Wydanie bieżące

1 marca 5 (269) / 2015

Oliwia Betcher,

UTULI? UTULI (JOANNA MUELLER: 'INTIMA THULE')

A A A
Kiedy w 2003 roku wierszem „Ćmiasto. Interroryzacja” Joanna Mueller zapowiadała: „ultima thule utuli” („Somnabóle fantomowe”, 2003), nie była to jedynie gra słów, ale początek pewnego procesu. Pierwszy tom otworzył drogę, która okazała się dla autorki „ewolucyjną”. Tropy zawarte w późniejszych książkach (w szczególności w „Wylinkach”, 2011) i eseistycznym zbiorze „Powlekać rosnące” (2014) obudowane wokół figury utlima, a więc „krańca świata thule” rozumianego jako ostateczna zewnętrzność zmieniają się wreszcie w „Intima Thule”, a więc coś wsobnego, stając się jednocześnie tytułem najnowszego tomu.

Jednak nazwanie nowego zbioru kontynuacją nie wydaje mi się do końca właściwe. Ciąg „Wylinki”–„Powlekać”–„Intima” postrzegam raczej jako jedną i tę samą historię. Żadna z części nie może zostać zepchnięta na margines sequela, „dopisków” etc. Można to również interpretować jako zatoczenie pewnego rodzaju kręgu, aby uwolnić się… właśnie z niego? Zboczyć z tej drogi? Pomiędzy tomami dostrzec możemy przecież szereg podobieństw, jak choćby to, że nowy projekt poetycki warszawskiej autorki znów jawi się czytelnikowi jako tomik konceptualny, znów wypełniają go klasyczne dla poetki „przejęzyczena” spod znaku lingwistów takich jak Krystyna Miłobędzka (tu analogie są niezwykle silne – obie autorki łączy nie tylko awangardowy lingwizm, ale przede wszystkim tematyka i „klimat” utworów) czy Tymoteusz Karpowicz albo zmarły niedawno Stanisław Barańczak (do którego jawne nawiązania odnajdujemy także w przywołanym już przeze mnie pierwszym zbiorku). Niewątpliwie zatem Mueller świadomie eksploruje wybrane przez siebie rejony, za każdym razem jednak zagarniając coraz to nowe połacie w ramy swojego poletka. Te nowe rejony mają wiele zakrętów, zagubień, zawieruch i zawieruszeń. Odnajdujemy się ostatecznie bliżej tego, co „poczute, pomyślane”, niż w okolicach „wysnutego, wymyślonego”. Nacisk ze „słuchu” wciąż śmielej przesuwa się na „intuicję”. To już nie tylko stukot słów nas prowadzi, ale przede wszystkim to, co „poza” całym tym lingwizmem. To, co ciepłe i czułe.

Tom – książka jak kostka rubika (odwołuję się do prywatnej dedykacji wpisanej przez Mueller podczas wieczoru autorskiego) – składa się z siedmiu części, które jednocześnie domykają się i kolidują. Niczym kolory na kwadracikach dziecięcej zabawki współistnieją, a przy tym dążą do osobności. Nic tu nie jest oczywiste ani proste. Części zwane mieszkaniami: Skryptorium, Interior, Przedsionek, Hilasterion, Gineceum, Dormitorium i Krańcówka, podobnie jak cząsteczki kostki, dopiero należy poukładać wedle uznania bądź możliwości. Są one wymieszane dokładnie tak, jak kolory na sześcianie. Autorka przedstawia nam kolejność wierszy według nieoczywistego klucza. Czytając je jednak według wskazówek na górze każdej ze stron – dopasowując do „rozdzialików”, możemy zbudować coś zupełnie nowego. Dwuznaczność/dwubiegunowość układu podkreśla także fakt, iż w spisie treści umieszczono wyłącznie opcję drugą, a więc odbiegającą od chronologii książki.

Wybierzmy zatem tę trudniejszą drogę, idąc za sugestią zamieszczoną na okładce (dom podzielony na siedem pomieszczeń-przemieszań). Choć pełna schodków i zakamarków, które nieoczekiwania ukazują się oczom zwiedzającego-czytelnika, wydaje się ona zdecydowanie ciekawsza. Nawiązuje bowiem do mistycyzmu, co zresztą poetka jasno przyznaje i komentuje: „moja «intymna wyspa» jest zbudowana na wzór koncepcji anachoreto-architektonicznej autorstwa świętej Teresy z Ávila. Oczywiście swoją «twierdzę wewnętrzną» budowałam trochę à rebours, anarchomistycznie – dlatego «mieszkań duszy» wprawdzie jest siedem, jak u karmelitanki, ale ponazywałam je i porozmieszczałam zupełnie po swojemu” (zob. http://portliteracki.pl/przystan/teksty/to-jakby-architektoniczna-wersja-matrioszek/).

