ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (73) / 2007

Anna Bartosiewicz,

POCZĄTEK LISTU NIECZYTELNY, ADRESAT NIEZNANY

A A A
Maria Cyranowicz, którą czytelnik może kojarzyć z neolingwizmem warszawskim (czy jak woli poetka – neurolingwiznem), „LiteRacjami”, a ostatnio pismem „Wakat”, wydała w tym roku wybór wierszy „psychodelicje”. Otrzymujemy w nim koncentrat sporządzony na bazie „neutralizacji”, „i magii nacji” oraz książki „piąty element to fiksja”. Jak określiłabym zawartość tomiku? Dziennik w stylu bloga („początek listu nieczytelny, adresat nieznany”), hipertekstowa fikcja, teoria nonsensu.

Artystka odchodzi od zróżnicowania na wielkie i małe litery, stosując pisownię typową dla adresów http (_/ ). Jej wariacje na znakach graficznych przejawiają się także w stosowaniu kolorowej czcionki, nakładaniu na siebie liter, modelowania ich wielkości. Z jednej strony oddają ducha serii poetyckiej Staromiejskiego Domu Kultury oraz „Wakatu”, z drugiej –przywodzą na myśl Mallarmego, a z polskich poetów Karpowicza, Białoszewskiego i oczywiście Awangardę Krakowską z Przybosiem na czele (mam na myśli przede wszystkim tomik „Sponad”).

Cyranowicz deformuje słowa, aby wepchnąć je w nowy kontekst. Tak jest na przykład w quasi-wierszu „monotoja”, gdzie punkt wyjścia stanowią nazwy dni tygodnia: „po niedziałce / wtorzej mi mimośrody / czwartuję okna na / ściany (…)” (w oryginale wyrazy przekreślone). Ów bełkot tak naprawdę ma oddać wysoce nieprzyjemny stan psychiczny „ja lirycznego”. Pancerz kuty z języka daje możliwość ukrycia, nabrania dystansu do samego siebie. „Ja liryczne” „chodzi na szczudłach liter”, nie dotykając bezpośrednio tego, co najbardziej bolesne. Niekiedy zapada się w muł przerastającej je sytuacji (egzystencjalnej i lingwistycznej), jak w quasi-wierszu „stany”:

(…) stoją bankomaty / i_sp
rzęty_na_raty / stoją_
wszystkie_zmiany / sto
ją_w_chwili_mgnienia
ch //

„Ekonomiczny” zapis utworu, przypominający ten stosowany w recenzjach, kiedy chce się zaoszczędzić na papierze, pogłębia tylko poczucie ucisku, marazmu i zwątpienia. Neuroligwistka w artykułach i wywiadach postuluje „posługiwanie się językiem współczesności”, na co kładła nacisk już kilka lat temu, prowadząc warsztaty wierszopisarstwa w Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie. Widać w jej utworach nie tylko pochwałę cywilizacji na kształt manifestów poetyckich Peipera, ale także wyraźny ukłon w stronę medium internetowego. Hasła Awangardy doprowadza artystka do skrajności. Struktury internetu odzwierciedla graficzny układ wierszy (np. „trzeci”).

Poprzez zamierzoną niedbałość o znaki artystka uzyskuje klimat przypominający czat czy gadu-gadu. Liryki przywodzą na myśl surfowanie w Internecie – urywki słów, zbitek informacji, jakie pozostaje po przerzucaniu stron www: „konkwistador powracał z ostatecznej wyprawy/ marząc o świętojańskim spokoju wnętrzności/ lecz zmęczony podbojem ranami opatrzony/ nie poznawał zupełnie tego co poza tym” (tak rozpoczyna się rekonkwista, tym razem układ wiersza pozostał zmieniony.)

Quasi-wiersze Cyranowicz chodzą ciężko, są słabo naoliwione obrazami, pełne zacisków, które nie dają ujść znaczeniu. Ma się wrażenie czytania „pod prąd”, jak tutaj: „w bnoc zezła moździerz / zewłok motnieje w ościeli / coraz mogęcejnie”. Trzeba jednocześnie przyznać, że cyberpoetyckie strategie przynoszą konkretny efekt. Utwory wpadają w ucho równie łatwo, jak łatwo dają się zapomnieć. Bez wyraźnego początku ani końca, przypominają zabawy słowne dzieci, tak jak w „posłowokach”, gdzie każda linijka rozpoczyna się od wyrazu na tę samą literę.

