Wydanie bieżące

15 września 18 (282) / 2015

Miłosz Markiewicz,

OBRAZ, KTÓREGO NIE WIDAĆ (HANS BELTING: 'FACES. HISTORIA TWARZY')

A A A
Istnieje taki obraz, którego nie dostrzegamy, jednak o jego istnieniu jesteśmy nieustannie przekonani. Podskórnie zdajemy sobie sprawę z jego siły, znajoma wydaje nam się jego symbolika. To obraz, który towarzyszy nam przez całe nasze życie – od narodzin aż po moment śmierci. Co więcej, jego niezwykłość polega właśnie na tym, iż pozostanie on na tym świecie nawet po(mimo) naszej śmierci. Nas już nie będzie, jednak on wciąż będzie o nas świadczył. Wydaje się wręcz, że to dopiero moment naszej śmierci sprawi, iż obraz ten stanie się dostrzegalny. Teraz bowiem, pomimo pierwszego zdania niniejszego akapitu, musimy sobie uświadomić, że obraz ten nie istnieje. Jego egzystencja zamknięta jest w paradoksie bycia-niebycia, który – jak to w przypadku obrazów bywa – przekłada się na dychotomię widoczności-niewidoczności. Jeśli nie wierzycie, stańcie przed lustrem. Zamknijcie na chwilę oczy, a następnie otwórzcie je i spójrzcie prosto w wizerunek, który ukaże się przed Wami. Czy rzeczywiście jest on tym, co chcieliście zobaczyć? Czy tego się właśnie spodziewaliście? Przecież jeszcze przed chwilą wyglądał zupełnie inaczej. Za moment zaś znów się zmieni. Wystarczy, że mrugniecie oczami. Albo po prostu odejdziecie od lustra – wizerunek nie zostanie w zwierciadle, a wasz wzrok nie będzie w stanie go już dostrzec. Pomimo tego będziecie pewni, że przecież nie zniknął, że istnieje nadal i „ma się całkiem dobrze”. Przecież czujecie jego obecność, możecie go dotknąć, sprawdzić, czy wciąż jest na swoim miejscu. Jednak celem obrazu jest jego oglądanie, a nie dotykanie. Tylko, że Wy już go nie widzicie. A nawet jeśli spróbujecie, to, co zobaczycie, będzie fałszem. Obrazem, którego tak naprawdę nie ma. Czy możemy więc powiedzieć, że twarz nie istnieje?

Hans Belting, autor tezy o końcu historii sztuki oraz propagator koncepcji antropologii obrazu, postanowił podjąć badawczo temat, którym do tej pory zajmowało się wielu, jednak nikt w takim właśnie kontekście. Uznał on bowiem ludzką twarz nie za fizyczny nośnik emocji, jak chciałaby tego fizjonomia, ale za obraz. Efemeryczny, niepewny, nietrwały, a jednocześnie niezwykły i intrygujący. Obraz obecny i nieobecny jednocześnie. Musimy bowiem zwrócić uwagę na fakt, iż nigdy nie jest nam dane dostrzec własną twarz inaczej niż tylko w postaci obrazu. Dlatego też „Faces. Historia twarzy” to książka nietypowa – balansująca na pograniczu antropologii, filozofii, medioznawstwa, anatomii, historii kultury i historii sztuki. To próba napisania, a właściwie spisania, kulturowej historii twarzy. Sam Belting doskonale zdaje sobie jednak sprawę z tego, iż założony przez niego cel jest niemożliwy do osiągnięcia. Jak twierdzi: „należałoby (…) mówić o »historiach« twarzy, które mogą się tu pojawić jedynie w pewnym wyborze i którym inne historie przeczą” (s. 12). Ta interdyscyplinarna próba zmierzenia się z ludzką twarzą musi zostać ograniczona do pewnego kontekstu – jeden problem rodzi bowiem szereg innych, których rozwiązanie wymaga sięgnięcia po coraz dalsze źródła. Pozostaje również kwestia kontekstu kulturowego – autor już na początku swojej książki zwraca uwagę czytelnika, iż postara się go zawęzić jedynie do kultury europejskiej, ponieważ szersze badania mogłyby uniemożliwić zakończenie prac nad tomem. Oferuje nam jednak książkę pełną erudycji i nieoczywistych odniesień. Książkę, w której myśl stara się podążać liniowo, jednak raz za razem zbacza z kursu, przywołując dodatkowe wątki i rozrastając się w sposób niekontrolowany. Dlatego też praca Beltinga pozostawia niedosyt. Możemy odnieść wrażenie, że proponowana przez niego historia twarzy zasługuje na dzieło wielotomowe, któremu towarzyszą liczne apendyksy i poszerzone wznowienia. Trudno bowiem ująć w proste ramy coś, co wszelkim schematom się wymyka. Coś, co swoje istnienie zawdzięcza immanentnemu paradoksowi…

