przedstawioną za pomocą prostej historii o baseballu metaforyczną opowieść o pogoni za niemożliwym do osiągnięcia spełnieniem. Te dwa filmy wystarczyły, żeby reżyser był rozpoznawany jako ktoś, kto potrafi w interesujący, niebanalny i pozbawiony nadmiernego patosu sposób ukazać psychologiczne portrety bohaterów. Właśnie położenie akcentu na psychikę jednostek, na ich wewnętrzną walkę o odnalezienie własnej tożsamości sprawia, że filmy Millera mogą trafić nawet do odbiorców, którzy zupełnie nie są zainteresowani realnymi pierwowzorami postaci.

Szczególny nacisk na relacje między bohaterami i ich stany emocjonalne w połączeniu z niespiesznym tempem filmu buduje pełną napięć atmosferę, zmuszającą widza do nieustannego zastanawiania się nie tylko nad tym, jaki będzie finał historii, ale też nad tym, co stanowi jej główny temat. Zależnie od partii filmu, możemy nawet mieć wątpliwości, kto jest jego głównym bohaterem: czy bajecznie bogaty, zdominowany przez matkę du Pont, czy próbujący wyjść z cienia swojego brata, Davida, Mark. Steve Carell, Channing Tatum i Mark Ruffalo odgrywają swoje role przekonywująco, a brak wyraźnie wskazanego pierwszoplanowego bohatera stanowi kolejny sygnał, że tym, co liczy się w filmie najbardziej, są bardzo skomplikowane międzyludzkie relacje, a nie losy jakiejś konkretnej osoby.

Główne postacie mogą jednakże stanowić pewien problem w odbiorze. O ile sportretowany przez Philipa Seymoura Hoffmana w okresie pracy nad „Z zimną krwią” Capote był bez wątpienia niezwykłą osobowością, a filmowy Billy Beane przykuwał uwagę swoją uniwersalnością, o tyle bohaterowie „Foxcatchera” nie są ani dostatecznie interesujący, ani uniwersalni. Du Pont, ukazany jako człowiek, który zdążył się zestarzeć, zanim dane mu było dorosnąć, ciągle przeglądający się w oczach matki traktującej go jak wyrośnięte dziecko, balansuje na granicy postaci z groteskowej komedii. Natomiast zachowania Marka zmuszają widza do zastanawiania się, czy aby bohater nie jest ociężały umysłowo. Ich przypadki są tak specyficzne, że trudno doszukiwać się w nich bardziej ogólnej metafory, a sami nie mają dość indywidualności, by zafascynować odbiorcę. Obaj nieustannie próbują, choć na zupełnie inne sposoby, zaakcentować – czy też może raczej: udowodnić sobie samym – własną wartość. Film Millera ogląda się zatem przede wszystkim jako zajmujące studium relacji między mężczyznami, którym coś nie pozwoliło w porę dojrzeć psychicznie.

Sport, mimo że bez wątpienia jest tu bardzo ważny, nie stanowi głównego tematu dzieła. Udało się go ukazać bez zbędnego patosu i bezmyślnej gloryfikacji – ćwiczenia fizyczne, według „Foxcatchera”, wcale nie prowadzą do doskonałości, a wielkie wygrane niekoniecznie są wyrazem zwycięstwa nad własnymi słabościami, do czego przyzwyczaiła nas większość filmów o podobnej tematyce. Widz skłonny jest nawet bardziej sympatyzować z matką Johna du Ponta, która z politowaniem ogląda tarzającego się po podłodze syna, niż z samym bohaterem, który mimo późnego wieku i małego doświadczenia pragnie zaistnieć jako sportowiec i wzorowy trener. Powiewająca w wielu scenach amerykańska flaga stanowi tymczasem raczej symbol fałszu niż rzeczywistego patriotyzmu – du Pont wielokrotnie ukrywa przecież, zapewne nawet przed samym sobą, własne ambicje i próby ich zaspokojenia pod maską działania dla dobra Stanów Zjednoczonych. Wielkie mowy o obowiązkach jednostki wobec kraju i ojcowskich powinnościach trenera zostają sprowadzone do wyświechtanych frazesów, przy których pomocy bohater próbuje zatuszować własne kompleksy i wybudować sobie wyidealizowany pomnik.

Trzeci film fabularny Millera jest dokładnie tym, do czego reżyser zdążył nas przyzwyczaić. Jednocześnie, mimo biograficznego charakteru i spokojnego portretowania bohaterów, nie wydaje się, by autor stał w martwym punkcie i powielał samego siebie. Choć z uwagi na specyficzne, a jednocześnie nie dość malownicze postacie fabuła przemówiła do mnie w znacznie mniejszym stopniu niż w „Moneyball” i „Capote”, „Foxcatcher” pozostaje filmem jak najbardziej godnym uwagi, po raz kolejny potwierdzającym, że sportowa tematyka nie musi być ani nudna, ani zarezerwowana dla romansów i ckliwych filmów familijnych.
„Foxcatcher”. Reżyseria: Bennett Miller. Scenariusz: E. Max Frye, Dan Futterman. Obsada: Steve Carell, Channing Tatum, Mark Ruffalo, Sienna Miller i in. Gatunek: dramat biograficzny. Produkcja: USA 2014, 130 min.