ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (75) / 2007

Aneta Głowacka,

KOLEKCJA ESTETYCZNYCH OBRAZÓW

A A A
Znakiem rozpoznawczym dramaturgii Harolda Pintera z jednej strony jest zagrażająca człowiekowi codzienność, z drugiej – upośledzenie języka jako narzędzia komunikacji. Bohaterowie mówią do siebie, ale siebie nie wypowiadają. Język buduje między nimi bariery, tworzy trudne do przebycia zapory, zamiast przybliżać, coraz bardziej ich od siebie oddala. Mówi się nawet o tzw. trzecim wymiarze komunikacji, gdzie nie do końca jest ważne, co i kiedy ktoś mówi, ale jak się wypowiada, jakie towarzyszą temu gesty, mimika i intonacja. Właściwy sens rozmowy rodzi się nie w tym, co wypowiedziane, ale między czy raczej poza słowami.

Podobnie jest z „Kolekcją”, mniej znanym utworem Pintera, napisanym specjalnie dla telewizji BBC, który w polskim Teatrze TV wyreżyserował Marcin Wrona. Czwórka bohaterów: projektantka mody Stella (Magdalena Cielecka), jej mąż James (Adam Woronowicz), arystokratyczny Harry Kane (Jan Frycz) i jego partner, bardzo zdolny projektant mody, Bill Lloyd (Andrzej Chyra), zostaje wciągnięta w niemalże detektywistyczną historię – zagadkę, której prowokatorką jest Stella. Zmęczona małżeńską rutyną kobieta, postanawia dodać trochę pieprzu do relacji z Jamesem i sugeruje, że w Leeds, gdzie wyjechała w sprawach służbowych, dopuściła się zdrady. Rzekomym partnerem miał być Bill, którego przypadkowo poznała w hotelowej restauracji. Wyznanie Stelli nie tylko burzy spokój Jamesa, który zaczyna nachodzić Billa. To w intencji prawdopodobnie niewinne kłamstwo zmusza wszystkich bohaterów do zrewidowania prawdy o partnerach. Ostatecznie nie wiadomo, kto naprawdę kłamie: czy Stella wymyślając historyjkę o hotelowej miłosnej przygodzie, czy Bill, który wszystkiemu zaprzecza. Bohaterowie stają przed koniecznością nie tyle odkrycia prawdy o tym, co zdarzyło się w Leeds. Muszą także uświadomić sobie, czym są i na czym opierają się ich związki.

Okazuje się, że z fundamentem, jakim jest zaufanie, jest u nich równie krucho jak z wiernością. Stella, mimo iż wymyśliła opowiastkę o zdradzie, wcale od zdrady nie jest daleka. Kiedy przychodzi do niej Harry, żeby raz na zawsze ustalić ostateczną wersję zdarzeń, pręży się przed nim jak kotka łasa dotyku jego dłoni. Harry, chociaż jest w homoseksualnym związku z Billem, sprawia wrażenie doświadczonego damskiego uwodziciela. Natomiast James, wydawałoby się, zazdrosny heteroseksualny małżonek, dość szybko wpada w sidła androgynicznego Billa, który ze wszystkich bohaterów wydaje się najbardziej zagadkowy i intrygujący. Pochodzenie z nizin społecznych i szybki awans czynią z niego postać z jednej strony uległą, z drugiej drapieżną i niebezpieczną. Bill z tą samą łatwością z jaką uwodzi mężczyzn, uwodzi również kobiety. Lubi być kreatorem zdarzeń. Szybko dostosowuje się do nowych warunków, zmienia jak kameleon. W końcu jest projektantem mody, twórcą noszonego na co dzień przez wszystkich kostiumu. O Billu nie można powiedzieć nic pewnego, ale również pozostali bohaterowie skrywają się za pozami i maskami. Co więcej, wydaje się także, że nie posiadają dostatecznej wiedzy o sobie. James z pewnością nie przewidział dokąd zaprowadzi go zazdrość o Stellę. Nietypowa znajomość z Billem najwyraźniej sprawia mu wiele radości, wypełnia emocjonalną nudę. James patrzy na świat jakby dopiero teraz otworzyły mu się oczy. Bohaterowie nie znają nie tylko siebie, nie znają również osoby, która dzieli z nimi pokój, mieszkanie i łóżko. Nawet jeśli pojawia się namiastka pewności, rozpada się ona jak domek z kart, szybciej niż którekolwiek z nich jest w stanie zebrać myśli. W końcu – jak mówi stara prawda – o kimś obok wiemy tyle, ile nam o sobie powie. A czasami, jak się okazuje, nawet jeszcze mniej, skoro mowa nie jest w stanie oddać prawdy o człowieku.

Rozgrywającą się między słowami intrygę Pintera, Marcin Wrona umieścił w luksusowych dekoracjach: błyszczących od gładkiej faktury materiałów, skąpanych w soczystych kolorach. Mieszkanie pary homoseksualistów dynamizuje czerwień, apartament małżonków spowijają oliwkowe zielenie, wśród których snuje się Stella ubrana w fioletowy satynowy szlafrok. Rozmowy z mężem o niczym zagryza herbatnikiem, alkoholem popija nudę. Wszyscy bohaterowie wydają się wystylizowani, wycięci z magazynów mody albo z pism o dekoracji wnętrz. Odnosi się wrażenie, że luksus, w który zostali wklejeni, odbiera im indywidualność. Blask materiałów kradnie im twarze. Staje się to dosłownie i w przenośni – twarz aktorów w starciu z napastliwą kolorystyką kostiumów blednie, zaciera się, rozmazuje się jej kontur. Rozmazuje się również kontur całego przedstawienia, które poddane nieśpiesznej narracji, a więc wymagającej od widza skupienia, umiera pod naporem wystudiowanych obrazów i póz. Manipulowanie przestrzenią, która oddaje relacje między postaciami (tak było w „Skazie” Marzeny Brody), nasycenie koloru i światła, które budują scenę dla studium przypadku, to charakterystyczne dla Marcina Wrony elementy teatralnego pisma. Jednak o ile w przypadku „Skazy” strona wizualna podnosiła jakość przedstawienia, odwracała uwagę od niedoróbek aktorskich i mankamentów samej historii (na „Interpretacjach”, gdzie spektakl stanął do konkursu, właśnie za efekty wizualne chwalono reżysera), o tyle w „Kolekcji” niestety przytłacza grę aktorską, zabija prawdę o postaciach. Dramat Pintera, który pierwotnie rozgrywa się w sferze niedomówień między postaciami, w polskiej wersji Teatru Telewizji staje się kolekcją estetycznych, chociaż trudno powiedzieć, że wysmakowanych, obrazów. Miejmy nadzieję, że w kolejnym spotkaniu reżysera z Teatrem TV kolor pozwoli przemówić kształtom i półcieniom, a także temu, co niewypowiedziane – co znajduje się między aktorami i między słowami.
Harold Pinter: „Kolekcja”. Przeł.: Bolesław Taborski. Reż.: Marcin Wrona. Scenografia: Anna Wunderlich. Kostiumy: Dorota Roqueplo. Zdjęcia: Paweł Flis. Montaż: Beata Barciś. Teatr Telewizji. Premiera: 22 października 2006.