ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (75) / 2007

Wojtek Mszyca Jr,

KEN VANDERMARK WRACA DO ALCHEMII

A A A
Ken Vandermark od czasu swojej pierwszej wizyty w Polsce kilka lat temu przeszedł długą drogę. Wówczas jeszcze uznawany był za młodego gniewnego z jazzowego podziemia Chicago, teraz – zasłużenie – uważany jest za jednego z najważniejszych jazzmanów średniego pokolenia. Taką pozycję, uzyskaną zaledwie w ciągu kilku bardzo intensywnych lat, zawdzięcza swojej ponadprzeciętnej pracowitości i konsekwencji, ale również fantastycznym koncertom, którymi zjednał sobie również polskich fanów. Można śmiało powiedzieć, że uczucia, którymi obdarzyli go Polacy, są odwzajemnione – Ken podkreśla w wywiadach szczególną przyjemność, jaką sprawia mu granie dla naszej publiczności. Potwierdza to również działaniem, regularnie wiosną i jesienią koncertując u nas z kolejnymi składami. Nigdy przy tej okazji nie omija krakowskiej Alchemii, gdzie regularnie testuje swoje nowe zespoły. 21 stycznia wystąpił tam z The Frame Quartet.

Vandermark bardzo lubi umieszczać swoją muzykę wciąż w nowym kontekście, przez eksperymentowanie z różnymi składami instrumentalnymi. Niektóre z nich, jak Vandermark 5, działają latami, inne są jednorazowymi projektami. Czas pokaże, jak będzie z The Frame Quartet, który poza liderem, grającym jak zwykle na saksofonie (tym razem tylko tenorowym) i klarnecie, tworzą Fred Lonberg-Holm (wiolonczela), Nate McBride (kontrabas, gitara basowa) i Tim Daisy (perkusja). Mimo iż skład jest nowy, każdy z muzyków współpracował już wielokrotnie z Kenem. Lonberg-Holm, choć nie jest tak znany, jak na to zasługuje, to jeden z najaktywniejszych muzyków z Chicago. Grywa niezwykle różną muzykę, a jego nieortodoksyjne podejście do instrumentu przejawia się w stosowaniu do wiolonczeli licznych efektów, co pozwala mu generować niezwykłe brzmienia, zbliżone często do gitary elektrycznej. Daisy, najmłodszy w kwartecie, od jakiegoś czasu jest perkusistą w Vandermark 5, McBride najwięcej grał z Vandermarkiem w trio Spaceways Inc.

Muzyka Vandermarka zawsze mieści się gdzieś pomiędzy kompozycją a improwizacją, w zależności od projektu, ciążąc bardziej ku jednemu lub drugiemu biegunowi. W przypadku The Frame Quartet, jak okazało się w Alchemii (zespół nie opublikował jeszcze żadnych nagrań), mieliśmy do czynienia z niezwykle długimi i złożonymi kompozycjami. Cały koncert składał się z zaledwie z czterech utworów, z których każdy miał około 20 minut (oraz krótszego bisu). Muzyka była bardzo zróżnicowana dynamicznie i brzmieniowo. Z grubsza można powiedzieć, że zamykała się w ramach wyznaczonych z jednej strony przez mocne, funkowo-rockowe rytmy we fragmentach, w których McBride grał na elektrycznej gitarze basowej, po niezwykle spokojne i delikatne momenty, żywo przypominające współczesną kameralistykę. Każdy z utworów był złożony z wielu różnorodnych części, przypominając w tym aspekcie koncepcję, którą Vandermark wdraża w swoim największym (liczebnie) projekcie Territory Band. Różnica polega na tym, że w Territory Band gra kilkunastu muzyków, a The Frame Quartet prezentuje podobną koncepcję w aranżacji na znacznie mniejszy skład, co daje więcej przestrzeni każdemu z muzyków.

Jak zwykle w Alchemii, koncert był doskonale przyjęty, a publiczność słuchała go w należytym skupieniu, nagradzając muzyków gorącą owacją. To właśnie połączenie żywiołowego, spontanicznego odbioru ze skupieniem i otwartością na nowości najbardziej ceni sobie Vandermark u polskiej publiczności. Sądzę, że i tym razem obie strony – wykonawcy i słuchacze – wyszli z Alchemii usatysfakcjonowani. A już tydzień później Ken powrócił tam w duecie z perkusistą Paalem Nilsenem-Love!
The Frame Quartet. 21 stycznia 2007, Alchemia, Kraków.