W średniowieczu książek nie przyswajano sobie w taki sposób, jak robimy to dzisiaj, ale czytano je na głos. Wbrew pozorom podobne podejście sprawdza się w przypadku Cyranowicz. Ten, kto słyszał wiersze w wykonaniu autorki, mógł z łatwością wychwycić mechaniczny, zrobotyzowany język, monotonną dykcję, autoprezentację nasuwającą skojarzenia z cyborgiem. Zarówno obrazowa percepcja, jak i, za Arystotelesem, postrzeganie liryki jako zbioru pojęć abstrakcyjnych, zostają zawirusowane przez nowy model odzwierciedlania świata, oparty na zbitkach znakowo-słownych. Jąkanina wiersza zastępuje porządek formalny. Sens pozostaje zamknięty za szprychami języka. Nawet gdy autorka porusza tematy ważne, jak „solidarność” („dozłanocka”) czy samobójstwo („nie do wolności”), stają się one błahe wskutek obróbki słownej, tracą objętość jak zgnieciony kartonik.

Nieskomplikowane zabiegi, takie jak pisanie „żółto” niebieską czcionką, służą zastosowaniu iluzji optycznej, ale nie wzbogacają nas ani o nowe przemyślenia, ani o sensy naddane. Cyranowicz przejawia fascynację powtarzalnością, powiela wyrazy o podobnym brzmieniu, lubuje się w neologizmach („skulone embrionalnie/ udaję wciąż poczwarkę/ przepotwarzam się” – brzmi utwór „baiku”). Multiplikowane czynności odsyłają nas do nowych desygnatów. Tylko po co? Czytelnik w pewnym momencie przestaje zwracać uwagę na śnieg wyliczanek, który zasypuje ekran kartki. Sens topnieje, nim autorka ulepi z niego bałwana. To trochę tak jak ze studentką, która właśnie wyszła z lekcji gramatyki opisowej, zafascynowana wspólnymi tematami wyrazów.

Podobnie jak u Dariusza Suski, utwory Cyranowicz krążą po orbicie dzieciństwa. Jest to dzieciństwo pełne przemocy, naznaczone poczuciem braku (słowami „nie_było_dziecka_w_moim_domu_nigdy” rozpoczyna się „piosenka”). Owo widmo dzieciństwa nie pozwala dorosnąć ja lirycznemu: „a_zatem_przyślij_mi_najszybc / iej_następujace_przedmioty_i_/ ntymne_zapalniczkę_maszynkę_/ do_golenia_kciuk_do_ssania_s”.

Jeżeli kogoś interesuje statystyka, może jeszcze spróbować zdobyć „piąty element to fiksja” z 2004 roku, który jest „skarbnicą wiedzy” na temat daty powstania, liczby wyrazów, znaków, akapitów i wersów poszczególnych utworów, co pozwoli zaoszczędzić pracy badawczej naukowcom, którzy zechcą przeprowadzić analizę wierszy w zakresie poetyki. Została też tam zawarta pewna poszlaka dotycząca sposobu pracy poetki, której niestety brakuje w „psychodelicjach”. Również wiersze z „i magii nacji” gruntownie zmieniono. O ile w książce z 2001 roku autorka nie mogła zdecydować się, jakie litery stosować, duże czy małe, o tyle w „psychodelicjach” problem został rozwiązany na korzyść tych drugich. Zmieniono co prawda liczbę wyrazów w wersach poprzez dodanie dolnego myślnika („_”), lecz w tytułach pozostała oryginalna pisownia. Nie zrezygnowała jeszcze poetka z podziału na strofy. Czym Cyranowicz zaskoczy nas w następnej książce?
Maria Cyranowicz: „psychodelicje”. Staromiejski Dom Kultury. Warszawa 2006 .