Spójrzmy zatem na siedem mieszkań-pokoi. Każdy z nich składa się z pięciu wierszy. Pierwszy – „Skryptorium” (czyli: średniowieczna nazwa pulpitu do pisania i czytania oraz całości warsztatu pisarskiego) – rozumiemy jako warsztat rzemieślniczy, w którym nie tylko znajdziemy „grę słów dobrą do wiersza/awangardzisty” („Prowadnice przez Długmiłowice”), ale przede wszystkim – już na progu – czeka nas ostrzeżenie: „czas na decyzję strzałową / teraz wszystko zależy: czy drzesz się, czy pindrzysz” („logatomy”). Choć w przypadku poezji lingwistycznej i jej podobnej czasem trudno określić kierunek w sposób tak zero-jedynkowy, podążając za dźwiękami i przesterowaniami, jednak Mueller stara się to opanować. Wie przecież, że „utwór skończony trzeba złamać” („propozycja pierwsza”) i robi to w sposób niezwykle kunsztowny, a jednocześnie nienachalny.

Drugie „pomieszczenie” nosi nazwę Interior, a więc jest to teren bardzo wewnętrzny, trudno dostępny. Wsobne odludzie? Ta część dotyczy obrazu rodzinnego ciepła. Zawiera teksty kierowane do męża oraz jeden wiersz opatrzony znacznikiem „feat. Janulo” („bezhołowie”). Można by powiedzieć: ckliwość, znów „matka” wygrywa z „językowcem”. Choć lingwizm i liryzm całego tomu są zupełnie nierozerwalne, tutaj szczególnie uderza ten drugi, wysuwając na pierwszy plan sferę „wyczuwalną”, a nie „usłyszalną”.

Mieszkanie trzecie – Przedsionek – zawiera wiersze nawiązujące do kolejnego problemowego aspektu znanego już z wcześniejszej twórczości poetki – feminizmu. Podmiot czy raczej podmiotka tych wierszy ma do niego przecież nieoczywiste nastawienie. Nie jest to krzykaczka bardziej niekiedy „męska” od mężczyzn, ale osoba kolejny raz starająca się pogodzić (a może właśnie stanąć pomiędzy nimi tzw. okoniem) drogi kobiety niezależnej i tej, która – chce czy nie – jest przede wszystkim matką. Ostatecznie jednak sama stwierdza: „jak inaczej masz strzec swoich granic / niż je – ból po bólu – poszerzając?” („wszczęcie”). Tutaj również znalazło się kilka wierszy, których bohaterami są dzieci.

Część czwarta – Hilasterion (od św. Pawła – narzędzie przebłagania) – to kolejny zwrot w stronę mistycyzmu, widoczny oczywiście nie tylko w tytule, ale przede wszystkim w samych tekstach. Ostatecznie „między przybytkiem a przebłagalnią / aż roi się od przeistoczeń” („Mistyczne masthewy”). Kolejny raz to macierzyństwo i pisarstwo stają się tymi przeżyciami mistycznymi, a „Ucho Mocy” („holy_host.gif”) „strzeliście rzeźbi w próżni”.

Część piąta – Gineceum – doskonale wpasowuje się w „wystrój” poprzednich mieszkań, jestem to bowiem „przestrzeń domu przeznaczona dla kobiet”, gdzie ponownie „siostrzyce = służebnice / surowej reguły („powłóczyny”) biorą matki „na spytki” (szklable z b”).

Przeszliśmy już wszystkie wewnętrzne komnaty i lochy. Nadeszła zatem pora powrotów – dwa ostatnie mieszkania – Dormitorium i Krańcówka są bardziej otwarte (a przy tym w ostatnim doświadczamy wrażeń iście krańcowych, bo wiersze tam ujęte wyróżniają się katastroficznym nastrojem i zdecydowanie mniejszą werwą).

Mimo powtarzanego i powtarzalnego „otwierania” bliższa mojemu odczytaniu pozostaje „filozofia” zamknięcia, otulenia, zabezpieczenia. Intymnej ochronki (znów nawiązanie do poprzednich tomów – tym razem mniej świadome – proszę zrzucić „winę” na nadinterpretację i intuicję niżej podpisanej).

Podobnie jak we wspomnianym wcześniej zbiorze „Powlekać rosnące” czytelnik zostaje wprowadzony do intymnego świata, stając się ostatecznie jego częścią. (Nie)stety jednak w „Intima thule” dzieje się to w sposób mniej kompulsywny, neurotyczny i jednoznaczny. Bohaterka tomu jest już znacznie spokojniejsza i wyciszona – co nie znaczy jednak, że ukazuje nam gorsze lub mniejsze fragmenty swojego świata. Najnowszy tom poetycki odbieram po prostu jako pewne dopełnienie rozpoczętej historii. Jak odważne zaproszenie do domu, którego drzwi zostały wcześniej otwarte po cichu, drżącymi, niepewnymi dłońmi.
Joanna Mueller: „Intima Thule”. Biuro Literackie. Wrocław 2015.