„Historia twarzy? To zuchwałe przedsięwzięcie podjąć temat rozsadzający wszelkie ramy i prowadzący ku najważniejszemu z obrazów, z którym żyje ludzkość. Cóż to takiego: »twarz«?” (s. 7) – rozpoczyna swoją książkę autor. I właściwie możemy dostrzec, że przez 331 stron swojej książki próbuje on „jedynie” znaleźć odpowiedź na to ostatnie pytanie. W tym celu stara się więc rozbić problem na poszczególne działy i każdemu z nich przypatrzeć się szczegółowo. Powstają w ten sposób trzy części książki, które można czytać autonomicznie, ale które jednocześnie tworzą pewną całość, stanowiącą raczej przyczynek do właściwej kulturowej historii twarzy niż wyczerpanie podjętego przez autora tematu. Belting wydaje się raczej podprowadzać czytelnika, wskazywać mu tropy i zadawać pytania, niż udzielać konkretnych odpowiedzi i wysnuwać z nich teorie. Autor proponuje nam trzy ścieżki przemyślenia twarzy – jej związki z maską i kultem, niejednokrotnie odnoszące się do historii teatru, a co za tym idzie – „fizycznego” przekształcenia maski w twarz i odwrotnie (co miało miejsce w rozwoju sztuki aktorskiej); nowe odczytanie historii europejskiego portretu jako miejsca, w którym twarz znajduje swoją reprezentację, a także innych „miejsc”, gdzie jest ona reprezentowana (jak np. maska pośmiertna, która dla Beltinga jest jednak bardziej portretem niż maską); nowomedialne zjawiska opierające się na produkcji twarzy, szukaniu dla niej nowych miejsc oraz nośników, a także wytwarzaniu ikon czy śledzeniu naszego wizerunku. Każdej z tych ścieżek poświęca osobną część książki, czyniąc z niej narzędzie multidyscyplinarnego poznania, po które sięgnąć mogą reprezentanci różnych gałęzi humanistyki.

Wielość wątków poruszonych w książce Beltinga sprawia, iż jest to pozycja, do której będzie się wracać niejednokrotnie. Proponowane przez niego przemyślenia wymykają się – jak i sama twarz – ciasnym schematom, hermetycznym dyscyplinom czy metodologicznym systemom. Nietrudno jednak zrozumieć ten problem. Belting chciałby bowiem badać twarz jako obraz – musi więc odrzucić jej statyczność i anatomiczne zakotwiczenie. To, co znamy pod nazwą twarzy w ludzkim ciele, jest dla niego jedynie nośnikiem, podłożem, na którym powstają obrazy i które wytwarza obrazy. „Prawdziwa” twarz jest bliżej „jaźni”, dlatego pozostaje niewidoczna. Im bardziej się jej przyglądamy, tym bardziej się rozmywa. Marszczy się, krzywi, nadyma, ściąga i rozpręża. Nie poddaje się miarom, podlega nieustannym zmianom. Jednocześnie twarz stanowi dla Beltinga fabrykę masek – w każdej chwili tworzymy kolejne, których możemy potem ponownie użyć. Które pozostają w nas i za którymi permanentnie się ukrywamy. Dlatego też jedna z najważniejszych konstatacji autora „Antropologii obrazu” brzmi: twarz i maska są tym samym. W swojej książce próbuje on używać tych terminów naprzemiennie, choć za każdym razem stara się dookreślić kontekst nazwy, której używa (widać, iż jego językowi trudno się zgodzić na takie przełamanie schematu). Na pierwszy rzut oka blisko tym przemyśleniom do teorii Ervinga Goffmana (por. Goffman 2008) – Belting podkreśla, iż nasze twarze (tak jak i my) odgrywają wciąż pewne role, przyjmują konkretne pozy i – przede wszystkim – udają. Dlatego też rozpoczyna on swoje przemyślenia od historii teatru i analizy ewolucji sztuki aktorskiej, a dokładniej towarzyszącego mu rekwizytu, jakim jest maska. Momentem przełomowym okazuje się dla niego nowożytność, w której to twarz scenicznego artysty musi zastąpić dotychczas zasłaniającą ją maskę. Gest ten czyni publiczne prywatnym, a prywatne publicznym. Sprawia, iż twarz nie jest już „bezpieczna”, zostaje skazana na ciągłe odgrywanie kolejnych ról. Twarz pozbyła się więc maski po to, by przyjąć jej rolę, by stać się maską. Przemiana ta jest już nieodwracalna, ponieważ powrót do maski oznaczałby opowiedzenie się po stronie fałszu. W ten sposób wpadamy w pułapkę „błędnego koła” i jeszcze bardziej pogłębiamy dychotomie oraz paradoksy, w których zawiera się twarz.

Tym, co niewątpliwie zasługuje na uznanie, są przywoływane przez Beltinga analizy konkretnych przypadków dzieł sztuki – rysunków, obrazów, poezji, fotografii, filmów. Jak na historyka sztuki przystało, badacz dysponuje niezwykle zasobnym zapleczem przykładów wziętych z historii kultury. Dodatkowo, jego umiejętności wnikliwej obserwacji i wyciągania nieoczywistych wniosków sprawiają, że „Faces” czyta się momentami jak powieść detektywistyczną. Jest tak chociażby w przypadku analizy zjawiska autoportretu na przykładach twórczości Albrechta Dürera oraz Rembrandta van Rijna. Zdecydowanie warto również zwrócić uwagę na interpretację wykonanego przez Antonina Artauda szkicu, w którym Belting dopatruje się elegii dla twarzy. Większość z nas zapewne ominęłaby go wzrokiem, gdyż – jak to szkic – jest on niedopracowany, wydaje się niedokończony, a wiele warstw rysunku nakłada się na siebie. Tymczasem niemiecki historyk sztuki odczytuje go przez pryzmat biografii Artauda, jego teorii, a także znajomość kontekstu historycznego. Zaledwie na kilku stronach kreśli Belting opowieść o konaniu twarzy i wyciąga z niej wnioski dla współczesności. Po lekturze takiej interpretacji szkicu trudno będzie przejść obojętnie wobec „prostych” rysunków oglądanych na wystawach.

Czy możliwe jest rzetelne zajęcie się historią twarzy tak, aby nie pozostawić miejsc pustych oraz wrażenia niedosytu? Twarz to problem, w którym pytania ontologii i epistemologii zderzają się ze sobą, nie pozostawiając jednak żadnych odpowiedzi, a jedynie mnożąc kolejne zagadnienia. Nie jesteśmy właścicielami naszych twarzy. Nie potrafimy nawet z całą pewnością powiedzieć, czy(m) one rzeczywiście są. Pozostajemy zagubieni pomiędzy mnożącymi się obrazami, ich odbiciami i załamaniami. Możemy wielokrotnie stawać przed lustrem. Możemy robić sobie zdjęcia. Możemy zamawiać kolejne portrety. Nie przyniesie to jednak pożądanego efektu. Twarz wciąż pozostanie dla nas nierozwiązaną zagadką. Przedmiotem-symbolem, który ujawnia się wtedy, kiedy nie mamy nad nim kontroli. Który pokazuje nam naszą bezradność wobec własnego ciała, a jednocześnie próbującego go objąć rozumu. Czy więc rzeczywiście istnieje? „Zawsze gdy chcemy ujrzeć naszą twarz (…) dana jest nam ona wyłącznie na obrazach, jednak nigdzie nie uchwycimy jej samej, nie mówiąc już o ukazującej się w niej osobie. Otwiera się tu labirynt twarzy, w którym istnieją jedynie maski” (s. 208).

LITERATURA:

Goffman E.: „Człowiek w teatrze życia codziennego”. Przeł. H. Datner-Śpiewak, P. Śpiewak. Warszawa 2008.
Hans Belting: „Faces. Historia twarzy”. Przeł. Tadeusz Zaorski. Słowo/obraz terytoria. Gdańsk 2015.